Powrót do strony głównej

Tytuły rozważań


ROZWAŻANIE EWANGELII WEDŁUG ŚW. ŁUKASZA

ROZDZIAŁ 7


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19


Uzdrowienie sługi setnika z Kafarnaum

Gdy Jezus dokończył wszystkich tych mów do ludu, który się przysłuchiwał, wszedł do Kafarnaum.1 Sługa pewnego setnika, szczególnie przez niego ceniony, chorował i bliski był śmierci.2 Skoro setnik posłyszał o Jezusie, wysłał do Niego starszyznę żydowską z prośbą, żeby przyszedł i uzdrowił mu sługę.3 Ci zjawili się u Jezusa i prosili Go usilnie: Godzien jest, żebyś mu to wyświadczył – mówili –4 miłuje bowiem nasz naród i sam zbudował nam synagogę.5 Jezus przeto wybrał się z nimi. A gdy był już niedaleko domu, setnik wysłał do Niego przyjaciół z prośbą: Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój.6 I dlatego ja sam nie uważałem się za godnego przyjść do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa będzie uzdrowiony.7 Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! – a idzie; drugiemu: Chodź! – a przychodzi; a mojemu słudze: Zrób to! – a robi.8 Gdy Jezus to usłyszał, zadziwił się i zwracając się do tłumu, który szedł za Nim, rzekł: Powiadam wam: Tak wielkiej wiary nie znalazłem nawet w Izraelu.9 A gdy wysłani wrócili do domu, zastali sługę zdrowego.10 (Łk 7,1-10)

1. Człowiek szanujący wyznawców innej religii. Z wielu powodów może zadziwiać setnik, którego sługę uzdrowił Jezus. Był to człowiek, który nikogo nie lekceważył. Chociaż sam prawdopodobnie był wychowany w klimacie mitologii rzymskiej, to jednak szanował podbity przez Rzymian naród żydowski i jego religię. Zauważyła to nawet starszyzna. Jej przedstawiciele prosili Jezusa, by uzdrowił jego sługę, i przy tej okazji – o tym, który był na usługach okupanta rzymskiego – dali Jezusowi następujące świadectwo: „Godzien jest, żebyś mu to wyświadczył – mówili – miłuje bowiem nasz naród i sam zbudował nam synagogę” (Łk 7,4-5).

Setnik mógłby się stać przykładem dla wielu, zwłaszcza dzisiaj, w dobie wielkich konfliktów o podłożu religijnym. Nie był on wyznawcą judaizmu, jednak nie tylko nie pogardzał wyznawcami tej religii, lecz nawet zbudował dla nich synagogę. Nie lekceważył wyznawców judaizmu z tego powodu, że sam tej religii nie wyznawał. Nie wyśmiewał się z ich wierzeń. Nie pozwalała mu na to jego prawość. Uczciwy człowiek bowiem nigdy nie kpi sobie z tego, co dla innych jest cenne. Rozmawia, dyskutuje, przedstawia swoje argumenty, nawet modli się o czyjeś nawrócenie, jednak nikogo nie rani swoją kpiną.

 

2. Szanujący swoich podwładnych. Setnik z Kafarnaum daje przykład szanowania nie tylko wyznawców innych religii, lecz także swoich podwładnych. Temu wojskowemu podlegali bowiem żołnierze i sługa, który zachorował. Setnik nie powiedział sobie: To tylko sługa, nawet jeśli umrze, to nic wielkiego się nie stanie. Znajdę innego, albo nawet kupię sobie niewolnika, albo też będę wykorzystywał żołnierzy, bo mam nad nimi władzę. Ten szlachetny człowiek nie postąpił tak. Nie chciał nadużywać swojej władzy. Nie przeszedł obojętnie nad chorobą sługi i poprosił  Jezusa o uzdrowienie go.

Poszanowanie człowieka przez tego wojskowego może być przykładem dla wielu przełożonych, przedsiębiorców, biznesmenów, pracodawców. Setnik swoim przykładem poucza, że nie wolno tylko korzystać z usług drugiego człowieka. Trzeba się także zatroszczyć o jego dobro, o godziwe warunki życia, o jego zdrowie. Tej troski wymaga fakt, że podwładni mają taką samą godność osobową i prawa jak ich przełożeni i pracodawcy. Jedni i drudzy są dziećmi stworzonymi przez tego samego Ojca. A ponadto pracodawcy czerpią korzyści z wysiłku swoich pracowników, dlatego mają obowiązek dzielić się z nimi swoimi zyskami. Tego wymaga elementarna sprawiedliwość.

 

3. Pokora setnika. Nie jest zbyt jasne, czy setnik sam powiedział o chorym słudze Jezusowi, czy tylko poprosił o to starszyznę żydowską. Św. Łukasz mówi, że zwracał się do Jezusa przez innych, a św. Mateusz – że sam przyszedł do Niego (por. Mt 8,5-13). Może być prawdziwe jedno i drugie. A więc setnik mógł sam osobiście rozmawiać z Jezusem i sam Go prosił o uzdrowienie sługi, ale szukał również poparcia starszyzny żydowskiej. Św. Łukasz jednak skoncentrował się na fakcie, że mówił do Jezusa przez innych ludzi, przez co podkreślił jego pokorę. Św. Mateusz natomiast położył nacisk na to, że nie tylko szukał wstawiennictwa innych, ale że miał odwagę osobiście rozmawiać z Jezusem, bo wierzył nie tylko w Jego potęgę, lecz również – w Jego dobroć.

Setnik prosił Jezusa o uzdrowienie sługi, jednak nie pozwolił Mu wejść do swojego domu. „Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój. I dlatego ja sam nie uważałem się za godnego przyjść do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa będzie uzdrowiony” (Łk 7,6-7). Może powiedział te słowa, bo zetknął się z opinią wielu rodaków Jezusa, że wejście do domu pogańskiego powoduje zanieczyszczenie. Z tego powodu na przykład oskarżyciele Jezusa nie podeszli zbyt blisko do poganina Piłata, jak to zauważył św. Jan: „Od Kajfasza zaprowadzili Jezusa do pretorium. A było to wczesnym rankiem. Oni sami jednak nie weszli do pretorium, aby się nie skalać, lecz aby móc spożyć Paschę. Dlatego Piłat wyszedł do nich na zewnątrz” (J 18,28-29). Być może setnik znał te przekonania żydowskich elit religijnych, dlatego powstrzymał Jezusa przed wejściem do swojego domu, aby Ten, którego uważał za kogoś wyjątkowego, nie zanieczyścił się przez kontakt z nim, grzesznym poganinem.

Pełne pokory słowa setnika zostały zapisane nie tylko w ewangeliach. Znalazły się także w liturgii eucharystycznej. Kościół przypomina nam je przed przyjęciem Jezusa do swojej duszy w Komunii św. Zanim przyjmujemy Go do domu swojego serca, powtarzamy słowa setnika: „Panie, nie jestem godzien...” Wypowiadanie tych słów nigdy nie powinno być bezmyślne. Powtarzane słowa setnika powinny być szczere, płynące z serca. Nikt z nas bowiem nie jest godzien przyjmować Boga, nieskończoną Świętość, do swojej grzesznej duszy. Jeśli ktoś uważa, że jest tego godzien, to powinien się poważnie zastanowić nad sobą.

 

4. Głęboka wiara setnika. Ten wojskowy, który poprosił Jezusa o uzdrowienie swojego sługi, zadziwia wielkością swojej wiary. Jest bowiem przekonany nie tylko o tym, że Jezus potrafi uzdrowić jego sługę, ale i o tym, że aby to uczynić, wcale nie musi się do niego zbliżać. Nie musi więc przychodzić do jego domu. Tę swoją wiarę wyjaśnia Jezusowi. Porównuje potęgę Jego słowa do władzy, jaką posiada nad podlegającymi mu żołnierzami i sługą. Jak oni wypełniają jego polecenia, tak wypowiedziane przez Jezusa słowo uzdrowi z daleka jego sługę. Wyjaśnia to Jezusowi: „Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! – a idzie; drugiemu: Chodź! – a przychodzi; a mojemu słudze: Zrób to! – a robi". (Łk 7,8) Setnik chce powiedzieć Jezusowi, że nie musi przychodzić, bo Jego słowo z daleka spowoduje uzdrowienie jego sługi. Niech wypowie choćby jedno słowo, a stanie się tak, jak powiedział.

Kościół pobudza nas do podobnej wiary. Przed Komunią św. podsuwa nam do powtórzenia wypowiedziane przez setnika słowa: „Panie, nie jestem godzien... ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Zostanie uzdrowiona z różnych duchowych chorób, które ogólnie nazywamy grzechem.

 

5. Każde dobro powinno być naśladowane. Jezus nie pozostawił bez nagrody setnika, który nie był Izraelitą. Postawił swoim rodakom za przykład jego wiarę i zapowiedział, że ci, którzy podobnie jak on będą wierzyć, znajdą się w królestwie niebieskim. „Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim. A synowie królestwa zostaną wyrzuceni na zewnątrz – w ciemność; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. (Mt 8,10-12) Pochwała przed rodakami nie była jedyną nagrodą, jaką otrzymał setnik. Jego sługa odzyskał zdrowie, a ponadto jego pokora, wiara, szacunek dla wyznawców innych religii, współczucie chorym – wszystko to zostało opisana w ewangeliach. Nawet w liturgii eucharystycznej znalazły się słowa tego wierzącego setnika. To, co zrobił, będzie do końca świata przykładem dla przychodzących nowych pokoleń.

Stawiając swoim rodakom za przykład setnika, który był spoza Izraela, Jezus daje całej ludzkości, wszystkim jej pokoleniom ważne pouczenie. Uczy dostrzegać dobro wszędzie, także poza własnym narodem. Jest to bardzo ważne we wszystkich czasach. Często bowiem można się spotkać z dumą różnych grup społecznych, pokoleń, rodów, narodów, a nawet regionów, miast i wiosek, które uważają się za lepsze od innych, wyjątkowe. Wiele narodów uważa się niemal za „mesjasza” pośród ludów świata. Od tej dumy narodowej tylko krok dzieli od pychy, od szowinizmu i wojen, które łatwo pojawiają się tam, gdzie pewna grupa uważa się za lepszą od lekceważonej i pogardzanej przez siebie reszty. Jezus nie był zaślepiony żadną formą szowinizmu. Zauważył dobro poza swoim narodem i zwrócił na nie uwagę. Zauważył też brak wiary w swoim narodzie i ostro to napiętnował.

 

Wskrzeszenie jedynego syna wdowy z Nain

Wkrótce potem udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki.11 Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta.12 Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz!13 Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, stanęli – i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań!14 Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce.15 A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój.16 I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie.17 (Łk 7,11-17)

1. Wskrzeszenie zapowiadające inny wielki cud. Jezus wskrzesił syna wdowy, chociaż nikt Go o to nie prosił. Zresztą kto mógłby wpaść na to, by o coś podobnego Go prosić? Dlatego Jezus – zdjęty litością nad wdową, która straciła swojego jedynego syna – sam od siebie przywraca mu życie. Słowa Jezusa brzmią jak rozkaz: „Młodzieńcze, tobie mówię wstań!” Odnoszą natychmiastowy skutek: „Zmarły usiadł i zaczął mówić”. Cudowny czyn Jezusa jest proroctwem, które zapowiada powszechne zmartwychwstanie ciał. Ten, który przywrócił życie młodzieńcowi z Nain – w znanym tylko Bogu przyszłym czasie – dotknie mocą Ducha Świętego każdego umarłego, tak jak dotknął się w przeszłości mar, na których spoczywały zwłoki pozbawione ożywiającej duszy. Tej boskiej mocy, potężniejszej niż śmierć, nic się nie oprze. Będzie to cud powszechny, czyli dotyczący wszystkich zmarłych ludzi. Nie trzeba będzie o ten cud prosić Jezusa, tak jak nikt nie prosił o przywrócenie życia młodzieńcowi z Nain. Sam Bóg zadecyduje o tym, kiedy Jego nieskończona moc da życie zmarłym, większe niż to, które otrzymał wskrzeszony przez Jezusa młodzieniec. Będzie to życie doskonalsze, bo wyzwolone na zawsze z mocy śmierci. Wskrzeszony bowiem młodzieniec któregoś dnia musiał ponownie umrzeć, natomiast po powszechnym zmartwychwstaniu ciał śmierć na zawsze straci swoją władzę nad ciałami, wskrzeszonymi z martwych przez Pana życia.

 

2. Współczucie Zbawiciela. Jezus wkłada serce w to, co czyni. Na widok wdowy, która straciła jedyną swoją pociechę, syna, ogarnęła Go litość. Pan „użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz!”. Te słowa są dla nas pouczeniem, by nie tylko współczuć bliźnim, ale to współczucie w jakiś sposób im okazywać. Można to uczynić tak jak Jezus: słowem. Można swoje zauważenie cudzego cierpienia ujawnić także jakimś gestem, wyrazem twarzy, a nawet wymownym milczeniem. Okazywanie współczucia ważne jest przy wykonywaniu takich zawodów jak lekarz, pielęgniarka, pracownik pomocy społecznej itp.

Współczucie Jezusa nie ograniczyło się jednak do słownego wyrażenia go. Swoją potęgą usunął przyczynę cierpienia wdowy, którą była śmierć jej jedynego syna. I przez to Jezus pozostawił nam ważne pouczenie: mamy tak jak On usuwać przyczyny ludzkich cierpień. Każdy z nas może to uczynić, przynajmniej w jakimś stopniu. Można np. swoim dzieleniem się zmniejszyć niepokój tych, którzy nie mają środków materialnych na wyżywienie swojej rodziny. W wielu wypadkach jednak wydaje się nam, że nie potrafimy usunąć przyczyn, które wywołują ludzkie cierpienie, np. wojen. Tak jednak nie jest. Nigdy nie jesteśmy bezradni. Zawsze mamy dwa potężne środki, którymi możemy usuwać to, co wywołuje ludzkie udręki.  Te środki to modlitwa i post. Te dwa sposoby walki z przyczynami ludzkich cierpień są potężniejsze, niż przypuszczamy. Bóg bowiem nie pozostaje nigdy obojętny, gdy słyszy nasze prośby i dostrzega towarzyszące im jakieś nasze wyrzeczenie. Przykłada ucho do naszych modlących się ust i serca i nie pozostaje obojętny. Działa, a Jego działanie jest wszechmocne.

 

3. Łzy wielu matek. Nikt nie prosił Jezusa o udzielenie pomocy wdowie z Nain, opłakującej śmierć swojego dziecka. To nie ciekawość, lecz litość skłoniła Zbawiciela do tego, by zbliżyć się do orszaku pogrzebowego. Zatrzymał niosących zwłoki i wskrzesił syna wdowy, bo ogarnęło Go wielkie wzruszenie. Stwórca serca matki na obraz i podobieństwo Serca Bożego wiedział, jak wielkim bólem jest dla każdej matki śmierć dziecka. Jezus, Syn Boży, znał nie tylko ból wdowy z Nain, ale również cierpienie wszystkich matek, które w ciągu wieków ludzkiej historii opłakiwały lub będą opłakiwać swoje dzieci, zwłaszcza te, które stały się lub staną się ofiarami przemocy, okrutnych wojen, terroryzmu, nędzy, biedy, głodu, fanatyzmu, zaślepienia, nienawiści.

Jezus znał też ból swojej Matki, Maryi, której serce jak miecz przeszyje Jego zbliżająca się śmierć. Znał dobrze to, co będzie Ona odczuwać, gdy na drodze na Kalwarię i pod krzyżem będzie patrzeć na Jego cierpienie, wzgardzenie, lekceważenie, konanie w udrękach i opuszczeniu. On, Jezus, był – podobnie jak syn wdowy z Nain – jedynym synem Maryi, jedyną Jej pociechą. Znajomość bólu wszystkich matek skłoniła Jezusa, by podjeść do orszaku pogrzebowego i uzdrowić zmarłego młodzieńca. Wskrzeszając go, Jezus zapowiedział swoje zmartwychwstanie, które przyniesie pociechę Jego zbolałej Matce.

 

4. Dawca życia większego niż to, które mamy teraz. Wszystkie wskrzeszenia dokonane przez Jezusa ukazują Go jako Tego, który potrafi usunąć śmierć. Swoją władzę nad życiem i śmiercią ukazał, przywracając życie zmarłemu synowi wdowy z Nain. To widzialne wskrzeszenie pokazuje wskrzeszenia inne, liczniejsze, które dokonują się w duszy ludzkiej. Są one dziełem łaski, wysłużonej przez Jezusa na krzyżu. Ona to powoduje, że duch ludzki z duchowej śmierci grzechu przechodzi do takiego życia, jakim żyje Trójca Przenajświętsza. Stan grzechu śmiertelnego zamienia się w życie – i to życie Boże. Trwanie w śmierci nienawiści, egoistycznym zamknięciu się w sobie, leniwej obojętności i bierności zamienia się –  dzięki Bożej pomocy – w energię miłości, żarliwe życie dla Boga i uszczęśliwiania bliźnich.

Aby to duchowe zmartwychwstanie, ożywienie było możliwe dla wszystkich ludzi, Jezus, który wskrzesił młodzieńca z Nain, ustanowił sakrament chrztu i spowiedzi świętej. W tych sakramentach ożywia martwego człowieka, przywraca go jako żywego Ojcu niebieskiemu, tak jak w Nain wskrzeszonego syna oddał w ręce jego matki. Ponadto Jezus pozostał z nami pod postaciami chleba i wina w sakramencie Eucharystii. Pod tymi skromnymi znakami bezosobowych rzeczy, pokarmu, ukrywa się On sam, Pan życia, ze swoim ciałem i krwią, duszą i Bóstwem. Do każdego, kto z miłością i pokorą przystępuje do Komunii św., odnoszą się słowa Jezusa: „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim.” (J 6,54-56) „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie.” (J 6,53)

 

5. Wskrzeszony młodzieniec zaczął mówić. Ewangelista nie wyjaśnia, co mówił. Można przypuszczać, że pierwsze słowa skierował do swojej matki. Nie wiemy, do kogo i  co mówił później. Jednak wraz z życiem odzyskał dar mowy i miał się nim dobrze posługiwać. Może stał się głosicielem Jezusa, który przywrócił mu życie. Uczciwość wymagała tego, aby z wdzięcznością opowiadał o Nim innym ludziom. Podobne zadanie spoczywa także na nas, bo w sakramencie chrztu – a często także w sakramencie spowiedzi – zostaliśmy duchowo wskrzeszeni przez Chrystusa. Odtąd mamy dobrze używać daru mowy. Powinniśmy mówić o Nim i w Jego imieniu. Ożywieni przez łaskę i zjednoczeni z Nim powinniśmy Jemu samemu pozwolić mówi przez nas. Nie to, co nam podsuwa skłonność do gadulstwa powinniśmy mówić, lecz to czym Jezus chce innych ubogacić, posługując się moimi ustami – to, co On chce ludziom przekazać. Jego słowami i swoim przykładem mamy przyciągać naszych braci i siostry do Niego, aby i oni stali się Jego przyjaciółmi i współpracownikami w wielkim dziele odkupienia i zbawienia świata.

 

6. Zmarły usiadł i zaczął mówić. Kiedy Jezus, pełen miłości i współczucia, przywrócił życie synowi wdowy z Nain, to  – jak pisze Ewangelista – zmarły usiadł i zaczął mówić. Nie było to więc jakieś przywidzenie, zbiorowa halucynacja. Zmarły młody człowiek odzyskał prawdziwe życie, takie jakie miał przed śmiercią. Mógł się poruszać, siedzieć, mówić.

W wyznaczonym przez Ojca niebieskiego dniu powszechnego zmartwychwstania ciał Jezus, Syn Boży wraz z Duchem Świętym, dokona ożywienia ciał wszystkich zmarłych ludzi. Każdy z nas odzyska zniszczone przez śmierć ciało. Nie będzie to jednak takie samo ciało, jakie odzyskał wskrzeszony w Nain młodzieniec. On bowiem powrócił do życia w takim ciele, jakie miał przed śmiercią. Ciała po powszechnym zmartwychwstaniu będą udoskonalone i nieśmiertelne. Jakie one będą? Nieco informacji na ten temat udziela nam św. Paweł. Mówi on, że ciała tych, którzy umarli w Chrystusie, w jedności z Nim, zostaną upodobnione do Jego zmartwychwstałego i chwalebnego ciała. Nie mówi jednak o tym, jakie ciała będą po zmartwychwstaniu mieli ci, którzy odrzucili Chrystusa, ofiarowaną im Jego łaskę i zbawienie. O upodobnionych do zmartwychwstałego Chrystusa, Nowego Adama, pisze tak:

„Lecz powie ktoś: A jak zmartwychwstają umarli? W jakim ukazują się ciele? O, niemądry! Przecież to, co siejesz, nie ożyje, jeżeli wprzód nie obumrze. To, co zasiewasz, nie jest od razu ciałem, którym ma się stać potem, lecz zwykłym ziarnem, na przykład pszenicznym lub jakimś innym. Bóg zaś takie daje mu ciało, jakie zechciał; każdemu z nasion właściwe. Nie wszystkie ciała są takie same: inne są ciała ludzi, inne zwierząt, inne wreszcie ptaków i ryb. Są ciała niebieskie i ziemskie, lecz inne jest piękno ciał niebieskich, inne – ziemskich. Inny jest blask słońca, a inny – księżyca i gwiazd. Jedna gwiazda różni się jasnością od drugiej. Podobnie rzecz się ma ze zmartwychwstaniem. Zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne – powstaje chwalebne; sieje się słabe – powstaje mocne; zasiewa się ciało zmysłowe – powstaje ciało duchowe. Jeżeli jest ciało ziemskie powstanie też ciało niebieskie. Tak też jest napisane: Stał się pierwszy człowiek, Adam, duszą żyjącą, a ostatni Adam duchem ożywiającym. Nie było jednak wpierw tego, co duchowe, ale to, co ziemskie; duchowe było potem. Pierwszy człowiek z ziemi – ziemski, drugi Człowiek – z nieba. Jaki ów ziemski, tacy i ziemscy; jaki Ten niebieski, tacy i niebiescy. A jak nosiliśmy obraz ziemskiego [człowieka], tak też nosić będziemy obraz [Człowieka] niebieskiego.” (1 Kor 15,35-49)

 

Uwięziony Jan Chrzciciel posyła uczniów do Jezusa

O tym wszystkim donieśli Janowi jego uczniowie. Wtedy Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów18 i posłał ich do Pana z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?19 Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?20 W tym właśnie czasie wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i [uwolnił] od złych duchów; oraz wielu niewidomych obdarzył wzrokiem.21 Odpowiedział im więc: Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię.22 A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi.23 (Łk 7,18-23)

1. Wątpliwości. Trudno przypuszczać, że Jan Chrzciciel zaczął wątpić w posłannictwo Jezusa, którego przyjście zapowiadał. Przecież słyszał o Nim świadectwo samego Ojca niebieskiego, kiedy udzielał Mu chrztu w Jordanie. Widział też wtedy podobny do gołębicy znak Ducha Świętego, zstępującego na Niego (por. Mt 3,16-17). Może wątpliwości zaczęły nachodzić tych uczniów Jana, którzy przy nim pozostali. Mogli bowiem być zaskoczeni biegiem wydarzeń. Przecież Jan Chrzciciel pokazał Jezusa, nadchodzącego Mesjasza, mówił też o siekierze już przyłożonej do korzenia, która wytnie bezowocne drzewa, aby zostały spalone w ogniu. (por. Mt 3,10) Jakże te słowa musiały rozbudzać wyobraźnię uczniów! A tymczasem wszystko wydawało się nabierać innego obrotu. Złe drzewa – takie jak zdeprawowany Herod i Herodiada – nadal rosły, a sprawiedliwy Jan dostał się do więzienia. Zło wydawało się triumfować, a Jezus jakby na to pozwalał. Uczniowie Jana mogli więc sobie zadawać pytanie, czy Jezus jest rzeczywiście tym oczekiwanym mesjaszem, który wycina złe drzewa.

Może sam Jan Chrzciciel próbował im rozwiązać przeżywane wątpliwości, a potem posłał ich do Jezusa, aby On sam dał im odpowiedź na nękające ich problemy. Po co mają snuć różne domysły. Niech zapytają Tego, którego one dotyczą. Dwóch spośród uczniów Jana poszło więc do Jezusa, który ich przyjął. Aby rozwiać ich wątpliwości wskazał na nadzwyczajne cuda, których dokonał. Niech patrzą na Jego czyny i niech nie pozwolą zburzyć w sobie wiary przez ciągle szerzącą się niesprawiedliwość i zło.

Posyłając swoich uczniów do Jezusa, Jan Chrzciciel daje nam cenne pouczenie: jeśli budzą się w nas jakiekolwiek wątpliwości w wierze, to mamy samego Boga prosić o ich rozwiązanie. On znajdzie najlepszy sposób, by to uczynić.

 

2. Mądrość i pokora Jana Chrzciciela. Jan, poprzednik Chrystusa, nie tylko nie zwątpił w Niego, lecz – posyłając do Niego swoich uczniów – wykazał się wielką wiarą w Niego, mądrością i pokorą. Wiedział bowiem, że Jezus dokonał wiele nadzwyczajnych cudów. Wieść o nauczaniu Jezusa i o Jego wielkich dziełach dotarła do niego. Dlatego, posyłając uczniów do Jezusa, Jan Chrzciciel mógł pomyśleć: Niech idą do Niego, niech sami zobaczą, że tego, co On czyni, nie da się porównać z moją skromną działalnością. Ewangelie bowiem nie wspominają o żadnych cudach Jana Chrzciciela. Zaskakiwał on otoczenie swoim nadzwyczaj surowym stylem życia, równie surowym stylem nauczania i modlitwą.

Znał Jezusa, bo spotkał Go nie tylko w czasie chrztu, którego Mu udzielił w rzece Jordan. Znacznie wcześniej, bo jeszcze przed swoim narodzeniem, spotkał się z Nim. Miało to miejsce wtedy, gdy Maryja przyszła do Elżbiety. Wówczas z radością poruszył się w łonie swojej matki Elżbiety (por. Łk 1,41.44). Przyjściu na świat Jana towarzyszyły zaskakujące wydarzenia, takie jak poczęcie go przez Elżbietę w podeszłym wieku, utrata mowy przez jego ojca Zachariasza (por. Łk 1,5-25). Kiedy jednak żył na pustyni i nauczał lud, żadnego widzialnego cudu nie dokonał. Wiedząc o tym, posłał swoich uczniów do Jezusa, aby zobaczyli Jego cuda, potęgę, dobroć, serdeczność, życzliwe przyjęcie. Chciał, żeby na własne oczy zobaczyli, że naprawdę jest tym Wielkim Oczekiwanym i na żadnego innego nie trzeba już czekać.

 

3. Błogosławiony ten, kto nie zwątpi w Chrystusa. Słowa te odnoszą się nie tylko do uczniów Jana Chrzciciela, ale do wszystkich ludzi na świecie. Oczekiwany Mesjasz naprawdę już przyszedł i nie trzeba czekać na żadnego innego. Trzeba tylko przyjść do Niego jak uczniowie Jana i dobrze rozważać Jego dzieła, Jego naukę, Jego orędzie miłosierdzia i przebaczenia. Odkupiciel naprawdę przyszedł na świat. I nie tylko przyszedł, lecz jest i pozostanie z nami aż do skończenia świata (por. Mt 28,20). Dokonał On wielkiego dzieła naszego Odkupienia umierając na krzyżu, a Jego zbawcza Ofiara przedłuża się w Eucharystii. Postacie chleba i wina są znakami Jego niezwykłej miłości i pokory, ofiarniczego wyniszczenia się, wyzbycia się wszystkiego, aż do pozostania z nami pod osłoną tych bardzo niepokaźnych znaków. Oczekiwany Mesjasz naprawdę założył Królestwo Boże i jest ono rzeczywiście obecne w tych sercach, w których On sam przebywa, by w nich i przez nie kochać Ojca niebieskiego i ludzi: swoich braci i siostry (por. Łk 17,20-21) .

Kto jednak ma oczy przysłonięte ślepotą niewiary, ten nie dostrzega tych radosnych prawd. Nie jest więc błogosławiony, czyli szczęśliwy. Żyje w złudnych nadziejach, które tylko potęgują niepokój. Podąża za swoimi „mesjaszami i zbawicielami”, którymi zwykle jest to, co uchodzi za wielkie w oczach tego świata: bogactwo, władza, popularność. Idzie za mesjaszami, którzy tylko to obiecują, a Mesjasza prawdziwego, Jezusa Chrystusa,  nie zna albo porzuca, bo uważa, że nic wielkiego nie zrobił. Jednak do Niego trzeba wrócić. Trzeba odkryć Jego wielkość w Jego niezwykłej pokorze i ukryciu. Jest On bowiem tym oczekiwanym przez wieki Mesjaszem, który swoją boską mocą potrafi świat wyleczyć z nękającej go choroby egoizmu, niesprawiedliwości, nienawiści, żądzy pieniądza, władzy i zemsty. Trzeba tylko do Niego powrócić i nie rozglądać się za innymi „zbawicielami”.

 

Pochwała Jana Chrzciciela przez Jezusa

Gdy wysłannicy Jana odeszli, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze?24 Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w pałacach królewskich przebywają ci, którzy noszą okazałe stroje i żyją w zbytkach.25 Ale coście wyszli zobaczyć? Proroka? Tak, mówię wam, nawet więcej niż proroka.26 On jest tym, o którym napisano: Oto posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę.27 Powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on.28 (Łk 7,24-28)

1. Nie był chwiejny jak trzcina na wietrze. Jezus wychwala przed tłumami Jana Chrzciciela za jego stałość i bezkompromisowość w odniesieniu do zła. Nie był on człowiekiem podobnym do giętkiej trzciny, która wygina się we wszystkie strony na wietrze. Trwał niezmiennie przy Bogu. Stałością podobną do nieugiętości Jana odznaczają się ci wszyscy, którzy naprawdę kochają Boga. Oni – podobnie jak on – są drogowskazami dla ogromnej rzeszy ludzi, którzy dla jakiejś swojej ziemskiej korzyści odchodzą od Boga, porzucają Jego stałe przykazania, nie idą za głosem sumienia. Wyginają się jak trzcina na wietrze, by przypodobać się ludziom, zdobyć dobre stanowisko, pieniądze, zaszczyty, władzę, sławę. Jezus nie taką postawę pochwala, bo sam także nie był giętką trzciną. Był nieugięty w głoszeniu prawdy, w miłości do Boga i do ludzi.

Pokusa złej uległości i chwiejności jest silna. Kusi, by mówić tylko to, za co usłyszę: „lubię to”, i zaprzestać mówienia tego, za co nie zostanę „polubiony”. Aby się wyzwolić z chwiejności i zmienności trzeba tak jak Jezus, Jan Chrzciciel i im podobni chcieć się przypodobać nie ludziom, lecz Bogu. Dobrze by było robić sobie często rachunek sumienia, odpowiadając na pytania postawione przez św. Pawła: „A zatem teraz: czy zabiegam o względy ludzi, czy raczej Boga? Czy ludziom staram się przypodobać? Gdybym jeszcze teraz ludziom chciał się przypodobać, nie byłbym sługą Chrystusa.” (Ga 1,10). Nie wolno chcieć się ludziom przypodobać przez odchodzenie od prawdy i przez zmniejszanie swojej miłości do Boga i do bliźnich.

 

2. Nie żył w zbytkach. Chrystus chwali Jana przed ludźmi za to, że nie żył w luksusie. Nie należał on do tych, którzy w pałacach królewskich przebywają, noszą okazałe stroje i żyją w zbytkach (por. Łk 7,25). Jan żył na miejscu pustynnym, „nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny” (Mt 3,4). Jego surowy styl życia przypomina nam, ile zbytecznych rzeczy posiadamy. Bez ilu z nich można by się obejść, wcale nie popadając w nędzę. Ileż posiadamy odpowiedników „miękkich szat”, „okazałych strojów”, a nawet „pałaców królewskich”. Jest tak, bo codzienne stykanie się z reklamą robi swoje. Oprócz reklam zauważanie, że ktoś coś posiada, również kusi, by coś podobnego zdobyć dla siebie. I tak zaczyna nas otaczać „zbytek” luksusu, szat, jedzenia, stylu życia, kosmetyków, a nawet zabawek dla dzieci. Nie byłby on czymś złym, gdyby na świecie nie było wielu takich, którzy nie tylko nie żyją w zbytkach, lecz nie posiadają nawet minimum życiowego dla utrzymania siebie i rodziny. Z powodu rozpowszechnionej w świecie nędzy każda forma mojego „zbytku” – nawet niewielkiego – powinna krzyczeć i wzywać mnie do powiększenia mojej miłości do bliźnich, do większego uwrażliwienia się na ich los.

 

3. Był więcej niż prorokiem. W swojej pokorze Jan Chrzciciel nie uważał się za proroka. „Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie!” (J 1,19-21). Jezus uznaje Jana za kogoś większego od proroków – za swojego poprzednika, za kogoś, kto działa bezpośrednio przed Nim, obiecanym Mesjaszem i Synem Bożym. Aby wyjaśnić wzniosłe zadanie Jana Chrzciciela, stawia swoim słuchaczom retoryczne pytanie, na które sam daje odpowiedź: „Ale coście wyszli zobaczyć? Proroka? Tak, mówię wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę” (Łk 7, 26-27).

Według absolutnie prawdziwych słów Jezusa Jan Chrzciciel jest kim bez porównania większym niż ludzie mieszkający w pałacach, ubranych w miękkie szaty, noszący okazałe stroje i żyjący w zbytkach. Jan był wielki, bo do końca swojego życia pozostał wierny swojemu powołaniu. Nie był jak giętka i chwiejna trzciną. Pozwalał się „wyginać” tylko jednemu wiatrowi. Był nim głos Boga, Jego wola, Jego wezwanie, Jego powołanie, tchnienie Ducha Świętego. Przez swoją uległość samemu tylko Bogu Jan był naprawdę wielki. Był większy od mieszkańców wspaniałych pałaców i domów, od dostojników noszących okazałe stroje, a także od obłudnych faryzeuszów, którzy ozdobnymi szatami i przechwalaniem się usiłowali ukryć swoją małość.

 

4. Największy pośród narodzonych z niewiast. O Janie Chrzcicielu Jezus powiedział: „Powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on.” (Łk 7, 27-28). Znaczy to, że Jan był większy od wszystkich, których przed wcieleniem się Syna Bożego, urodziły matki. W taki sposób przyszli na świat wszyscy ludzie. Jednak oprócz tego naturalnego narodzenia istnieje jeszcze inne, wznioślejsze: z Ducha Świętego. Dzięki temu nadprzyrodzonemu narodzeniu człowiek staje się kimś więcej niż dzieckiem swojej matki i ojca. Staje się dzieckiem Boga. To nowe narodzenie jest łaską wysłużoną przez Jezusa Chrystusa na krzyżu. Ten wielki dar powoduje, że oprócz naturalnego życia pojawia się w człowieku życie Trójcy Świętej, a więc jakby „spokrewnienie” z Nią, „przebóstwienie”. Dar narodzenia z Boga posiadają ci wszyscy, którzy przyjęli łaskę, nie przeszkodzili działaniu Ducha Świętego w sobie i przez to zostali włączeni w królestwo Boże. Nawet gdyby w tym królestwie pozornie niewiele znaczyli, to jednak posiadają ogromny dar. Ten dar, ta łaska powoduje, że najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż Jan Chrzciciel. Wszystkich narodzonych z Ducha Świętego On sam prowadzi i pomaga wołać do Boga z ufnością i miłością: „Abba, Ojcze!” (por. Rz 8,13-15) Ten Duch, w znanej tylko Bogu w przyszłości, ożywi chwalebnym życiem ciała tych, którzy dzięki Jego mocy stali się synami Bożymi (por. Rz 8,11).

 

5. Kontynuacja posłannictwa Jana Chrzciciela. Do Jana Chrzciciela odnoszą się słowa: „Oto posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę” (Łk 7,27). Jan był wielki, bo wiernie wypełnił swoje zadanie, które obecnie wszyscy mają kontynuować w założonym przez Jezusa królestwie Bożym. Znaczy to, że wszyscy stale powinniśmy przygotowywać drogę serca dla przychodzącego Pana Jezusa. Nie tylko serca bliźnich, ale przede wszystkim – swoje serce. Przygotowania na stałe przychodzenie Pana wymagają wszystkie serca, bo nie wszystko w nich jest dla Niego piękną drogą, wyrównaną przez miłość, dobroć, miłosierdzie, życzliwość, troskę o biednych i cierpiących. Są w nich jeszcze liczne wyboje zła, grzechu, egoizmu i dziury różnych zaniedbań. Wszystko to powoduje, że nie są piękną i wygodną drogą dla przychodzącego Pana. Domagają się więc poprawienia, wyrównania. Szczególnie w tych osobach, za które jesteśmy najbardziej odpowiedzialni, mamy przygotowywać drogę dla Pana: przez przykład, życzliwe pouczenie, zachętę do czynienia dobra, modlitwę za nich.

Chrystus ciągle do każdego przychodzi, ale dokona się jeszcze Jego wielkie przyjście w chwale. Również na to przyjście mamy siebie i innych przygotowywać, aby dzień ten nie zaskoczył nikogo. Jezus dał nam wielkie ostrzeżenie: „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi.  Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym.” (Łk 21,34-36) Każdy z nas ma być podobnym do Jana Chrzciciela wysłańcem Bożym, który przygotowuje drogę mającemu przyjść w chwale Panu: „Oto posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę." (Łk 7,27)

 

Różne podejście ludzi do Jana Chrzciciela i Jezusa

I cały lud, który Go słuchał, nawet celnicy przyznawali słuszność Bogu, przyjmując chrzest Janowy.29 Faryzeusze zaś i uczeni w Prawie udaremnili zamiar Boży względem siebie, nie przyjmując chrztu od niego.30

Z kim więc mam porównać ludzi tego pokolenia? Do kogo są podobni?31 Podobni są do dzieci, które przebywają na rynku i głośno przymawiają jedne drugim: Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie płakali.32 Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: Zły duch go opętał.33 Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników.34 A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność.35 (Łk 7,29-35)

1. Ludzie udaremniający zamiar Boży względem siebie. Część uczniów Jana Chrzciciela odeszła od niego, aby pójść za Jezusem. Inni pozostali przy Janie, przez co jednak nie odrzucili Jezusa. Nie odrzucili Chrystusa, bo trwali wiernie przy człowieku, który sam Go przyjął. Była jednak grupa ludzi, którzy zlekceważyli i Jezusa, i Jego posłańca, Jana. Do tej grupy należeli ludzie o mentalności faryzeuszów i znawców Prawa, którzy uważali się za doskonałych i obeznanych z obowiązującymi przepisami. Sami siebie oceniali jako doskonałych i światłych, jednak według oceny Jezusa było inaczej. Ci zarozumiali ludzie okazali się gorsi od pogardzanych przez nich celników. Ci bowiem przyjmowali chrzest Janowy, faryzeusze „zaś i uczeni w Prawie udaremnili zamiar Boży względem siebie, nie przyjmując chrztu od niego” (Łk 7,30). Nie przyjęli tego chrztu, bo ich serca były zamknięte na prawdę i dobro. To samo ich wewnętrzne zamknięcie się na dobro i na światło prawdy powodowało, że nie pozwolili także Jezusowi wpływać na ich życie. Zazdrość i pycha przeszkadzały im przyjąć dar Boży, ofiarowany im przez Jana Chrzciciela, oraz jeszcze większą łaskę, którą chciał im dać Jezus. Przez swoją zarozumiałą „samowystarczalność” uniemożliwiali również Duchowi Świętemu działanie w nich i przez to „udaremnili zamiar Boży” względem siebie. A zamiarem tym było ich uświęcenie, udoskonalenie i zbawienie. Przyjmowanie Jana Chrzciciela i Jezusa – albo odrzucanie ich – pokazuje słuszność słów Zbawiciela: „Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie” (Łk 16,10).

Zarozumiałe postępowanie faryzeuszów i uczonych w Prawie pokazuje, że bardzo często zdecydowane odrzucanie jakiegoś „małego” dobra ujawnia – nieraz dobrze maskowane – odrzucanie dobra większego, a nawet największego, czyli Boga. W tym wypadku tym „małym” odrzuconym dobrem był zlekceważony chrzest Janowy, którego nie przyjęli. Potem jednak okazało się, że nie przyjęli także dobra największego, którym był Syn Boży, Jezus Chrystus, i przyniesione przez Niego łaski. Nie pozwalali też na to, by Duch Święty ich przemieniał. Swoje serce otoczyli jakby grubym i wysokim murem nie do przebycia. Nie mógł go przekroczyć ani Jan Chrzciciel, nauczający i udzielający chrztu, ani Jezus, Zbawiciel, ani Duch Święty. Jeśli ktoś taki mur w sobie zbuduje i nie zburzy go do chwili śmierci, to będzie nim otoczony na zawsze. Przez to na zawsze odrzuci Boga, czyli się potępi.

 

2. Próba usprawiedliwiania swojego złego postępowania. Nikt nie potrafi zmusić do przemiany człowieka, który zdecydowanie nie chce zmienić swojego życia. Ktokolwiek będzie to próbował uczynić, zostanie odrzucony. Nie podąża za dobrem człowiek, który chce czynić zło, tak jak nie przyłączają się do swoich towarzyszy uparte dzieci, o których mówi Jezus. Nie pociąga je ani zachęta do wspólnego tańczenia, ani próba wciągnięcia je we wspólne lamentowanie. „Podobni są do dzieci, które przebywają na rynku i głośno przymawiają jedne drugim: Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie płakali.” (Łk 7,32) Człowiek, które chce czynić zło, zawsze znajdzie jakiś powód, by skrytykować tego, kto chciałby go skierować na drogę prawości. Tacy byli przeciwnicy Jezusa. Nie szli za Nim ani nie podążali za Janem Chrzcicielem. Aby usprawiedliwić siebie, Jezusa nazwali żarłokiem, pijakiem, przyjacielem celników i grzeszników. O Janie Chrzcicielu natomiast powiedzieli, że zły duch go opętał. Nie mogą więc słuchać przyjaciela grzeszników ani tego, którym włada zły duch.

 

3. Mądrość Boża pociąga tylko „dzieci mądrości". Jezus powiedział, że wszystkie „dzieci mądrości przyznały jej słuszność” (Łk 7,35). Co to znaczy? Otóż ludzie tacy jak źle nastawieni faryzeusze nie poszli ani za Janem Chrzcicielem, ani za Jezusem, chociaż jeden i drugi napełniony był mądrością Bożą. Nie poszli za nimi ci, którzy nie byli „dziećmi mądrości”. Są ludzie, których pociąga tylko to, co sami wymyślą lub to, co głoszą ludzie myślący tak samo jak oni, zwłaszcza usprawiedliwiający ich złe postępowanie. Tych podziwiają, tym pozwalają się kierować i manipulować. Sami, zaślepieni, wybierają sobie ślepych przewodników (por. Mt 15,14). „Dzieci mądrości”, odkryły mądrość Bożą w tym, co mówił i czynił Jan Chrzciciel, a także w nauczaniu i postępowaniu Jezusa. Ludzie ci jedno i drugie nauczanie uznali za słuszne, bo ich sercami kierował Duch Święty. To On napełniał tych ludzi mądrością, dlatego rozpoznawali bezbłędnie dzieła Boże tam, gdzie one rzeczywiście były. Nie odrzucili więc ani Jana, ani Jezusa. Człowiek posiadający Bożą mądrość nie patrzy na formę przekazu, lecz na jego treść. Nie jest dla niego ważne, jakie tytuły naukowe ma autor jakiejś nauki, lecz to, co głosi. Ten, który jest „dzieckiem mądrości”, przyjmie prawdę przekazaną zarówno przez dziecko jak i przez papieża, natomiast ten, który Bożą mądrość zastąpił jakąś swoją mądrością, odrzuci jedno i drugie. Tym, którzy zniszczyli w sobie Bożą mądrość, szczególnie nauka o zbawieniu przez krzyż wydaje się czymś niedorzecznym. Lekceważą lub nawet znieważają krzyż, znak Bożej miłości. „Nauka bowiem krzyża – jak napisał św. Paweł – głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia” (1 Kor 1,18). Nie są „dziećmi mądrości” ci, którzy idą na zatracenie. Są nimi natomiast ci, którzy przyjęli ofiarowane im przez Boga zbawienie.

 

Jezus u faryzeusza Szymona

Jeden z faryzeuszów zaprosił Go do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem.36 A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku,37 i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem.38 Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą.39 Na to Jezus rzekł do niego: Szymonie, mam ci coś powiedzieć. On rzekł: Powiedz, Nauczycielu!40

Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt.41 Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?42 Szymon odpowiedział: Sądzę, że ten, któremu więcej darował. On mu rzekł: Słusznie osądziłeś.43 Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła.44 Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich.45 Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi.46 Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje.47 Do niej zaś rzekł: Twoje grzechy są odpuszczone.48 Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza?49 On zaś rzekł do kobiety: Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!50 (Łk 7,36-50)

1. Nieszczera gościnność i szczere łzy. Nie wiadomo, z jakich powodów faryzeusz Szymon zaprosił Jezusa do swojego domu. W każdym razie jako gospodarz nie wykazał się wielką gościnnością. Nie okazał swojemu Gościowi zbyt wiele szacunku. Z chłodną i pełną dystansu wobec Jezusa postawą faryzeusza kontrastuje pełne pokory i miłości zachowanie kobiety, którą otoczenie określało jako „grzesznicę”. Jezus zwrócił uwagę na dwa różne sposoby potraktowania Go. Do pełnego wyższości i pogardy faryzeusza powiedział: „Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi” (Łk 7,44-46). Nic nie ukryło się przed wnikliwym okiem Jezusa: ani pycha i lekceważenie gospodarza, ani miłość skruszonej kobiety.

 

2. Namaściła olejkiem stopy Jezusa. Kobieta, która znalazła się w domu Szymona faryzeusza, z pewnością lubiła wonności. Musiała używać olejków, aby nawet zapachem przyciągać uwagę innych do swojego ciała. Namaszczając olejkiem stopy Jezusa, ukazała swoją radykalną przemianę. To bowiem, co tak bardzo lubiła, rozlała nie na swoje ciało, lecz na stopy Jezusa. Olejek, który wcześniej uprzyjemniał jej życie, teraz ofiarowała komuś. A tym Kimś był Jezus, uznany za osobę wyjątkową w domu Szymona faryzeusza.

Podobnie uczyniła ze swoimi włosami. Z pewnością dbała o nie. Zapewne wiele czasu poświęcała ich pielęgnacji, uczesaniu, zrobieniu ładnej fryzury. Wszystko, co jej sprawiało przyjemność, poświęciła dla Jezusa. Nie obchodziło ją to, że zburzy sobie piękną fryzurę, że zabrudzi sobie włosy, że zwróci uwagę ludzi na swój niedbały wygląd. To przestało się liczyć, bo skrucha i miłość zniszczyła jej próżność. W miejsce egoistycznego skoncentrowania się na sobie pojawiła się pełna wiary i miłości koncentracja na Jezusie.

Kobieta ta pokazuje na wszystkim, w jakim kierunku powinna się dokonywać nasza codzienna przemiana. Mamy porzucić swoje zapatrzenie się w siebie, w swoje odbicie w lustrze i zacząć patrzeć z miłością na Jezusa i na naszych bliźnich. Jemu w naszych braciach i siostrach mamy służyć wszystkim, co dla nas jest tak cenne jak olejek, który nawrócona kobieta wylała na stopy Jezusa.

 

3. Brzydota pychy i piękno pokornej miłości. Ewangelista nie opisuje wyglądu zewnętrznego osób, które brały udział w przyjęciu u Szymona faryzeusza. Przedstawia natomiast ich wnętrza, ich duchowe przyciągające piękno lub duchową odpychającą brzydotę. Trudno doszukać się przyciągającego duchowego piękna w faryzeuszu, który z pewnością widział siebie jako kogoś wspaniałego, gościnnego, robiącego może nawet łaskę Jezusowi za to, że go zaprosił do swojego pięknego domu. Nie widać tego piękna również w jego pogardliwym ocenianiu kobiety, określanej jako „grzesznica”. Nic pięknego nie było w tym, że nie potrafił dostrzec wielkości jej nawrócenia, skruchy, przełamywania egoizmu, próżności. Jak wielu z jego otoczenia faryzeusz Szymon nie potrafił dostrzec jej piękna duchowego. Może podobało mu się tylko jej ciało, chociaż o wiele piękniejszy od niego był jej skruszony duch.

Inaczej widział tę kobietę Jezus, który patrzył na nią swoimi Boskimi oczami. Znał jej grzechy, jednak oprócz ich brzydoty zauważył piękno jej skruchy, pokory, przełamywania egoizmu i odradzającej się miłości. Nie gardził nią, bo widział, że pojawia się w niej coś, co od zawsze kontemplował w swoim Ojcu Niebieskim i w Duchu Świętym: nieskończenie piękną pokorną miłość. Dlatego nie wzgardził jej „sercem pokornym i skruszonym” (Ps 51,19). Nie przyszedł bowiem na świat po to, by kimkolwiek pogardzać. Ukazał się jako Bóg, który jest „z człowiekiem skruszonym i pokornym, aby ożywić ducha pokornych i tchnąć życie w serca skruszone” (Iz 57,15). Jezus, nasz „Pan jest blisko skruszonych w sercu i wybawia złamanych na duchu” (Ps 34,19). Bóg ma upodobanie w sercach skruszonych. One w Jego oczach są piękne. Obrzydliwością natomiast w oczach Bożych jest pycha i próżność, gdyż jest duchową brzydotą. Pokora i skrucha przyciągają z upodobaniem wzrok Boga, bo On sam jest pokorny w swojej nieskończonej potędze i wielkości.

 

4. Nie tylko stopy Jezusa obmyła swoimi łzami. Kobieta uchodząca za grzesznicę swoimi łzami obmyła również swoją duszę. Jej łzy były bowiem łzami skruchy, żalu, ubolewania nas swoim życiem. Kobieta zaczęła sobie zdawać sprawę z tego, że jej życie było niemiłe dla Boga, dla Jezusa. Przyszła więc do Niego, aby Mu w jakiś sposób wynagrodzić sprawiony swoim życiem ból. Łzy były znakiem rodzącej się miłości, która rozpoczyna proces oczyszczania serca z grzesznego egoizmu, zapatrzenia w siebie, próżności, chciwości, nieczystości i innych wad. Ta mała iskra rodzącej się miłości została dostrzeżona przez Jezusa i wzmocniona potężną łaską Jego przebaczenia. Do jej zaledwie rodzącej się miłości dołączyła się jeszcze wielka wdzięczność za to, że ogromny dług grzechu został jej darowany. I umiłowała jeszcze bardziej miłosiernego Jezusa, bo – w przeciwieństwie do obłudnego faryzeusza – zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele Jej przebaczono.

 

5. Ten, "komu mało się odpuszcza, mało miłuje" (Łk 7,47). Mało kocha Boga ten, kto nie zauważa, jak wielkiego ciągle doznaje od Niego miłosierdzia. Każdy popełnił wystarczająco dużo swoich grzechów, by uznać, że wiele mu odpuszczono. Jednak nie każdy dostrzega wielkość swojej grzeszności. Niektórzy ludzie myślą – jak obłudny faryzeusz – że im Bóg nie musi wiele odpuszczać, w przeciwieństwie do tego czy tamtego człowieka. Nie musi im wiele przebaczać, bo – jak sądzą – nie są „tak źli jak inni”. Najwyżej „przydarzają im się” różne „drobne uchybienia”. Są one jednak – według nich – niczym w porównaniu z podłością świata. Na dowód tego potrafiliby przedstawić długą listę swoich bliźnich, którzy są większymi od nich grzesznikami. Ludzie, którzy nie dostrzegają wielkości swojej winy i ogromu miłosierdzia Boga, nie potrafią Go mocno pokochać. Mało miłują, bo nie dostrzegają, jak wielki dług winy został im darowany dzięki Bożemu miłosierdziu. Nie potrafią też Boga kochać za to, że przebacza innym ludziom, czyli „tym większym grzesznikom”. Nie tylko ich to nie cieszy, lecz wręcz drażni. Uważają bowiem, że niektórych wielkich grzechów Bóg nie powinien ludziom przebaczać. I tak brak dostrzegania wielkości miłosierdzia Bożego w stosunku do siebie i rozdrażnienie z powodu okazywania go przez Boga innym ludziom powoduje, że miłość tych ludzi jest mała, karłowata albo nie ma jej wcale. A jak ja oceniam dług, który mi Bóg darował? Był to dług wielki czy mały? I jaka jest moja miłość po darowaniu tego długu?

 

6. Nikt nie potrafi spłacić długu swojego grzechu. Jak poucza Jezus, każdy jest dłużnikiem względem Boga. Każdy zaciąga dług, którego nie potrafi Mu spłacić. Tym dłużnikiem był faryzeusz Szymon i grzeszna kobieta. Niewypłacalnym dłużnikiem jest także każdy z nas. Grzech jest długiem niemożliwym do spłacenia przez to, że powoduje zło i wyrządza krzywdy, których nie potrafimy w pełni naprawić. Grzech krzywdzi mnie samego, drugiego człowieka i znieważa Boga.

Grzesząc krzywdzimy siebie, bo nasze serce staje się coraz gorsze, coraz mniej wrażliwe na Boga i ludzi, coraz bardziej złośliwe, egoistyczne, nienawidzące. Każdy grzech zamazuje w nas w różnym stopniu podobieństwo do dobrego Boga, naszego Stwórcy. Bez pomocy łaski nie potrafimy w pełni naprawić tego zła, które sobie przez grzechy wyrządziliśmy.

Mój grzech dotyka także drugiego człowieka, bo w różnym stopniu go krzywdzi, czegoś pozbawia: dobrego imienia, należnego mu szacunku, radości, pokoju, pracy, rzeczy, żony, męża, a nieraz nawet życia. Niewiele z tych krzywd potrafimy całkowicie naprawić.

Grzech dosięga również Boga, bo grzesząc zawsze marnujemy jakąś łaskę, której udzielił nam Bóg. Przez każdy grzech odrzucamy lekceważąco jakiś dar, który wysłużył nam Jezus przez swoją bolesną śmierć na krzyżu. Gdy się nawracamy, to przez miłość w pewnym stopniu wynagradzamy Bogu nasze zlekceważenie Go, jednak utraconej łaski nie potrafimy sami sobie przywrócić. Ta zmarnowana łaska – podobnie jak krzywdy wyrządzone bliźnim i sobie – jest długiem, którego nie potrafimy spłacić. Darowania tego długu dostępujemy, gdy Bóg nam przebacza. Przez swoje miłosierdzie i wszechmoc Bóg nie tylko odpuszcza nam dług grzechu, ale ponadto swoją nową łaską pomaga usunąć spustoszenie, jakie wywołaliśmy naszymi grzechami. Jezus obdarowuje nas duchowo, gdy do Niego wracamy przez skruchę i pragnienie miłowania Go ponad wszystko, a bliźniego jak siebie samego. Możemy otrzymać nawet więcej, niż mieliśmy i zmarnowaliśmy, jeśli tylko do Niego wrócimy.

 

7. Pochwała miłości i wiary skruszonej grzesznej kobiety. Jezus pochwalił miłość i wiarę grzesznej kobiety. Do faryzeusza Szymona powiedział: „Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała” (Łk 7,47). Do  kobiety natomiast rzekł:  „Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!” (Łk 7,50) Podobnych pochwał nie mógł Jezus wypowiedzieć pod adresem faryzeusza, który go zaprosił  do siebie, bo nie uczynił tego ani z powodu wiary, ani z miłości do Niego. Odnosił się bowiem do Niego lekceważąco, bez uprzejmości, źle o Nim myślał, nie wierzył nawet w to, że był prorokiem. Mówił bowiem do siebie: „Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą” (Łk 7,39).

I tak grzeszna kobieta dostąpiła odpuszczenia grzechów, natomiast zarozumiały faryzeusz nadal trwał w swoich grzechach. Nie wierzył bowiem w Jezusa i nie szukał Jego zbawczej pomocy. Zaproszenie Go do swojego domu i urządzenie dla Niego przyjęcia – może bardzo wystawnego – nie miało większego znaczenia, bo nie wypływało z miłości do Niego ani z wiary w Niego. Przyjął Jezusa chłodno, nie tylko bez miłości, ale nawet bez należnej zwyczajowej uprzejmości. Więcej niż zaproszenie faryzeusza znaczyły dla Jezusa łzy grzesznej kobiety i wszystkie jej gesty. One bowiem wyrażały jej wiarę, szacunek i miłość. Jezus nie przeszedł obojętnie nad tym, co uczyniła skruszona grzesznica. Ku wielkiemu zaskoczeniu zgromadzonych na uczcie gości powiedział do niej: „Twoje grzechy są odpuszczone. Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza? On zaś rzekł do kobiety: Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!” (Łk 7, 48-50)

Jezus pouczył nas o tym, że bezduszne dobre czyny – takie jak wielka uczta, zorganizowana dla Niego w domu faryzeusza Szymona – nie mają większego znaczenia. Ocala natomiast wiara, która rozbudza miłość do Niego. Przebaczenia grzechów dostępują ci, którzy z wiarą i miłością przychodzą do Niego. Każdy, nawet największy grzesznik, może do Niego przyjść. On jest blisko każdego z nas, dlatego nie trzeba Go szukać gdzieś daleko. Nikogo od siebie nie odepchnie, chociaż jest Kimś większym od proroków. Jest prawdziwym Bogiem, Synem Boga Ojca, równym Mu co do Boskiej natury. Pomimo tej Boskiej wielkości nikogo od siebie nie odrzuca, tak jak nie odepchnął ze wzgardą od siebie wierzącej w Niego i skruszonej grzesznej kobiety. Odpowiedział też na zaproszenie faryzeusza Szymona, przyszedł do jego domu,  chociaż wiedział, jak chłodno go przyjmie. Taki jest Jezus, Bóg-człowiek. Nikogo nie odpycha od siebie, jak powiedział: „...tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę” (J 6,37).

 

8. Idź w pokoju! Odpuściwszy grzechy kobiecie, która namaściła Mu stopy olejkiem – po uprzednim umyciu ich swoimi łzami i otarciu włosami – Jezus powiedział do niej: „Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!” (Łk 7,50). W słowach: „Idź w pokoju!”, zawiera się życzenie i prośba. Jezus życzy kobiecie, by dar pokoju, którego On jej udzielił wraz z odpuszczeniem grzechów, nie opuszczał jej. Słowa Jezusa są równocześnie prośbą: Idź i nie trać tego pokoju, który płynie z pojednania z Bogiem. Unikaj grzechów, bo one zniszczą twój pokój przez dotkliwe wyrzuty sumienia. „Idź w pokoju!” znaczy trwaj blisko Boga przez modlitwę, uczciwą pracę, trudy i cierpienia ponoszone dla Niego. „Idź w pokoju!” znaczy również: strzeż się tego, co kłamliwie obiecuje pokój i radość, a wprowadza niepokój, czyli: unikaj próżności, żądzy bogactwa, nieczystości, kłótni, zazdrości, rozleniwienia i innych grzechów. „Idź w pokoju” znaczy też rozszerzaj pokój wokół siebie. Stań się błogosławioną córką Boga, która wprowadza pokój w ludzkie serca (por. Mt 5,9).

 

9. Mylne wyobrażenia o Bogu i Jego posłańcach. Faryzeusz Szymon swoim ograniczonym przez pychę i pogardę umysłem odważył się oceniać postępowanie Jezusa, Syna Bożego. Jego ocena była negatywna. Mówił sam do siebie: „Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą” (Łk 7,39). Faryzeusz uważał, że prawdziwy prorok nie powinien się zajmować grzesznikami, że powinien ich odrzucać od siebie i lekceważyć tak, jako on to czynił.

Podobne faryzejskie oceny słyszy się i dzisiaj. Niektórzy ludzie, uważający siebie za głęboko wierzących i za ludzi Kościoła, z niechęcią przyjmują prawdę o miłosierdziu Bożym. Rozdrażnia ich fakt, że ktoś, kto uczynił wiele zła, nawrócił się i że może być zbawiony tak jak oni. Najchętniej powiedzieliby: „Bóg nie powinien im dawać szansy zbawienia”. Zaślepieni przez swoją nienawiść najchętniej posłaliby wszystkich do piekła: wszystkich oprócz siebie i może jakiejś grupy tak „sprawiedliwych” jak oni. Bóg na szczęście nie postępuje tak, jak – według niektórych zarozumiałych ludzi – „powinien” postępować. Jezus pozwolił grzesznej kobiecie wyrazić swoją skruchę i miłość tak, jak potrafiła to uczynić. Pozwolił, by obmywała łzami Jego stopy, ocierała je włosami, całowała i namaściła olejkiem. Nie przeszkadzał jej w tym, bo to, co czyniła, pogłębiało jej duchową przemianę.

Jezus dał do zrozumienia faryzeuszowi Szymonowi, że gdyby miał tak się zachowywać, jak według niego powinien postępować prawdziwy prorok, to nie przyszedłby do jego domu. Wiedział przecież, jak lekceważąco zostanie potraktowany. A jednak przyszedł do niego. Nie pogardził nim. Również jemu dał szansę nawrócenia się i osiągnięcia zbawienia. Pouczył go, że też jest „dłużnikiem” wobec Boga tak jak grzeszna kobieta, która weszła do jego domu, i że powinien być wdzięczny Panu za darowanie mu jego długu. Pouczył go, że powinien naśladować to, co pojawiło się w sercu grzesznej kobiety: skruchę, pokorę, miłość do Niego. Tego pouczenia udzielił mu dla jego dobra.

 

10. Ta, która bardzo umiłowała. Opowiadając przypowieść od dwóch dłużnikach, którym wierzyciel darował długi, Jezus daje do zrozumienia faryzeuszowi Szymonowi, że ten, komu wiele odpuszczono, potrafi bardziej miłować niż ten, komu darowano mniejszy dług popełnionych grzechów (por. Łk 7,41-43). Jezus poucza, że miłość jest czymś, co się rozwija. Z małej, może się stać bardzo wielką. Przykładem może być miłość grzesznej kobiety, której odpuścił grzechy. Kobieta ta musiała już wcześniej zetknąć się z nauczaniem Jezusa, bo uwierzyła w Niego. Ta wiara zrodziła w niej ufne przekonanie, że tylko w Nim znajdzie siłę do porzucenia swojego grzesznego życia. Do wiary dołączyła się miłość, dopiero rozwijająca się, ale już gorąca. Ta miłość ujawniła się w żalu za swoje grzechy i w zaufaniu Jezusowi. To w Nim – dzięki wierze – widziała ratunek dla siebie, dlatego do Niego przyszła z ufną miłością. Bez trudu weszła do domu Szymona, bo widocznie była tam dobrze znana.

Św. Łukasz nie podaje imienia tej grzesznej kobiety. Jednak w Kościele Prawosławnym i Katolickim silne było przekonanie, że kobietą tą była Maria Magdalena, siostra Łazarza i Marty, uwolniona z mocy siedmiu złych duchów. Taki pogląd wyraził między innymi papież św. Grzegorz I Wielki: „Wierzymy, że kobieta, którą Łukasz nazywa grzesznicą (por. Łk 7,37) a Jan Marią (por. J 11,2; J 12,3-8), to ta sama osoba, z której, według Marka, Jezus wypędził złe duchy (por. Mk 16,9)”. (Św. Grzegorz Wielki, Homilie na Ewangelie, hom. 33,1)

Jeśli więc kobietą w domu Szymona faryzeusza była Maria Magdalena, siostra Łazarza i Marty, to na jej przykładzie ujawnia się w pełni sens słów Jezusa, który dał do zrozumienia, że ten, komu wiele odpuszczono, potrafi bardzo miłować. Maria Magdalena pokazała to swoim przykładem. Ukazała, że z pomocą łaski Chrystusa można porzucić grzech, wyzwolić się z mocy złych duchów i dojść do heroicznej miłości. W Betanii powtórzyła ona jeszcze raz swój gest namaszczenia stóp Jezusa (J 12,3-8), odważnie stała pod krzyżem swojego Zbawiciela, bez lęku udała się jako pierwsza do Jego grobu (por. Mk 16,9). Ta, którą Jezus uwolnił od siedmiu złych duchów, stała się szerzycielką Jego zbawczej nauki do tego stopnia, że w Kościele Prawosławnym nosi tytuł „równej apostołom” (Равноапостольная Мария Магдалина). Maria Magdalena pokazuje, jak wielką miłość może osiągnąć nawet ten, kto wcześniej żył w grzechu. Musi tylko z ufnością i skruchą podejść do Jezusa. Jego życzliwa pomoc ocali każdego, kto do Niego przyjdzie.

 

Autor komentarza: ks. Michał Kaszowski


 



Powrót do strony głównej

Tytuły rozważań