Powrót do strony głównej

Tytuły rozważań


ROZWAŻANIE EWANGELII WEDŁUG ŚW. ŁUKASZA

ROZDZIAŁ 9


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19


Rozesłanie Dwunastu przez Jezusa

Wtedy zwołał Dwunastu, dał im moc i władzę nad wszystkimi złymi duchami i władzę leczenia chorób.1 I wysłał ich, aby głosili królestwo Boże i uzdrawiali chorych.2 Mówił do nich: Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie!3 Gdy do jakiego domu wejdziecie, tam pozostańcie i stamtąd będziecie wychodzić.4 Jeśli was gdzie nie przyjmą, wyjdźcie z tego miasta i strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim!5 Wyszli więc i chodzili po wsiach, głosząc Ewangelię i uzdrawiając wszędzie.6 (Łk 9,1-6)

1. Nie dla uciskania, lecz dla wyzwalania przychodzą. Jezus przygotowuje swoich dwunastu apostołów do przedłużenia Jego misji ewangelizowania świata. Dał im moc nad złymi duchami i władzę leczenia chorób, aby ci, do których się udadzą, wiedzieli, że mają do czynienia z ludźmi przychodzącymi po to, by wyzwalać, pomagać, nieść ulgę. Nie przychodzą, by szukać zysku, lecz po to, aby nieść pomoc. Do udzielania tej pomocy Jezus ich uzdolnił, dając im władzę nad złymi duchami i moc uzdrawiania. Swoim pouczaniem i przykładem już wcześniej przekazał im podstawowe treści swojej Ewangelii, aby je przekazali innym. Niczego z tego, co otrzymali, nie mieli zachować dla siebie. Wszystkim mieli się podzielić z bliźnimi, którzy jeszcze nie poznali, kim jest Jezus. Do podobnego dzielenia się z braćmi i siostrami Zbawiciel powołuje każdego dnia także i nas. Słowem, modlitwą, działaniem mamy Ewangelizować, leczyć duchowo i uwalniać świat spod panowania ducha zła.

 

2. Nie uważać za swoje tego, co mamy od Boga. Jezus od początku uczy swoich uczniów tego, co wzięli sobie do serca Jego wyznawcy w Kościele pierwotnym: „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne.” (Dz 4,32). Posyłając swoich dwunastu apostołów, aby nauczali i uwalniali z chorób i mocy złego ducha, Chrystus uczy ich czegoś bardzo ważnego dla tworzącego się Kościoła i Królestwa Bożego. Uczy ich zrozumienia tego, że wszystko, co mamy od Boga, powinno służyć nie tylko nam, ale także innym. Przede wszystkim słowa Bożego nie otrzymaliśmy wyłącznie dla siebie. Również charyzmaty nie tylko nam samym mają służyć. Prawdą Bożą i charyzmatami powinniśmy ubogacać każdego, kto zechce przyjąć od nas udzielony nam przez Boga dar. Ale także ci, którzy słuchają słowa Bożego i korzystają z łask charyzmatycznych, nie mogą uważać za swoje tego, co posiadają. Ma się to przejawiać między innymi w tym, że powinni udzielać gościny u siebie posłańcom Jezusa. Z tej gościny Jezus pozwolił korzystać swoim apostołom. Powiedział: „Gdy do jakiego domu wejdziecie, tam pozostańcie i stamtąd będziecie wychodzić” (Łk 9,4).

 

3. Zaufać Bożej opatrzności. Jezus wysyłał swoich apostołów na krótkie wyprawy misyjne. Ponieważ nie miały one trwać długo, dlatego rozsyłani apostołowie nie musieli zabierać ze sobą zbędnych rzeczy, nawet podwójnych szat. „Mówił do nich: Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie!” (Łk 9,3) Apostołowie mieli się zdać we wszystkim na Bożą opatrzność – także co do tego, gdzie będą mieszkać. Mają pozostać w tym domu, który ich przyjmie. Z tego domu mają wychodzić, by nauczać, a potem tam powracać. „Gdy do jakiego domu wejdziecie, tam pozostańcie i stamtąd będziecie wychodzić.” (Łk 9,4) Mówiąc o tym, by pozostali w jednym domu, który ich przyjął, Jezus pragnie powstrzymać swoich apostołów przed szukaniem wygód. Mogło się bowiem zdarzyć, że przyjęli ich ludzie bardzo biedni. Nie mieli więc u nich wielkiego komfortu. Mimo tego powinni u nich pozostać, nawet gdyby ktoś bogatszy proponował im lepsze warunki. Tak więc Jezus uczył swoich apostołów ofiarnej pracy, bezinteresownej posługi, poprzestawania na małym co do siebie. Uczył ich bezgranicznego zaufania Bożej opatrzności. Tego samego i nas uczy.

 

4. Nie wszyscy przyjmą ofiarowaną im pomoc. Jezus uczy swoich apostołów dawania, dzielenia się słowem Bożym, służenia otrzymanymi nadprzyrodzonymi charyzmatami. Uczy ich bezinteresowności. Mają wyjść do innych po to, by im pomagać. Jednak zdarzy się, że nie zostaną przyjęci. Ich wyciągnięta ręka zostanie odepchnięta. Chrystus przygotowuje swoich współpracowników na to bolesne doświadczenie. Poucza ich, że jeśli gdzieś nie zostaną przyjęci, mają odejść. „Jeśli was gdzie nie przyjmą, wyjdźcie z tego miasta i strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim!” (Łk 9,5). Tak postąpił sam Jezus w kraju Gergezeńczyków. Po uzdrowieniu opętanego mieszkańcy tej krainy przyszli do Niego i prosili Go, żeby odszedł od nich. Zbawiciel spełnił tę prośbę. (por Łk 8,37). Swoim przykładem i radami danymi apostołom Jezus pouczył nas, że w głoszeniu słowa Bożego trzeba być aktywnym i podochodzić do ludzi. Jeśli jednak spotkamy się z oporem, niechęcią, nie należy się narzucać. Nie da się bowiem wbrew czyjej woli wzbudzić wiary w Boga ani miłości do Niego. Nie należy jednak tracić nadziei. Do tych bowiem, którzy gwałtownie odrzucali Jezusa i Jego nauczanie zaliczał się kiedyś Szaweł. Potem jednak stał się wielkim apostołem narodów pogańskich.

 

5. Uzdrawianie połączone z ewangelizowaniem. Apostołowie spełnili nakaz Jezusa: „chodzili po wsiach, głosząc Ewangelię i uzdrawiając wszędzie” (Łk 9,6). Ich uzdrawianie z chorób było połączone z uzdrawianiem duchowym przez słowo Boże, które otwiera na jedynego wszechmogącego Boga i Jego Syna, Jezusa Chrystusa. Nieraz pojawiają się różni uzdrowiciele, którzy leczą nie wiadomo jaką energią. Jeśli chodzi o apostołów Jezusa, to z pewnością ich moc lecząca pochodziła od Niego. To On im jej udzielił wyraźnie, wiedząc, że potrafi to uczynić. Ponadto ich uzdrawianie łączyło się z głoszeniem jedynej prawdziwej Ewangelii, która przyciąga do Jezusa. Dzisiaj również można zetknąć się z charyzmatycznym uzdrawianiem, połączonym z modlitwą i głoszeniem Ewangelii. Ta modlitwa, prawdziwa ewangelizacja i  uzdrawianie wskazują, że źródłem tych wszystkich dobrych dzieł jest Bóg. Jeśli jednak leczenie dokonuje się jakąś niezwykłą mocą, jednak bez wyraźnego przyciągania do Jezusa i do Jego Ewangelii, to można mieć wątpliwości, czy ta uzdrowicielska siła rzeczywiście pochodzi od Boga. Największą wątpliwość wzbudzają ci uzdrowiciele, którzy przy okazji uzdrawiania szerzą nie Ewangelię, nie wiarę w Jezusa, lecz jakąś wątpliwej wartości filozofię, wiarę w boskie energie rzekomo zawarte w kosmosie. Ci uzdrowiciele nie przyciągają do Jezusa Chrystusa, jedynego naszego Zbawiciela.

Niepokój Heroda

O wszystkich tych wydarzeniach usłyszał również tetrarcha Herod i był zaniepokojony. Niektórzy bowiem mówili, że Jan powstał z martwych;7 inni, że Eliasz się zjawił; jeszcze inni, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał.8 Lecz Herod mówił: Jana ja ściąć kazałem. Któż więc jest Ten, o którym takie rzeczy słyszę? I chciał Go zobaczyć.9 (Łk 9,7-9)

1. Niepokój sumienia. Różne były i różne są reakcje na Jezusa. Jedni się cieszą i z radością Go przyjmują. Innych natomiast niepokoi jak tetrarchę Heroda. Nie spotkał się on osobiście z Chrystusem, nie wiedział więc, jak się wobec niego zachowa. Dobrze pamiętał tylko surowe upomnienia Jana Chrzciciela, którego za namową Herodiady nakazał ściąć. Źródłem niepokoju Heroda było jego sumienie. Przypominało mu ono bowiem grzeszny związek z żoną swego brata, Herodiadą, i zabójstwo niewinnego człowieka, Jana Chrzciciela. Herod nic nie mówił o tym, że potrzebuje przebaczenia swoich grzechów i zmiany życia. Żył więc w ciągłym niepokoju. Wszystko, co słyszał od ludzi na temat Jezusa i Jana Chrzciciela, stale powiększało jego zaniepokojenie. Wielu jest ludzi takich jak Herod. Żyją w ustawicznym niepokoju, wywoływanym przez swoje grzeszne życie. Nie szukają jednak w Chrystusie pomocy i uwolnienia od grzechów. W takiej sytuacji wszystko, co słyszą na temat Jezusa, niepokoi ich.

 

2. Herod chciał zobaczyć Jezusa. Tetrarcha Herod, zaciekawiony różnymi opowiadaniami i przypuszczeniami dotyczącymi Jezusa, „chciał Go zobaczyć” (Łk 9,9). Chociaż to, co o Nim słyszał, niepokoiło go, to jednak pragnął Go zobaczyć. Niewątpliwie słyszał o Jego cudach. Ale przedstawiano mu także różne przypuszczenia dotyczące tego, kim On jest. Mówiono, że jest albo zmartwychwstałym Janem Chrzcicielem, albo Eliaszem, albo jakimś innym z dawnych proroków, który się zjawił. Wszystkie opowiadania o Jezusie rozbudzały ciekawość Heroda, dlatego pragnął Go zobaczyć. Św. Łukasz akcentuje tylko pragnienie „zobaczenia” przez tetrarchę Jezusa. Nie wspomina, że chciał posłuchać Jego nauczania. Gdyby tego pragnął, mógłby kogoś zapytać o Jego nauczanie, a nawet mógłby się z Nim spotkać. Jezus nie odtrącał żadnego grzesznika, który przychodził do Niego, aby znaleźć zbawczą pomoc, uzdrowienie i odpuszczenie grzechów. Nie odtrąciłby z pewnością także Heroda. Ten jednak pragnął Jezusa tylko zobaczyć. Chciał zobaczyć coś ciekawego, niezwykłego. Zbawczej pomocy od Niego nie oczekiwał, więc nic nie zrobił, by rzeczywiście się z Nim spotkać. Herodowi dane było zobaczyć się z Jezusem w czasie Jego zbawczej męki (por. Łk 23,6-11). Jednak uwięziony Zbawiciel, którego do niego przyprowadzono, „zawiódł” oczekiwania tetrarchy. Zobaczył Jezusa, ale nie zobaczył żadnego cudu. Z tego powodu wzgardził Nim „wraz ze swoją strażą; na pośmiewisko kazał ubrać Go w lśniący płaszcz” (Łk 23,11). Smutne postępowanie Heroda poucza, że sama ciekawość, bez wiary, nie przynosi człowiekowi pożytku.

 

Powrót Apostołów

Gdy Apostołowie wrócili, opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali. Wtedy wziął ich z sobą i udał się osobno w okolicę miasta, zwanego Betsaidą.10 Lecz tłumy dowiedziały się o tym i poszły za Nim. On je przyjął i mówił im o królestwie Bożym, a tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrawiał.11 (Łk 9,10-11)

1. Wypoczynek po pracy apostolskiej. Apostołowie wrócili z pierwszej swojej krótkiej wyprawy misyjnej i opowiedzieli Jezusowi wszystko, co zdziałali. „Wtedy wziął ich z sobą i udał się osobno w okolicę miasta, zwanego Betsaidą.” (Łk 9,10). Chciał, aby wypoczęli po radosnej ale i uciążliwej pracy ewangelizacyjnej. Tym wypoczynkiem miało być przebywanie na osobności z Nim. Podobny wypoczynek Zbawiciel proponuje każdemu z nas. Powtarza nam ciągle: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.” (Mt 11,28). Nie tylko rozrywki przynoszą odpoczynek. Największe umocnienie w codziennych trudach daje nam Ten, który jest miłością. Trzeba tylko znaleźć choćby krótki czas, aby każdego dnia przebywać z Nim. Wypoczynek przy Nim i praca w łączności z Nim przynosi wielkie pokrzepienie ducha. Również dla Jezusa jest radością przebywanie z nami. Kiedy bowiem do Niego przychodzimy, doznaje On radości obdarowywania nas.

 

2. Tłumy przychodzące do Jezusa. Inaczej niż tetrarcha Herod zachowali się ludzie, którzy poszli do Jezusa w okolice Betsaidy. Herod bowiem, gdy usłyszał różne opowiadania o Nim, nie poszedł do Niego, chociaż „chciał Go zobaczyć” (Łk 9,9). Tłumy natomiast, gdy się dowiedziały, gdzie Jezus przebywa, poszły do Niego, aby słuchać Jego nauczania i doznać uzdrowienia. Jezus nikogo nie odrzucił. Przyjął przychodzących do niego tłumnie ludzi, „mówił im o królestwie Bożym, a tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrawiał” (Łk 9,11). Swoim zachowaniem pokazał to, co wyjaśnił słownie następująco: „Wszystko, co Mi daje Ojciec, do Mnie przyjdzie, a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę, ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał. Jest wolą Tego, który Mię posłał, abym ze wszystkiego, co Mi dał, niczego nie stracił, ale żebym to wskrzesił w dniu ostatecznym” (J 6,37-39). I nas Jezus nie odrzuci, i nas doprowadzi do zmartwychwstania chwały, jeśli do Niego przyjdziemy. Ale przyjść trzeba. Nie wystarczy tylko – jak tetrarcha Herod – „chcieć zobaczyć Jezusa”, a nic nie robić, by się rzeczywiście z Nim spotkać, np. na modlitwie, w sakramentach, przez czytanie i rozważanie Jego słowa. Jezus przyjął tłumy pomimo zmęczenia, jakie wywołuje długotrwały kontakt z wieloma ludźmi. Teraz, po swoim zmartwychwstaniu, Zbawiciel może przyjąć nawet wszystkich ludzi całego świata, bez męczenia się. Uczyni to z radością. Nikogo nie odrzuci.

 

Cudowne nakarmienie tłumów

Dzień począł się chylić ku wieczorowi. Wtedy przystąpiło do Niego Dwunastu mówiąc: Odpraw tłum; niech idą do okolicznych wsi i zagród, gdzie znajdą schronienie i żywność, bo jesteśmy tu na pustkowiu.12 Lecz On rzekł do nich: Wy dajcie im jeść! Oni odpowiedzieli: Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby; chyba że pójdziemy i nakupimy żywności dla wszystkich tych ludzi.13 Było bowiem około pięciu tysięcy mężczyzn. Wtedy rzekł do swych uczniów: Każcie im rozsiąść się gromadami mniej więcej po pięćdziesięciu!14 Uczynili tak i rozmieścili wszystkich.15 A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali ludowi.16 Jedli i nasycili się wszyscy, i zebrano jeszcze dwanaście koszów ułomków, które im zostały.17 (Łk 9,12-17)

1. Nie tylko dusza jest ważna dla Jezusa. Syn Boży przyszedł na świat, aby nas zbawić. Tym zbawieniem ma być wieczne i pełne szczęścia życie w Trójcy Świętej, cieszenie się Jej miłością, prawdą, pięknem. Pomocą w osiągnięciu tego szczęścia jest słowo Boże. Dlatego Jezus niestrudzenie nauczał, przekazując swoją zbawczą Ewangelię. Jednak nie poprzestawał na samym tylko karmieniu ducha słowem Bożym. Nie tylko mówił o królestwie Bożym, ale także „tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrawiał” (Łk 9,11). Cudowne uzdrowienia dotyczyły nie tylko duszy, lecz także ciała. Również ciało miał na uwadze Jezus, gdy dokonał pierwszego cudownego nakarmienia tłumów. Syn Boży wraz z Ojcem i Duchem Świętym stworzył człowieka jako istotę duchowo-cielesną. Zna więc najlepiej wszystkie jego potrzeby duszy i ciała. Nie tylko je zna, lecz pragnie dać nam wszystko, czego naprawdę potrzebujemy. W każdej sprawie możemy Mu więc zaufać. On nigdy nikogo nie zawiedzie. Trzeba tylko pozwolić mu działać w naszej duszy, w naszej rodzinie, w naszym państwie i na całej ziemi, która jest Jego dziełem. Przez pełne otwarcie się na Niego trzeba Mu dać radość obsypywania nas swoimi darami. Tę jedną radość możemy dać Temu, który jest nieskończoną Miłością.

 

2. Rada udzielona Jezusowi przez apostołów. Zmęczeni i z pewnością głodni apostołowie powiedzieli Jezusowi pod koniec pracowitego dnia: „Odpraw tłum; niech idą do okolicznych wsi i zagród, gdzie znajdą schronienie i żywność, bo jesteśmy tu na pustkowiu” (Łk 9,12). Innego rozwiązania nie widzieli. Gdybyśmy byli na ich miejscu, chyba postąpilibyśmy podobnie. Na radę apostołów Jezus odpowiada poleceniem: „Wy dajcie im jeść!” (Łk 9,13). Kiedyś Jezus, Maryja i apostołowie byli zaproszeni na wesele w Kanie Galilejskiej. Matka Jezusa spostrzegła, że zabrakło wina. Zauważając tę kłopotliwą sytuację zwróciła się do Jezusa, podobnie jak to uczynili pod koniec dnia apostołowie na pustynnym miejscu. Jednak w przeciwieństwie do nich Maryja nic nie doradzała Jezusowi. Tylko poinformowała Go o tym, co zauważyła. Powiedziała: „Nie mają już wina” (J 2,3). To wystarczyło, aby Jezus wykazał swoją boską inicjatywę. Sprawił w cudowny sposób, że uroczystość weselna nie została przygaszona z powodu braku wina. Na miejscu pustynnym Jezus zaspokoił głód wielkiego tłumu. Nie uczynił jednak tego w taki sposób, jaki Mu przedstawili Jego uczniowie. Nie powiedział do tłumu: Idźcie gdzieś kupić sobie coś do jedzenia. Znalazł inny sposób udzielenia pomocy zmęczonemu i głodnemu tłumowi, który wkrótce poznał, że Jezus potrafi nawet karmić w sposób cudowny.

 

3. Zaufanie Chrystusowi. Jezus nie posłuchał rady swoich uczniów, która wydawała się rozsądna. Nie odprawił tłumów, aby gdzieś w okolicy kupili sobie coś do jedzenia. Apostołowie jednak nie spierali się z Nim, nie nalegali, aby ich posłuchał. Zrobili posłusznie to, co im nakazał. Dali Mu pięć chlebów i dwie ryby, które mieli. Potem, po Jego modlitwie i błogosławieństwie, odbierali z Jego rąk to, co Mu dali, i podawali siedzącym ludziom. Z punktu widzenia ludzkiej logiki była to czynność bezsensowna. A jednak okazało się, że chleba i ryb wystarczyło dla nakarmienia tłumu, w którym samych mężczyzn boło około pięciu tysięcy. Jezus sprawił, że dzielenie się z innymi przyniosło cudowne owoce. To, co było za małe, by nakarmić tak wielu ludzi, okazało się wystarczające dla zaspokojenia głodu wielkiego tłumu. Uczniowie Chrystusa zaspokoili ten głód dzięki temu, że podzielili się niewielką ilością jedzenia, którą mieli do dyspozycji, i dzięki temu, że temu dzieleniu się z innymi towarzyszyła modlitwa i błogosławieństwo Jezusa. Dzisiaj wielu na świecie głoduje. Ten głód zniknąłby, gdyby uczniowie Jezusa bardziej się dzielili tym, co posiadają, i gdyby gorliwiej prosili Boga o błogosławieństwo dla tych dobrych działań, które podejmują.

 

4. Wielkie wezwanie do dzielenia się. Jezus cierpliwie uczył wszystkich swoich uczniów nowej zasady życia, opartej na miłości. Zasada ta to: Nie nazywaj swoim tego, co posiadasz (por. Dz 4,32). Uczył tej zasady także wtedy, gdy dokonał cudu nakarmienia tłumu chlebem i rybami. Nie stworzył bowiem chleba i ryb z niczego, lecz pomnożył piąć chlebów i dwie ryby, którymi dysponowali apostołowie. Mogli oni sami zjeść te skromne zapasy żywnościowe. Nie zrobili jednak tego. Nie uznali za swoje tego, co posiadali. Podzielili się tą niewielką ilością jedzenia z innymi. Zrobili to jednak nie sami, lecz z Chrystusem. To dzięki Niemu ta ilość jedzenia, która w niewielkim stopniu by ich nasyciła,  wystarczyła dla zaspokojenia głodu wielotysięcznego tłumu. Nikt nie był głodny: ani apostołowie, którzy oddali innym to, co posiadali, ani żaden z tych, którzy wytrwali do wieczora przy Jezusie. W tym wydarzeniu mamy głębokie pouczenie dla nas. Nie powinniśmy nazywać swoim tego, co posiadamy. Wszystkim powinniśmy się dzielić, a z pewnością i nam niczego nie braknie. To, co dajemy innym w imię Chrystusa, wraca do nas powiększone jak te chleby i ryby, którymi uczniowie Jezusa podzielili się z innymi. „Jedli i nasycili się wszyscy, i zebrano jeszcze dwanaście koszów ułomków, które im zostały” (Łk 9,17). Inaczej mówiąc, do rozdzielających żywność wróciło więcej, niż dali innym. Nie cierpieli więc głodu.

 

5. Podawali ludowi chleb i ryby. Obdarowywanie chlebem i rybami dokonywało się w wielkim porządku, bez przepychania się. Jezus bowiem powiedział do swoich uczniów: „Każcie im rozsiąść się gromadami mniej więcej po pięćdziesięciu! Uczynili tak i rozmieścili wszystkich” (Łk 9,14-15). Przez to, że ludzie siedzieli, zapanował ład. Ale Jezusowi chodziło nie tylko o to, aby obdarowywanie dokonywało się składnie, bez zamieszania. Zbawiciel chciał pouczyć swoich uczniów, na czym polega ich posłannictwo. Chciał, aby Jego uczniowie wszystkich czasów zrozumieli, że zostali hojnie obdarowani przez Boga i dlatego mają podchodzić do innych ludzi i obdarowywać ich tym, co sami otrzymali. Mają zbliżać się do bliźnich i dawać im to, co sami wzięli z rąk Jezusa. (por. Łk 9,16). Wcześniej Jezus wysłał swoich apostołów, aby zanieśli ludziom otrzymane od Niego słowo Boże. Teraz natomiast mieli podchodzić do ludzi z chlebem i rybami, które Jezus pobłogosławił i podawał im. Żaden prawdziwy uczeń Jezusa nie jest powołany do tego, aby czekać, aż go inni obsłużą. Jest wezwany do tego, aby podchodzić, usługiwać, obdarowywać. Do takiej płynącej z miłości służby ciągle powołuje nas Jezus, „który nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć i i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20,28).

 

6. Z małego wiele. Apostołowie stwierdzili, że nie mają wystarczająco dużo żywności, by nakarmić wielki tłum. Mieli jednak dobrą wolę. Byli gotowi pójść i kupić żywność dla ludzi. Kiedy więc Jezus powiedział im, że mają dać ludziom jeść, odpowiedzieli: „Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby; chyba że pójdziemy i nakupimy żywności dla wszystkich tych ludzi. Było bowiem około pięciu tysięcy mężczyzn”. (Łk 9,13-14). Gdy Jezus uznał, że nie jest to konieczne, zaczęli rozdawać pobłogosławione przez Niego chleby i ryby. Dzielili się. Nie mówili: „To bezsensowne. I tak nie wystarczy. Tego jest za mało nawet dla nas.” Swoją chęcią nakarmienia ludzi pomagali Jezusowi działać. Nie przeszkadzali Mu egoistycznym pragnieniem zachowania odrobiny jedzenia wyłącznie dla siebie. Potęga Jezusa i ich dobra wola sprawiły, że nikt nie pozostał głodny. Dzielenie się przyniosło nieoczekiwane skutki.

W świecie, w którym żyjemy, bardzo wielu cierpi głód. Najbogatsi niewiele lub nic nie robią, by wszyscy mieli co jeść. Z powodu egoizmu niczym się nie dzielą z innymi. Wolą trzymać ogromne sumy pieniędzy w bankach, niż wspierać nimi uboższych od siebie. Istnieje też ogromna ilość ludzi, którzy chcieliby pomóc głodującym, jednak stwierdzają, że nie posiadają odpowiednich środków. Tak jak apostołowie myślą, że to, czym dysponują, wystarcza jedynie dla nich. Wielu myśli i mówi: „Jesteśmy tak biedni, że sami potrzebujemy pomocy. Nie możemy nic zrobić dla innych. Najpierw musimy pomyśleć o sobie. Niech bogaci coś zrobią dla biednych”. Taka mentalność jest niebezpieczna. Każdy bowiem może się czymś podzielić z innymi. Mówienie sobie: „Ja nie mam czym się dzielić”, często jest usprawiedliwianiem swojego braku miłości, egoizmu i obojętności. Jezus uczy nas dzielić się nawet tą odrobiną, którą posiadamy, jak uczył tego swoich apostołów. Jednak aby umieć się dzielić, trzeba bezgranicznie ufać Bogu, który nas kocha i nie przestanie się nami opiekować. Ani bogaci, ani biedni nie powinni się usprawiedliwiać myśleniem, że mają „za mało”, by się dzielić. Ja również mam coś, co mogę dać biedniejszemu od siebie – temu, który ma mniej niż ja. Dobrze byłoby postępować według zasady: „Rodzina pomaga rodzinie”.

 

7. Jezus pobłogosławił pokarm przed rozdaniem go. Zanim chleby i ryby trafiły do ludzi, Jezus wziął je w swoje ręce i pobłogosławił. „A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali ludowi” (Łk 9,16). Księga Rodzaju mówi, że Stwórca pobłogosławił zwierzęta i ludzi. Uczynił to po to, aby się rozmnażali (por. Rdz 1,22.28). Jezus natomiast wziął w swoje ręce i pobłogosławił to, co nie może się rozmnożyć w sposób naturalny. To błogosławieństwo sprawiło, że nawet pokarm się pomnożył i zaspokoił głód wielu ludzi. I dzisiaj potrzebujemy błogosławieństwa Jezusa, aby nikomu nie brakło pokarmu. Jednak o potrzebie tego błogosławieństwa często się zapomina. Dzieje się tak wtedy, kiedy człowiek zaczyna zbytnio wierzyć w swoje siły, w skuteczność nawozów, wydajność maszyn rolniczych, przydatność modyfikacji genetycznych itp. Ufając zbytnio temu wszystkiemu łatwo można zapomnieć o potrzebie proszenia o Boże błogosławieństwo. A ono było i nadal jest potrzebne stworzeniu, które wyszło z rąk Boga jako „dobre” i „bardzo dobre” (por. Rdz 1,21.31). Jednak samo błogosławieństwo Boże nie wystarczy, aby na świecie nie było głodu. Potrzeba jeszcze wielu serc, które chętnie podzielą się z innymi tym, co posiadają, tak jak apostołowie Jezusa rozdzielili miedzy łudzi pobłogosławiony chleb i ryby. W naszym świecie brak miłości i chciwość powoduje, że to, co Bóg stworzył, pobłogosławił i dał nam, nie dociera do wszystkich. Zbyt wielu jest takich, którzy uważają, że mają prawo wszystko zagarnąć dla siebie.

 

8. Zebrano dwanaście koszów ułomków. Włączając swoich uczniów w dzieło cudownego nakarmienia tłumów, Jezus uczy ich dzielenia się wszystkim z bliźnimi – także żywnością. W zebraniu dwunastu koszów ułomków możemy doszukać się jeszcze innego pouczenia. Tego mianowicie, że nie należy marnować darów Bożych. Błogosławieństwo Jezusa powiększyło ilość pożywienia. Pomnożyły się chleby i ryby rozdawane ludziom. Aby żaden dar Boży nie zmarnował się, zebrano resztki jedzenia. Okazało się, że napełniły one dwanaście koszy (por. Łk 9,17). W naszym świecie wiele darów Bożych marnuje się. Dotyczy to również żywności. Nadmierna konsumpcja, brak dzielenia się i marnotrawienie jedzenia jest jedną z przyczyn istnienia głodu na świecie. W wielu wypadkach podzielenie się z naszymi bliźnimi tylko tym, co nam zbywa, uchroniłoby ich od głodu, nędzy, chorób i śmierci.

 

9. Wieka hojność Boga. Bóg udziela swoich darów obficie. Przykładem tej obfitości było cudowne nakarmienie ludzi przez Jezusa. Jak napisał św. Łukasz: „Jedli i nasycili się wszyscy, i zebrano jeszcze dwanaście koszów ułomków, które im zostały” (Łk 9,17). Wszyscy się nasycili. Dla wszystkich wystarczyło tego, co Jezus przekazał za pośrednictwem swoich uczniów. Dwanaście koszów napełnionych resztkami jedzenia świadczyło o tym, że nikomu nie brakło jedzenia. Bóg udziela nam swoich darów w wielkiej ilości. Przykładem tego jest między innymi ogromny kosmos, w którym, na planecie Ziemi, umieścił człowieka. Hojny Bóg dał nam swojego Syna. W wielkiej ilości udziela nam swojego zbawczego słowa. „Pan hojnie darzy łaską i chwałą!” (Ps 84,12) Bóg hojny jest w przebaczenie” (Iz 55,7). Hojność Boga jest dla nas przykładem. Nasze obdarowywanie innych – darami materialnymi i duchowymi – nie powinno być ograniczone skąpstwem, lękiem o własny los. Ma być szczodre, płynące z miłości. Do takiego dzielenia się zachęca nas św. Paweł, przypominając ważną prawdę: „kto skąpo sieje, ten skąpo i zbiera, kto zaś hojnie sieje, ten hojnie też zbierać będzie”. (2 Kor 9,6)

 

10. Kosze pełne cudownie rozmnożonego pokarmu. Ludzi, którzy przyjmują z wiarą słowo Boże, można porównać do koszy napełnionych cudownie rozmnożonymi chlebami i rybami. Sprawcą tego ciągłego napełniania serc ludzkich Bożą prawdą jest Duch Święty. On przypomina nam przeczytane lub usłyszane kiedyś słowa Jezusa i prowadzi do głębszego ich zrozumienia. Czyni to zgodnie z obietnicą Pana: „A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem”. (J 14,26) Napełniając nasze serca jak kosze zrozumieniem nauki Jezusa, Duch Święty dokonuje jakby cudu rozmnożenia Jego słów. Każde przeczytane lub usłyszane zdanie Ewangelii może zostać przez Niego w cudowny sposób „pomnożone” przez głębsze jego zrozumienie. Przykładem mogą być błogosławieństwa. Zostały one spisane w formie kilku zdań, które z łatwością mieszczą się na jednej wydrukowanej stronicy tekstu Ewangelii. Gdyby jednak zebrać wszystkie książki, które w ciągu wieków zostały napisane o tych błogosławieństwach, to z pewnością powstałaby wielka biblioteka. Zawartość tych książek pomaga lepiej zrozumieć to, co zostało lakonicznie zapisane w Ewangeliach. Więcej jeszcze. Nie wszyscy ludzie, którzy dzięki działaniu Ducha Świętego doszli do zrozumienia błogosławieństw, spisali to, co zrozumieli. Mówiąc obrazowo, pozostali zamkniętymi dla innych koszami, które zostały napełnione prawdą Bożą. To, co zostało powiedziane o błogosławieństwach, można odnieść do wszystkich treści ujętych skrótowo w Ewangeliach, także do tych, które odnoszą się do Maryi. Stosunkowo mało o Niej tam powiedziano. Jednak w ciągu wieków Duch Świętych cudownie „pomnożył” słowa o Niej.

Tym pokarmem słowa Bożego – stale „mnożącym się” dzięki światłu Ducha Świętego w umysłach i sercach – można się dzielić z innymi. A to dzielenie się powinno być hojne. Aby „pomnażanie się” Boskiej prawdy mogło się stale dokonywać w naszych sercach, trzeba ciągle brać z rąk Jezusa Chrystusa ofiarowany nam pokarm, tak jak Jego uczniowie brali pobłogosławione chleby i ryby z Jego rak, aby potem je podać tłumom. Takim „braniem” pokarmu słowa Bożego jest każde czytanie go lub słuchanie, połączone z medytacją. Serca tych, którzy z pokorą rozważają słowo Boże, Duch Święty napełnia coraz głębszym zrozumieniem go.

 

Kim jest Jezus?

Gdy raz modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: Za kogo uważają Mnie tłumy?18 Oni odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał.19 Zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie? Piotr odpowiedział: Za Mesjasza Bożego.20 Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili.21 (Łk 9,18-20)

1. Prawdziwe i fałszywe opinie o Jezusie. Tłum, który słyszał coś o Jezusie lub nawet był świadkiem Jego niezwykłych dzieł, zaczął sobie tworzyć różne poglądy dotyczące Jego osoby. Piotr, pod wpływem światła Ducha Świętego, uznał Go zgodnie z prawdą za „Mesjasza Bożego” (Łk 9,20), „Syna Boga żywego” (Mt 16,16). Ci natomiast, którzy bez pomocy Ducha Świętego próbowali rozwikłać tajemnicę Jezusa, popadli w błędy. Uważali Go bowiem za jakiegoś zmartwychwstałego dawnego proroka, Jana Chrzciciela, Eliasza. Gdybyśmy dzisiaj zestawili różne istniejące na świecie religie z chrześcijaństwem, to stwierdzilibyśmy, że wszystkie różnią się od niego poglądami na temat Jezusa. W wielu religiach Jezus jest „nikim”, bo nic na Jego temat nie mówią. Inne natomiast, te które wyraźnie Go wspominają, nie uznają Jego Boskości lub mesjańskiej misji. Tylko w chrześcijaństwie jest On uznawany za Mesjasza i prawdziwego Syna Bożego.

 

2. Nie można wierzyć każdemu. Wielu uwierzyło tym, którzy rozgłaszali swoje fałszywe przypuszczenia, że Jezus posiada niewzykłą moc dlatego, że jest którymś z dawnych zmartwychwstałych proroków. Te przypuszczenia, ponieważ nie były prawdziwe, miały wiele odmian. I tak jedni twierdzili, że tym zmartwychwstałym prorokiem był Jan Chrzciciel, inni – że to był Eliasz albo jeszcze ktoś inny. Błędne nauki o Jezusie rozgłasza ten, kto nie poddał się działaniu Ducha Świętego. Piotr przyjął Jego światło, dlatego rozpoznał w Jezusie oczekiwanego Mesjasza, czyli Chrystusa, i więcej jeszcze – „Syna Boga żywego” (Mt 16,16). Znał on błędne opinie dotyczące Jezusa, jednak ich nie przyjął. Uchronił go przed tym niebezpieczeństwem Duch Święty. Kościół katolicki wierzy, że nie tylko Piotra, ale również Jego następców Duch Święty strzeże przed uleganiem błędnym naukom. Z tego powodu można się bez obaw oprzeć na ich wierze w Jezusa i na ich interpretacji Jego nauczania.

 

3. Surowy zakaz Jezusa. Po wyznaniu, że Jezus jest Mesjaszem Bożym i Synem Boga żywego (Łk 9,20; Mt 16,16), uczniowie usłyszeli Jego zdecydowany, może zaskakujący nas zakaz mówienia innym ludziom o tym, co zgodnie z prawdą wypowiedział Piotr. „Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili.” (Łk 9,21) Może nas dziwić, że Jezus zakazał – i to surowo – mówić o tym, co stanowi fundament chrześcijańskiej wiary, czyli o tym, że jest prawdziwym Mesjaszem posłanym przez Boga i Synem Bożym. Zakaz ten wynikał z mądrości Jezusa. Było jeszcze za wcześnie na jednoznaczne rozpowszechnianie całej prawdy o Nim. Zwłaszcza prawda o tym, że jest oczekiwanym Mesjaszem Bożym, mogłaby wywołać wiele zamętu i pobudzić do niebezpiecznych działań. Rozgłaszanie tej prawdy mogłoby doprowadzić do rozruchów, do powstania przeciw Rzymianom, do rozlewu krwi. Tymczasem Jezus przyszedł na świat nie po to, by nawoływać do zabijania, lecz po to, by samemu przelać swoją krew na krzyżu dla naszego zbawienia. Tej prawdy nikt by jeszcze właściwie nie zrozumiał, dlatego Jezus zakazał ją wtedy rozgłaszać.

 

4. Rozmowa z uczniami po rozmowie z Ojcem. Św. Łukasz zaznacza, że rozmowa Jezusa z uczniami o tym, za kogo tłumy i oni uważają Go, miała miejsce po Jego modlitwie na osobności. „Gdy raz modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: Za kogo uważają Mnie tłumy?” (Łk 9,18). Najpierw więc Jezus rozmawiał ze swoim Ojcem, a dopiero potem – z uczniami. Swoim przykładem pokazuje nam, jaka powinna być kolejność naszych rozmów: najpierw z Bogiem, a dopiero potem z ludźmi. Jeśli zachowamy taki porządek, to nasze rozmowy z ludźmi nie będą „o niczym”, ponieważ znajdą się w nich „echa” naszych rozmów z Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Będą to rozmowy ubogacające innych i nas samych. Przestaną być obmawianiem, krytykowaniem i oczernianiem. Nie będą narzekaniem i szerzeniem pesymizmu.

 

Zaskakująca zapowiedź męki, śmierci i zmartwychwstania

I dodał: Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie.22 Potem mówił do wszystkich: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!23 Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa.24 Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?25 Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w swojej chwale oraz w chwale Ojca i świętych aniołów.26 Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą królestwo Boże.27 (Łk 9,21-27)

1. Jezus podobny do proroków i różniący się od nich. W czasie rozmowy ze swoimi uczniami Jezus dodał do tego, co o Nim powiedział Piotr, dwie ważne prawdy o sobie. Pierwsza dotyczyła Jego męczeńskiej śmierci, a druga – zmartwychwstania. Piotr powiedział prawdziwe słowa o Jezusie, że jest On Mesjaszem Bożym i Synem Boga żywego (por. Łk 9,20; Mt 16,16). Nie jest więc – jak niektórzy sądzili – zmartwychwstałym Janem Chrzcicielem, Eliaszem lub innym prorokiem, który ożył (por. Łk 9,18). Zapowiadając swoją mękę i zmartwychwstanie, Jezus chciał swoim uczniom uświadomić, że podzieli z prorokami ich męczeństwo. Umrze tak, jak Jan Chrzciciel i inni prorocy, śmiercią męczeńską. Będzie się jednak różnił od nich swoim zmartwychwstaniem. Jego ciało nie pozostanie w grobie jak ich ciała, lecz po trzech dniach zmartwychwstanie.

 

2. Zapowiedź śmierci wielką próbą wiary. O śmierci Jezusa żaden z Jego apostołów nie myślał. Był przecież młody, młodszy od wielu z nich. Widzieli też Jego potęgę, cudotwórczą moc. Nic więc nie wskazywało na to, że Jego śmierć jest bardzo bliska. I wtedy to usłyszeli Jego zapowiedź: „Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie” (Łk 9,22). Ujawnienie przez Jezusa swojej śmierci było dla nich szokiem, wielką próbą wiary i zaufania Mu. Odtąd zrozumieli, że idą za Kimś, kto wkrótce umrze. Zrozumieli, że droga Jezusa nie jest podążaniem od jednego ziemskiego sukcesu do drugiego. Nie będzie On robił kariery w ziemskim znaczeniu. Co zatem mają robić? Pozostać przy Nim lub odejść? Zwyciężyła jednak wiara i zaufanie Mu. Pozostali.

 

3. Potrzeba wielkiego zaufania Jezusowi. Od chwili poznania przez apostołów tego, że ich Nauczyciel ma być umęczony i zabity przez duchowych przywódców izraelskich, pozostanie przy Nim wymagało od nich wielkiego zaufania Mu. Musieli Mu nadal ufać, że ich nie zwiódł i nie oszukał przez powołanie ich na swoich uczniów i współpracowników. Musieli ufać, że pomimo Jego śmierci „jakoś” to będzie, chociaż tego „jakoś” nie potrafili sobie wyobrazić. Zapowiedź męki i śmierci nie była pierwszą próbą wiary i ufności uczniów. Musieli ufać Jezusowi już wcześniej, przede wszystkim wtedy, gdy zdecydowali się porzucić swoje poprzednie zajęcia i pójść za Nim. Jezus wymagał wielkiej wiary i zaufania Mu także w czasie cudownego rozmnożenia chleba i ryb (Łk 9,12-17). Uczniowie mieli bowiem rozdać pięć chlebów i dwie ryby, a ich, samych rozdających, było przecież kilkunastu! Mogli więc sobie pomyśleć, że Jezus naraża ich na ośmieszenie się. Okazało się jednak, że tak nie było. Teraz, w niebie, dobrze rozumieją, że Jezus nie oszukał ich, lecz zbawił i wybrał na pomocników w zbawianiu innych. Teraz najlepiej rozumieją, że to nie Jego ziemskie sukcesy, lecz zbawcza śmierć była najbardziej potrzebna im i całemu światu.

 

4. Potem mówił do wszystkich. Św. Łukasz napisał, że swoją mękę i zmartwychwstanie Jezus zapowiedział swoim uczniom, natomiast pouczenie o niesieniu codziennego krzyża skierował do wszystkich. „Potem mówił do wszystkich: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Łk 9,23). Nam Jezus nie zapowiada swojej śmierci ani zmartwychwstania, bo to się już dokonało. Natomiast pouczenie o potrzebie niesienia codziennego krzyża odnosi się do wszystkich bez wyjątku Jego uczniów: do tych, którzy żyli w przeszłości, żyją obecnie i będą żyli w przyszłości. Odnosi się do wszystkich, a więc i do mnie. Dotyczy bowiem czegoś bardzo istotnego, tego mianowicie, że na ziemi nie można kochać w sposób prawdziwy bez wyrzeczeń, bez jakiegoś krzyża np. bez krzyża współczucia, martwienia się o kochane osoby. Nie można kochać bez wypełniania swoich codziennych obowiązków, które często wymagają wielkich ofiar, wyrzeczeń i uciążliwego pokonywania swojego egoizmu.

 

5. Naśladowanie trudu Jezusa, Dobrego Pasterza. Od swoich wiernych uczniów Jezus wymaga przede wszystkim naśladowania Go. „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Łk 9,23) Jedni mają naśladować Jego życie ukryte w domu rodzinnym, kiedy to pracował jako cieśla, inni – stałe poszukiwanie zaginionych owiec, którym było Jego życie publiczne. Najczęściej tym naśladowaniem Jezusa ma być łączenie szukania zagubionych owiec z życiem rodzinnym i pracą zawodową. Szukanie zagubionych grzeszników było dla Jezusa wielkim trudem. Nie tylko fizycznym, bo chodził od jednego miejsca do drugiego, aby dotrzeć do tych owiec, które wymknęły się z owczarni Ojca. Był to również krzyż bólu duchowego, bo część zagubionych owiec nie pozwalała się odnaleźć. Wiele z nich utrudniało Jezusowi, Dobremu Pasterzowi, odnaleźć nie tylko siebie, ale również inne zabłąkane owce. Niektórzy z tych „zabłąkanych” zamiast pomagać Jezusowi w szukaniu tego, co zginęło, przygotowywali plan zabicia Go. Zbawiciel, który znał ukryte zamiary serc ludzkich, wiedział, kto za Nim podąża lub pójdzie w przyszłości. Wiedział również i to, kto Go na zawsze odrzuci. Ten ból zatroskanego Pasterza był codziennym krzyżem Jezusa, którego nie zdejmował ze swoich bark. I nas prosi, byśmy tego nie czynili, byśmy nie zaprzestawali poszukiwania tych, którzy jak bezmyślne owce zagubili się. Takim szukaniem z Jezusem może być codzienna modlitwa i ponoszenie różnych wyrzeczeń za tych, o których mówi się w codziennych wiadomościach z kraju i ze świata jako o ludziach złych. Szukania z Jesusem wymagają również te osoby, które usiłują ukazać się jako „owce dobre”, jednak przez swoje słowa i czyny ujawniają zdeprawowanie swoich serc. Wielkiej pomocy duchowej z naszej strony wymagają także te „drapieżne wilki”, które dla podstępnego działania nakładają na siebie „owczą skórę” (por. Mt 7,15).

 

6. „Niech się zaprze samego siebie”. Uczeń Jezusa ma się zaprzeć samego siebie (Łk 9,23), czyli powinien się wyprzeć swojego egoizmu. Powinien swoje egoistyczne pragnienia skazać na śmierć, na codzienne umieranie, aby na ich miejscu pojawiała się miłość, stale wzrastająca. Zaparcie się siebie to porzucenie złego sposobu życia, „dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz”, to stałe odnawianie się „duchem w swoim myśleniu”, to ciągłe nakładanie na siebie jak szatę „człowieka nowego, stworzonego według Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości” (por. Ef 4,22-32). Zaprzeć się samego siebie oznacza „wypierać się” codziennie swojej woli, stawiania jej na pierwszym miejscu w swoim życiu. Swoje zachcianki, egoistyczne życzenia i pragnienia mamy podporządkować woli Ojca, pragnieniom Jezusa, natchnieniom Ducha Świętego, który rozlewa miłość w naszych sercach. (Rz 5,5). Jeśli będziemy codziennie nieśli za Jezusem krzyż „zapierania się” swojego egoizmu i rodzących się z niego grzechów, to Duch Święty rozbudzi w nas miłość cierpliwą, łaskawą, która nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, miłość czystą, przebaczającą, szukającą dobra, ufną, trwałą (por. 1 Kor 13,4-8). Ta miłość nigdy nie opuści naszych serc. Zapłonie w nich na całą wieczność. Po śmierci stanie się źródłem wiecznej radości przy Bogu-Miłości. Ten uszczęśliwiający płomień stanie się naszą nagrodą za krzyż codziennego wypierania z siebie egoizmu.

 

7. Ewangeliczny paradoks. Jak mówi Jezus, może nas spotkać coś, czego nie pragniemy: „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa” (Łk 9,24). Słowa Jezusa o próbie „zachowania życia” odnoszą się przede wszystkim do tych, którzy dla wygody, dla korzyści materialnych, dla zrobienia kariery zawodowej, politycznej wyrzekają się Jezusa i Jego nauki. Ci ludzie, wcześniej czy później, stracą to, czego tak bardzo pragnęli – najpóźniej w chwili śmierci. Stracą przede wszystkim życie wysłużone nam przez Chrystusa, życie wieczne, czyli zbawienie. Kto zaś – ze względu na wiarę i miłość do Jezusa – gotów jest „stracić życie” wygodne, pełne przejściowych przywilejów i pochwał ze strony ludzi nieuczciwych, zachowa inne życie: życie w jedności i przyjaźni z Chrystusem. Zachowa życie w Bogu, które nie kończy się po przekroczeniu granicy śmierci. Każde wyrzeczenie się dla Chrystusa przynosi nam zysk, jak to On sam powiedział: „Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym." (Mk 10,29-30).

 

8. Pozorny zysk i prawdziwa szkoda. „Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?” (Łk 9,25) Tymi słowami Jezus przestrzega nas przed złudną korzyścią, jaką może się wydawać pozyskanie całego świata: jego bogactw, krótkotrwałych przyjemności i przemijającej chwały. Bogactw materialnych bowiem nie można zachować na wieczność. Przyjemnych przeżyć zmysłowych nie da się zmagazynować, aby trwały w nas zawsze. Chwała ziemska także przemija i jest złudna, gdyż uwielbianie „wielkich tego świata” zwykle nie jest szczere. Wynika ze strachu, służalczości, szukania własnej korzyści, wybicia się, zauważenia. Nie wiem, czy ktoś chciałby, żeby mówiono o nim to, co często mówi się o znanych politykach, rzekomo powszechnie cenionych, otoczonych wielką światową chwałą. Wszystko, co proponuje świat, jest nietrwałe i nie uszczęśliwia na wieki. Dlatego Jezus przestrzega przed próbami zyskania proponowanych przez niego pozornych wartości. Przestrzega również przed prawdziwą szkodą, której wielu nie dostrzega. Jest nią przede wszystkim odrzucenie Boga, naszego Ojca, odrzucenie Jezusa, Jego Syna, i mocy Ducha Świętego, trzeciej osoby Boskiej. To odrzucenie bowiem prowadzi do wiecznego zatracenia się w piekle. Odrzucenie Boga prawdziwego jest dla nas największą stratą i szkodą, a często dokonuje się wtedy, gdy ktoś chce egoistycznie zagarnąć dla siebie bogactwa, przyjemności i chwałę światową.

 

9. Wstydzenie się wiary w Chrystusa. Zdarza się, że ktoś się wstydzi przyznać do Chrystusa i do Jego nauczania w sposób dostrzegalny dla innych. Wielu wstydzi się Go lub nawet wypiera. Niektórzy odrzucają Go przed innymi dla korzyści materialnych, dla zrobienia kariery, dla przypodobania się komuś. Są ludzie, którzy ulegają modom, naciskom i publicznie opowiadają się za zasadami moralnymi sprzecznymi z tym, co głoszą natchnione przez Ducha Świętego teksty Pisma Świętego. Chociaż wstydzenie się Jezusa i Jego słów robione jest zwykle dla jakiejś korzyści, to w rzeczywistości jest stratą. Wyjaśnia to Chrystus słowami: „Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w swojej chwale oraz w chwale Ojca i świętych aniołów.” (Łk 9,26).

 

10. Przyjście Chrystusa w chwale. Jezus, Syn Człowieczy, zapowiedział swoje przyjście w chwale. Nastanie taki czas, kiedy Jego chwała ujawni się w pełni. Obecnie jest ona częściowo zakryta przez błoto grzechu i zła, zalewającego świat. Przyjdzie jednak taki dzień, gdy ujawni się w pełni chwała Chrystusa, naszego Odkupiciela, i wielkość Jego zbawczego dzieła. Wraz z tą chwałą ukaże się chwała Ojca, naszego dobrego Stwórcy. Ujawni się także chwała świętych aniołów. Stanie się jawnym również wielkie dzieło Ducha Świętego, dokonane w tych, którzy nie wstydzili się Jezusa i nie odrzucali Jego słów. Z chwałą Syna Człowieczego, Ojca niebieskiego i świętych aniołów będzie wówczas kontrastować brzydota duchowa tych, którzy wyparli się Jezusa, Jego Ewangelii i łaski Ducha Świętego. Nie ujawni się w nich duchowe piękno, bo swoim sposobem życia wyparli się ideału ewangelicznego. Jezus mówi, że będzie się wstydzić tych ludzi. „Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w swojej chwale oraz w chwale Ojca i świętych aniołów.” (Łk 9,26) Syn Człowieczy będzie się wstydzić, bo w tych, którzy się Go zaparli i nie postępowali według Jego słów, zatarło się piękno obrazu i podobieństwa do Boga-Stwórcy. Będzie się ich wstydzić, bo nie zauważy w nich nic z tego, co mogliby osiągnąć, gdyby przyjęli Jego słowo i inne Jego łaski.

 

11. Niektórzy uczniowie ujrzą królestwo Boże. Oprócz zapowiedzi przyjścia w chwale Chrystusa, Syna Człowieczego, Jego uczniowie usłyszeli jeszcze inne, dość tajemnicze słowa: „Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą królestwo Boże” (Łk 9,27). Zapewne Jezus miał na myśli Piotra, Jana i Jakuba – apostołów, którzy wkrótce mieli być świadkami Jego przemienienia się na górze w obecności Mojżesza i Eliasza (por. Łk 9,29-36). To przemienienie było zapowiedzią przyszłej chwały Chrystusa i królestwa Bożego, które już się przybliżyło (por. Mt 4,17). Jednak do tych, którzy mieli zobaczyć przed śmiercią królestwo Boże, należał przede wszystkim Jan. Wiele lat po zapowiedzi Jezusa zostało mu na wyspie Patmos dane objawienie, w którym zobaczył ziemską i niebiańską chwałę przyszłego Kościoła, do której dojdzie on po wiekach walki z przeciwnikami Boga. To, co ujrzał w swoim objawieniu, zapisał w księdze, którą nazwano „Apokalipsą” (Dokładniejsze omówienie tego zagadnienia – tutaj)

 

Przemienienie Jezusa

W jakieś osiem dni po tych mowach wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić.28 Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe.29 A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz.30 Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie.31 Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim.32 Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co mówi.33 Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy [tamci] weszli w obłok.34 A z obłoku odezwał się głos: To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!35 W chwili, gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmiali o tym, co widzieli.36 (Łk 9,28-36)

1. Nie przed wszystkimi Jezus się przemienił. „W jakieś osiem dni po tych mowach wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe.” (Łk 9,28-29). Nie przed wszystkimi uczniami, lecz tylko przed Piotrem, Janem i Jakubem Jezus się przemienił, mniej więcej osiem dni po tym, jak zapowiedział swoje odrzucenie, śmierć i zmartwychwstanie. Uznał, że będzie najlepiej, gdy ujawni swoją chwałę tylko tym trzem apostołom. Jezus unikał dawania takich spektakularnych znaków, jak ukazanie w światłości wybranym uczniom swojej chwały. Gdyby bowiem tak czynił wobec wszystkich ludzi, może cała ludzkość poszłaby za Nim, jednak z powodu strachu i bez zasług. To, co by zobaczyli, zmuszałoby do podążania za Chrystusem, jednak nie z powodu dobrowolnego wyboru i nie z miłości. Nie mielibyśmy zatem zasług, które płyną z dobrowolnego uwierzenia w Jezusa i przyjęcia Go z otwartym sercem. Jezus nie chce mieć pośród swoich wyznawców wystraszonych niewolników, lecz przyjaciół – wolnych i miłujących Go. Ujawnił swoją chwałę tylko trzem apostołom, bo wiedział, że każdy z tych trzech – z różnych względów – potrzebuje takiego a nie innego umocnienia wiary, po usłyszeniu zapowiedzi Jego śmierci.

 

2. Nie mówili o tym, co widzieli. Apostołowie, którzy byli świadkami przemienienia Jezusa, nie podzielili się swoimi przeżyciami z innymi Jego uczniami. Zachowali „milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmiali o tym, co widzieli”. (Łk 9,36) Nie mówili o tym wyjątkowym wydarzeniu, ponieważ milczenie nakazał im sam Jezus: „A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych” (Mk 9,9). Wielu na miejscu Jezusa nakazałoby rozgłaszanie tego wydarzenia, aby wszyscy wiedzieli, co się stało. Jednak Jezus zakazał trzem apostołom, którym objawił swoją chwałę, mówić o tym aż do swojego zmartwychwstania. Dlaczego? Może dlatego, że spodziewał się takiego postępowania, jakie dzisiaj jest powszechne w odniesieniu do tak zwanych objawień prywatnych. Po prostu większość ludzi, w tym duchownych, nie wierzy w nie, nawet jeśli pochodzą „z nieba” tak jak ujawnienie się chwały Jezusa przed trzema apostołami.  Opowiadanie trzech świadków ujawnienia się chwały Jezusa mogłoby w skrócie wyglądać tak: „Gdy weszliśmy na górę, byliśmy bardzo zmęczeni. Dlatego, gdy Jezus poszedł się modlić, zasnęliśmy. Gdy się obudziliśmy, zobaczyliśmy Jezusa w wielkiej światłości, a obok Niego Mojżesza i Eliasza. Potem usłyszeliśmy głos Boga: „To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!” Potem osłonił ich obłok. A potem Jezus był taki, jaki jest teraz”. Takie opowiadanie mogłoby wzbudzić wiele wątpliwości w rodzaju: „To niemożliwe. Przecież umarlibyście, gdybyście zobaczyli chwałę Boga. Światło mogło być odbijającym się blaskiem zachodzącego słońca albo świecącego księżyca...” itp. Apostołowie mogliby się zachować jak Tomasz, który nie uwierzył ich opowiadaniu o tym, że widzieli Jezusa zmartwychwstałego. I tak to, co miałoby służyć umocnieniu wiary w obliczu bliskiej śmierci Chrystusa, stałoby się przyczyną niepotrzebnych dyskusji, sporów, a może i zazdrości. Wiara w wielkie i cudowne dzieła Boże nigdy nie była i nadal nie jest łatwa. Dlatego także dzisiaj często się je odrzuca. A bywa nawet tak, że przypisuje się je szatanowi, gdyż wielu ludziom łatwiej uwierzyć, że to nie wszechmogący Bóg, lecz on czyni coś nadzwyczajnego.

 

3. „Jego słuchajcie”. Gdy Mojżesz i Eliasz już mieli odejść od Jezusa, Piotr rzekł do Niego: „Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co mówi” (Łk 9,33). Był oszołomiony przez niespodziewane wydarzenia. Chciał coś zrobić w tej zaskakującej sytuacji, dlatego wymyślił, że można zbudować trzy namioty, aby mógł w nich pozostać Jezus, Mojżesz i Eliasz. Piotr chciał zatrzymać Jezusa przy Mojżeszu i Eliaszu, z daleka od tych, którzy czyhali na Jego życie. Oszołomionemu apostołowi wydawało się, że tak będzie dla Jezusa najbezpieczniej. Za chwilę jednak okazało się, że jego słowa były niedorzeczne. Mojżesz i Eliasz odeszli, światłość znikła. Niczego nie udało się Piotrowi zatrzymać. Pozostało natomiast wspomnienie widzenia i pamięć słów: „To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!” (Łk 9,35). Piotr, apostołowie i my wszyscy otrzymaliśmy ważne pouczenie. To mianowicie, że najważniejsze jest słuchanie Jezusa. Słuchać Go możemy i potrafimy zawsze, natomiast nadzwyczajnych przeżyć swoimi siłami nie potrafimy ani wywołać, ani zatrzymać. Są nam dane przez Boga wtedy, gdy On uzna to za potrzebne. Są dawane tym, którym Bóg chce ich udzielić. Trwają tak długo, jak długo potrzeba, by nas umocnić w wiernym podążaniu za Jezusem. Czy te przeżycia są, czy ich nie ma, jedno powinniśmy czynić zawsze: słuchać Jezusa i żyć zgodnie z Jego pouczeniami.

 

4. Mojżesz i Eliasz „w chwale”. „A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie.” (Łk 9,30-31) Mojżesz i Eliasz – podobnie jak Jezus – ukazali się trzem apostołom w chwale, którą dopiero w przyszłości mieli osiągnąć. Niebo bowiem było jeszcze dla wszystkich zamknięte przez grzech pierworodny. Było zamknięte nie tylko dla tych, którzy jeszcze musieli się oczyścić po śmierci ze swoich grzechów (por. 2 Mch 12,39-45), ale także dla takich sprawiedliwych jak Abraham, Mojżesz, Eliasz. To Jezus Chrystus Zbawiciel – przez swoją śmierć, zmartwychwstanie i wniebowstąpienie – miał ich wyprowadzić z otchłani i wprowadzić do nieba. To dzięki Niemu mieli osiągnąć pełnię chwały. Mojżesz i Eliasz rozmawiali z Jezusem o Jego „odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie” (Łk 9,30). Ta rozmowa musiała być dla nich rozbudzeniem nadziei, że ich okres oczekiwania w otchłani na pełnię szczęścia przy Bogu już się kończy. Dobiega końca, bo kończy się już ziemska misja Jezusa i zbliża się Jego odejście z tego świata. Dla uczniów Jezusa zapowiedź Jego śmierci była czymś przerażającym, bo nie rozumieli jeszcze w pełni jej zbawczego znaczenia. Dla Mojżesza, Eliasza i innych sprawiedliwych, którzy czekali na szczęście spotkania z Bogiem w niebie, zapowiedź bliskiego „odejścia Jezusa w Jerozolimie” była zapowiedzią, że ich okres czekania na pełnię zbawienia już się kończy.

 

5. Przemienienie się w czasie modlitwy. Przemienienie Jezusa dokonało się podczas Jego modlitwy. „Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe” (Łk 9,29). W czasie rozmowy z Ojcem nie tylko twarz, ale i odzienie Jezusa się odmieniło. To ważny szczegół, odsłaniający tajemnicę każdej autentycznej modlitwy, czyli takiej, która jest prawdziwym spotkaniem z Bogiem. Jeśli modlitwa nie jest tylko ruchem warg, języka i pustym wypowiadaniem słów, to głęboko przemienia. Przemienia świat tak, jak przemieniła się szata Jezusa. Z „czarnego” z powodu zbrodni i innych grzechów czyni go bardziej „białym” nawet wtedy, gdy tego nie zauważamy. Dlatego trzeba się modlić przede wszystkim za tych, którzy żyją w grzechach, daleko od Boga. Nasze modlitwy mogą im pomóc w przemienieniu swojego życia.

Przemiana twarzy Jezusa w czasie Jego modlitwy to jakby ujawnienie przemiany każdego człowieka, który się modli. Najbardziej bowiem modlitwa zmienia modlącego się. Każdy kontakt z Bogiem świętym, dobrym, kochającym dokonuje w nas przemiany. Po modlitewnym spotkaniu z Nim nikt nie jest taki sam. Jak twarz Jezusa odmieniła się w czasie modlitwy, tak odmienia się podczas rozmowy z Bogiem nasze myślenie, wartościowanie, ocenianie siebie i innych. Wszystko przemienia się, oczyszcza się, nabiera Bożego blasku. Dzięki modlitewnym spotkaniom z Bogiem i oczyszczeniu, jakie one wywołują, całe nasze życie może stawać się, dzień po dniu, coraz bardziej „lśniące” świętością.

Św. Faustyna zapisała w swoim Dzienniczku (1731), że kiedy któregoś dnia rozpoczynała się gwałtowna burza, Jezus polecił jej odmawiać Koronkę do Bożego miłosierdzia. Gdy tylko zaczęła się modlić, burza odeszła. To jeszcze jedno przypomnienie nam, że modlitwy potrafią wszystko zmienić, nawet burze, palące słońce, nawałnice, grady i inne kataklizmy, ponieważ Bóg jest Panem całego stworzenia, a przyroda jest Mu bardziej posłuszna niż człowiek. Tylko trzeba się modlić w każdej sytuacji.

 

Uwolnienie chłopca z mocy ducha nieczystego

Następnego dnia, gdy zeszli z góry, wielki tłum wyszedł naprzeciw Niego.37 Naraz ktoś z tłumu zawołał: Nauczycielu, spojrzyj, proszę Cię, na mego syna; to mój jedynak.38 A oto duch chwyta go, tak że nagle krzyczy; targa go tak, że się pieni, i tylko z trudem odstępuje od niego, męcząc go.39 Prosiłem Twoich uczniów, żeby go wyrzucili, ale nie mogli.40 Na to Jezus rzekł: O plemię niewierne i przewrotne! Jak długo jeszcze będę u was i będę was znosił? Przyprowadź tu swego syna.41 Gdy on jeszcze się zbliżał, zły duch porwał go i zaczął targać. Jezus rozkazał surowo duchowi nieczystemu, uzdrowił chłopca i oddał go jego ojcu.42 A wszyscy osłupieli ze zdumienia nad wielkością Boga. 43 (Łk 9,37-43)

1. Zejście z góry przemienienia do tłumu. Góra, na której się Jezus przemienił, była wzniesiona ponad wioskami i miasteczkami. To właśnie tam, gdzie nie było tłumów, Chrystus ukazał trzem apostołom swoją przyszłą chwałę. Nie chciał tam jednak pozostać – w radości, uniesieniu. Zszedł z apostołami na dół, gdzie czekał na niego wielki tłum. Jak przez wcielenie Syn Boży opuścił szczęście nieba, tak przez zejście z góry Jezus porzucił miejsce przeżywania radości modlitewnego spotkania z Bogiem i ekstazy przemienienia. Porzucił to wszystko, aby powrócić do czekającego na Niego tłumu. Syn Boży dobrowolnie przyszedł na ten świat nie po to, by cieszyć się nieustannym szczęściem, ale po to, by uzdrowić i zbawić ludzkość. Także z tego powodu zszedł z góry przemienienia i wrócił do ludzi, aby nieść im pomoc. Przez to zejście pokazał nam potrzebę życia ofiarnego, dla dobra innych. Celem nie może być szukanie samych tylko miłych i radosnych przeżyć, nawet na modlitwie. One są potrzebne jako wytchnienie w trudach codziennego życia, nie mogą jednak stać się jedynym celem naszych działań i religijnych poszukiwań.

 

2. Umacnianie wiary na górze i po zejściu z niej. Jezus zszedł z góry, na której ukazał swoją chwałę trzem apostołom. Tam na górze ujawnił swoją przyszłą chwałę, tu na dole natomiast pokazał swoją moc nad złymi duchami. Uwolnił bowiem młodego chłopca z mocy ducha nieczystego. Uczynił to, czego nie potrafili zrobić Jego uczniowie. Na górze wybrani apostołowie byli oszołomieni widokiem chwały Jezusa, na dole stało się coś podobnego: „wszyscy osłupieli ze zdumienia nad wielkością Boga” (Łk 9, 43). Już wcześniej wielokrotnie Jezus wprawiał tłumy w osłupienie swoją niezwykłą potęgą, a mimo to wciąż wielu w Niego nie wierzyło. Wielu opierało się łasce wiary, dlatego Zbawiciel ujawnił w wyjątkowo ostry sposób swoje wzburzenie. Powiedział: „O plemię niewierne i przewrotne! Jak długo jeszcze będę u was i będę was znosił?” (Łk 9,41)

 

3. Wzburzenie, które nie skłoniło do odmówienia pomocy. Jezus powiedział ostre słowa pod adresem tych, którzy nie chcieli uwierzyć w Niego: „O plemię niewierne i przewrotne! Jak długo jeszcze będę u was i będę was znosił?” (Łk 9, 41) Słowa Jezusa wyrażały przeżywaną przez Niego gorycz, odczuwany ból oraz pewne rozdrażnienie. Tylko człowiek naiwny lub bez takiej wiedzy, jaką miał Jezus, mógłby nie reagować wzburzeniem z powodu braku wiary wielu. Jezus jednak tę niewiarę zauważał na każdym kroku i ubolewał nad nią, bo wiedział, jaką krzywdę przynosi ona temu, kto nie wierzy w Niego i kto Jemu nie ufa. Jednak pomimo odczuwanej goryczy i przeżywanego wzburzenia nie odmówił pomocy opętanemu chłopcu. Miał litość nad nim i nad jego ojcem. Dlatego po słowach ostrej wymówki niemal jednym tchem dodał: „Przyprowadź tu swego syna” (Łk 9,41). I uwolnił go z mocy złego ducha. Pokazał przez to, że Jego miłość nigdy nie gaśnie, że kocha nawet wtedy, gdy mówi do kogoś ostre słowa.

 

4. Słowa ostre i zarazem pełne taktu i delikatności. Chociaż wypowiedź Jezusa o „plemieniu niewiernym i przewrotnym” (Łk 9,41) była ostra i pełna wzburzenia, to jednak równocześnie wyrażała Jego wielki takt i delikatność, zwłaszcza wobec ojca opętanego dziecka. Można przypuszczać, że to przede wszystkim słaba wiara tego człowieka była główną przyczyną bezradności apostołów wobec złego ducha. Dlatego to właśnie przede wszystkim niedowierzającego ojca upomniał Jezus, mówiąc o „plemieniu niewiernym i przewrotnym”. Upomniał go, ale nie napiętnował publicznie, przed wszystkimi ludźmi. W tym właśnie ujawniła się wielka delikatność i takt Jezusa wobec zbolałego i nieszczęśliwego ojca. Nie chciał do bólu z powodu opętania dziecka dodawać mu jeszcze cierpienia przez publiczne wytknięcia mu braku wiary i zawstydzenie go przed ludźmi. A jego wiara rzeczywiście nie była wielka. Mówi o tym św. Marek Ewangelista. Przedstawiając  to wydarzenie napisał, że zbolały ojciec powiedział do Jezusa: „jeśli możesz co, zlituj się nad nami i pomóż nam!” (Mk 9,22). Takie słowa z pewnością nie ujawniały wielkiej wiary w moc Syna Bożego.

Przez swój sposób postępowania Jezus poucza nas, że nie wolno zadawać bólu więcej, niż to konieczne dla czyjegoś dobra. Tej zasady należy się trzymać zwłaszcza wtedy, gdy musimy kogoś upomnieć. Trzeba zawsze wybierać taki sposób upominania innych, który sprawi im najmniej cierpienia: sposób najbardziej delikatny w danej sytuacji. Jezus wybrał upomnienie w formie ogólnej, zwrócone do wielu.

 

5. Plemię nie tylko niewierne, ale i przewrotne. Wytykając „niewierność i przewrotność” (Łk 9,41), Jezus daje do zrozumienia wszystkim słuchaczom, że jeśli nie wierzą, to nie wynika to z braku łaski, lecz z ich winy, z ich zepsucia i przewrotności. Otrzymali bowiem wystarczająco dużo znaków, by uwierzyć w Niego i nie poddawać w wątpliwość Jego mocy. Do tych „niewiernych i przewrotnych” zaliczał się nie tylko ojciec opętanego chłopca, ale również obecni w tłumie uczeni w Piśmie (por. Mk 9,14) i inni. Także dzisiaj nie brakuje przewrotnych ludzi, którzy swój brak wiary uzasadniają tym, że nie otrzymali wystarczająco dużo łaski. Takie mówienie jest „przewrotnością”. Niewiara wielu ludzi nie wynika bowiem z tego, że nie zetknęli się z Ewangelią, ale z tego, że ją świadomie odrzucili. Gdyby bowiem przyjęli Chrystusa, to musieliby żyć według Jego wskazań. To jednak im nie odpowiada. Znajdują więc sobie swoją „moralność” i swoją „ewangelię” – taką, która nie kwestionuje ich przewrotności, albo nawet ją pochwala. I tę „moralność” i „ewangelię” przyjmują, propagują, a nawet narzucają innym przemocą. Na tych ludziach spełniają się prorocze słowa św. Pawła, który do Tymoteusza napisał: „Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom”. (2 Tm 4,3-4)

 

6. Uzdrowionego chłopca oddał ojcu. Jezus powiedział do ojca opętanego chłopca: „Przyprowadź tu swego syna. Gdy on jeszcze się zbliżał, zły duch porwał go i zaczął targać. Jezus rozkazał surowo duchowi nieczystemu, uzdrowił chłopca i oddał go jego ojcu” (Łk 9,41). Oddał ojcu syna, do którego – z powodu opętania – należał tylko przez więzy krwi. Nieszczęśliwy chłopiec był bowiem w mocy ducha nieczystego. To on, a nie ojciec, kierował jego zachowaniem. Swoją niszczycielską mocą targał nim i wrzucał „nawet w ogień i w wodę, żeby go zgubić” (Mk 9,22). Wymuszane na opętanym zachowania pokazują, z jaką nienawiścią każdy zły duch traktuje swoje ofiary. Chce im zadawać ból, poniża je w oczach ludzi i izoluje od nich. Jezus działa inaczej. Nie zniewala, lecz wyzwala. Nikogo nie zagarnia dla siebie w taki sposób, by odizolować od otoczenia. Przynosi wolność i oddaje w ręce ojca, czyli kogoś, kto może się zaopiekować, pomagać, leczyć rany, wychowywać. Jezus oddał syna ojcu w nadziei, że odtąd swoją wiarą będzie go umacniał w wierze.

 

Druga zapowiedź męki

Gdy tak wszyscy pełni byli podziwu dla wszystkich Jego czynów, Jezus powiedział do swoich uczniów:43 Weźcie wy sobie dobrze do serca te właśnie słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi.44 Lecz oni nie rozumieli tego powiedzenia; było ono zakryte przed nimi, tak że go nie pojęli, a bali się zapytać Go o nie.45 (Łk 9,44-45)

1. To nie lud jest oparciem dla Boga, lecz Bóg – dla ludu. Entuzjazm, podziw i ogromne poparcie ludu mogły zmylić uczniów Jezusa. Chociaż zapowiedział On już wcześniej swoją mękę i śmierć, to mogło im się wydawać, że coś takiego nie nastąpi, gdyż poparcie ludu jest zbyt wielkie. Widząc podziw ludzi dla wszystkich czynów Jezusa, uczniowie nie zrozumieli Jego wypowiedzi: „Weźcie wy sobie dobrze do serca te właśnie słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi” (Łk 9,44). Nie rozumieli, jakim zagrożeniem może być wydanie „w ręce ludzi”, skoro ci ludzie są pełni podziwu dla Niego. Uczniowie Jezusa ulegli złudzeniu, któremu w ciągu wieków wielu się poddawało, temu mianowicie, że największym zabezpieczeniem na świecie jest poparcie ludzi, społeczeństwa, mas... Na jakiś czas jest ono zabezpieczeniem, jednak nie na długo. Wszystko bowiem co ludzkie zmienia się, słabnie, przemija. Tak też jest z poparciem ludzi dla kogoś. Jezus dobrze o tym wiedział, dlatego nie ulegał żadnym złudzeniom. Wiedział, że ten pełen podziwu tłum nie uchroni Go od śmierci. Obronę jednak znajdzie w Boskiej mocy. To nie dzięki tłumom, lecz dzięki Bożej potędze powróci przez zmartwychwstanie do takiej formy życia, którego żadne stworzenie nigdy nie będzie potrafiło Mu odebrać. Jezus wiedział, że to nie lud stanie się oparciem dla Niego, lecz przeciwnie – On będzie na zawsze oparciem dla ludu i Jego wybawicielem. Będzie na zawsze Zbawicielem, który uwalnia od słabości, zmienności i niewierności.

 

2. Próba wierności. Zapowiadając po raz drugi swoją śmierć, Jezus ponownie bardzo zaniepokoił swoich uczniów. Chociaż nie rozumieli dokładnie Jego słów, to jednak przeczuwali coś złego. Aby nie poznać dokładnie tego, co miało się stać, woleli nie zadawać Mu pytań. Bali się zapytać, co znaczy, że Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Nie był to lęk przed Jezusem, lecz przed wydarzeniami, które odtąd zaczęli przeczuwać, a których nie potrafili sobie jeszcze dokładnie wyobrazić. Może dziwić, po co Jezus zatrważał swoich uczniów przepowiadaniem swojej śmierci. Mógł przecież nic o niej nie mówić. Mógł ich nią zaskoczyć, a potem ich uradować swoim zmartwychwstaniem, które miało nastąpić już trzeciego dnia po tragicznych wydarzeniach. Jezus uczynił to po to, aby Jego uczniowie mogli się jeszcze raz dobrze zastanowić nad tym, czy chcą być z Nim nie tylko w chwilach radosnych, ale i smutnych. Nie chciał być otoczony uczniami, którzy marzą o ludzkiej wielkości w mesjańskim królestwie. Chciał mieć przy sobie tylko takich uczniów, którzy gotowi będą uchodzić w oczach ludzi za uczniów skazańca, jakiegoś szalonego działacza religijnego, który zakończył swoje życie haniebnie, na krzyżu. Dla tych, którzy nie uwierzyli w zmartwychwstanie Jezusa, był On wielkim przegranym, a Jego uczniowie, naiwnymi i zwiedzonymi przez Niego marzycielami. Mówiąc o swojej męce i śmierci, Jezus kazał zastanowić się apostołom nad tym, czy są gotowi na takie ośmieszenie się przed światem. Chciał, by nad tym zastanowił się także Judasz. Zapewne spoglądał on z zazdrością w stronę skupionych wokół świątyni elit duchowych, które już zdobyły jakąś pozycję, władzę i wielkość.

 

Pokusa próżności

Przyszła im też myśl, kto z nich jest największy.46 Lecz Jezus, znając myśli ich serca, wziął dziecko, postawił je przy sobie47 i rzekł do nich: Kto przyjmie to dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmie, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto bowiem jest najmniejszy wśród was wszystkich, ten jest wielki.48 (Łk 9,46-48)

1. Przyszła im też myśl... Również uczniów Jezusa nie ominęło to, co stale lub przynajmniej od czasu do czasu nachodzi każdego człowieka: myśl o swojej wielkości. Takie myślenie zawsze łączy się z drugą myślą: kto jest mniejszy ode mnie? I jest to logiczne. Skoro jestem największy, to wszyscy inni muszą być mniejsi ode mnie. Takie myślenie ma zwykle jeszcze swój dalszy ciąg: jestem największy, inni są mniejsi i mniej znaczący, dlatego powinni się mi podporządkować, uznać moją wielkość i mi służyć. Podobne myślenie, ze swoją „logiką pychy”, niszczy życie wspólnotowe i staje się przyczyną konfliktów i wojen między różnymi narodami i plemionami.  Nie ma prawdziwej wspólnoty – wspólnoty serc – tam, gdzie każdy nosi w swoim wnętrzu myśl o tym, że jest najważniejszy. Dlatego św. Paweł radzi nam, byśmy niczego nie pragnęli „dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały” i byśmy w pokorze oceniali „jedni drugich za wyżej stojących od siebie. Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich!” (Flp 2,3-4) Aby uniknąć uważania się za kogoś największego, powinniśmy się wpatrywać w uniżenie Jezusa Chrystusa, Syna Bożego współistotnego Ojcu. „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem – ku chwale Boga Ojca”. (Flp 2,6-11) Nie tylko cichego i pokornego sercem Jezusa Chrystusa Ojciec wywyższył. Wywyższy On każdego, kto bez udawania, szczerze nie będzie uważał siebie za kogoś największego pośród ludzi.

 

2. Pokora jednym ze znaków wyróżniających uczniów Jezusa. Jezus rozpoznał „myśli serc” swoich uczniów i zareagował. Chciał usunąć myślenie o wielkości z serc tych, którzy zdecydowali się być przy Nim. Dlatego już wcześniej, zapowiadając swoją mękę, dał im do zrozumienia, że nie zawsze będą uchodzić za wielkich w oczach świata. Dla niewierzących będą tylko godnymi pożałowania „zwiedzionymi” przez Jezusa, który nic nie zrobił, być obronić się przed śmiercią na krzyżu. Niech więc przestaną marzyć o uznaniu świata i wielkości. Dał im też za wzór dziecko, które postawił przy sobie. Ono, pełne prostoty i pokory, ma stać się wzorem dla Nich. To nie wielcy tego świata lecz małe dzieci mają stać się przykładem do naśladowania dla Jego uczniów wszystkich czasów. Od pysznych tego świata mają się oni odróżniać swoją pokorą.

 

3. Najmniejszy jest wielki. Według ocen tego świata istnieją ludzie wielcy, wybitni i przeciętni lub niewiele znaczący. I tak mówi się, np. w środkach społecznego przekazu, o „wielkich” uczonych i znawcach, o „wybitnych” politykach, aktorach, artystach, o „znanych” modelkach itp. Wspomina się też ludzi z marginesu społecznego. Tych jednak nie nazywa się wielkimi ani wybitnymi. Takie są nasze sposoby wartościowania. Bóg inaczej ocenia niż my. Wielu uchodzących za „małych” w oczach świata On widzi jako „wielkich”. Dla Niego wielkimi są ci, którzy nie utracili dobrych cech dziecka lub je w sobie wytworzyli. Do tych „dziecięcych” cech zalicza się szczera wiara, miłość do Boga, takie postępowanie, by sprawiać Mu radość, by Go nie zasmucać. Wielkim czyni także dziecięca skrucha, która niczego nie usprawiedliwia przed Bogiem,  bo – jak w to głęboko wierzą dzieci – złe uczynki Go zasmucają.

 

4. Wielkie czyny o pozorach małości. Kiedy apostołowie zaczęli się zastanawiać nad tym, kto z nich jest największy, Jezus pouczył ich, że takie myślenie nic nie daje ani im, ani innym. Jest bezużyteczne, a więc powinno być porzucone. Powinno być zastąpione czynami, które są wielkie w oczach Bożych. I dał im przykład jednego z takich czynów. Jest nim przyjęcie dziecka w Jego imię. I tak, znając próżne myśli swoich apostołów, „wziął dziecko, postawił je przy sobie i rzekł do nich: Kto przyjmie to dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmie, przyjmuje Tego, który Mnie posłał”. (Łk 9,47-48) Różnie można rozumieć to „przyjęcie” dziecka w imię Jezusa. Może nim być rodzicielstwo, adoptowanie, zaopiekowanie się dziećmi zaniedbanymi, uzależnionymi, sprowadzonymi na drogę przestępczości itp. Jezus poucza, że takie czyny są wielkie, bo kto je spełnia, ten przyjmuje Jego, Syna Bożego, i Ojca, który Go posłał na świat. Przyjmuje Jezusa, bo się jednoczy z Nim w dziele wybawiania, ocalania, ratowania, umacniania w dobrym tych, którzy zaliczają się do małych tego świata, czyli dzieci. Jezus poucza nas, że wielki w oczach Boga jest ten, kto ratuje ludzi, których zły duch usiłuje upodlić i uczynić małymi przez życie grzeszne, egoistyczne, niegodne Bożych stworzeń.

 

5. W imię Jezusa. Mówiąc swoim uczniom o przyjmowaniu dzieci, Jezus podkreślił wielką wartość takich czynów, gdy są wykonywane „w Jego imię”. Powiedział: „Kto przyjmie to dziecko w imię moje...” (Łk 9,48) W „imię Jezusa” znaczy z wyraźną myślą nie tylko o dziecku, ale także o Nim, naszym Panu, Zbawicielu i Przyjacielu. Robić coś „w imię Jezusa” znaczy łączyć się z Nim w myślach, uczuciach, w działaniu; znaczy czynić coś wspólnie z Nim, po naradzeniu się z Nim, jak coś wykonać.

Na świecie istniej bardzo dużo takich ludzi, którzy przyjmują dzieci, pracują dla nich dobrze i z wielkim oddaniem, troszczą się o nie, jednak nie czynią tego „w imię Jezusa”, bo albo Go nie znają, albo zapominają połączyć swoje działanie z Nim. Czy ich czyny mają wartość? Bez wątpienia są dobre, bo naprawdę służą innym, umacniają, pocieszają, powiększają radość i zmniejszają cierpienie. Przez każde dobre działanie człowiek – nawet jeśli o tym nie wie – w jakimś stopniu staje się wyraźniejszym „obrazem i podobieństwem” Boga, swojego Stwórcy, który kocha i pochyla się z miłością nad swoimi stworzeniami. Jeśli jednak ktoś działa wyraźnie „w imię Jezusa”, to dobro, które wykonuje, powiększa się. Jeśli bowiem np. przyjmuje w imię Jezusa jakieś dziecko, pomaga mu z miłością, to równocześnie przyjmuje do swojego serca Chrystusa, swojego  Pana i Zbawiciela. Przyjmuje również Ojca niebieskiego, który nam Go posłał. Zapewnił nas o tym sam Jezus, mówiąc: „Kto przyjmie to dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmie, przyjmuje Tego, który Mnie posłał”. (Łk 9,48) Przyjmuje także Ducha Świętego, bo pozwala Mu działać w sobie, oświecać, pouczać, umacniać w dobrym działaniu. A więc, przyjmując jakieś dzieci przez pomaganie im, równocześnie przyjmuje do swojej duszy całą Trójcę Świętą. A przyjęcie do swojego serca żywego Boga jest czymś znacznie większym niż przyjęcie do swojego domu dziecka lub dorosłego człowieka.

Wypędzanie złych duchów w imię Jezusa (Łk 9,49-50)

Wtedy przemówił Jan: Mistrzu, widzieliśmy kogoś, jak w imię Twoje wypędzał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodzi z nami.49 Lecz Jezus mu odpowiedział: Nie zabraniajcie; kto bowiem nie jest przeciwko wam, ten jest z wami.50 (Łk 9,49-50)

1. Wątpliwości apostołów. Gdy Jezus mówił o tym, że przyjmując dzieci w Jego imię, przyjmuje się Jego i Tego, który Go posłał (Łk 9,47-48), apostołom przypomniało się pewne wydarzenie z niedalekiej przeszłości. Otóż spotkali kogoś, kto działał w Jego imię, chociaż nie był tak jak oni Jego apostołem. Człowiek ten wyrzucał złe duchy w imię Jezusa. Apostołowie ocenili to działanie jako samozwańcze, niewłaściwe i zabronili mu tego. Zakazali mu wyrzucania złych duchów, bo nie chodził z nimi, nie należał do ich grona. Wydany zakaz musiał jednak ich zaniepokoić. Ten niepokój powiększył się, gdy usłyszeli pouczenie Jezusa o przyjmowaniu dzieci w Jego imię. Słysząc te słowa, zaczęli się zastanawiać, czy postąpili słusznie, zakazując wypędzania złych duchów w imię Jezusa. Jan opowiedział więc Jezusowi o tym, jak postąpili wobec tego spotkanego człowieka. I otrzymali pouczenie na przyszłość. Apostoł Jan dał nam przykład, jak należy postępować, gdy nie mamy pewności, że coś zrobiliśmy dobrze. Trzeba tak jak on iść pokornie do kogoś, kto zna nauczanie Jezusa, aby ocenił nasze postępowanie z przeszłości. Dzięki temu unikniemy pomyłek w przyszłości. Poddać ocenie nasze postępowanie trzeba jednak tylko temu, kto na pewno myśli jak Jezus i ocenia jak On. W przeciwnym bowiem razie możemy usłyszeć niewłaściwe oceny i rady.

 

2. „Przyjmowanie” i „wypędzanie” w imię Jezusa. Jezus pochwala dwa działania w Jego imię. Jednym jest przyjmowanie Go przez przyjmowanie dzieci, a drugim – wypędzanie złych duchów w Jego imię. Kto przyjmie dziecko w imię Jego, ten Jego przyjmuje (por. Łk 9,47). Swoich apostołów Jezus pouczył, że nie powinni zakazywać nikomu wypędzania złych duchów w Jego imię (por. Łk 9,48). Staje bowiem po Jego stronie ten, kto przeciwstawia się szatanowi i innym złym duchom. Opowiada się za Jezusem zwłaszcza ten, kto wyrzuca złe duchy ze swojego życia. Staje po Jego stronie ten, kto wyrzeka się grzechu, aby żyć w wolności dzieci Bożych; ten, kto wyrzeka się wszystkiego, co prowadzi do zła, aby go grzech nie opanował; ten, kto wyrzeka się szatana, który jest głównym sprawcą grzechu (por. Liturgia Wielkiej Soboty).

 

3. Nie chodził z apostołami, ale „był z nimi”. Apostołowie, którzy zakazali spotkanemu człowiekowi wypędzać złe duchy w imię Jezusa, uzasadniali swój zakaz tym, że „nie chodził on z nimi” (por. Łk 9,49). I faktycznie, w sposób widzialny nie chodził z nimi, bo nie wędrował tak jak oni za Jezusem, nie kontaktował się z nimi, niczego wspólnie z nimi nie omawiał itp. Jednak Jezus pouczył apostołów, że ten człowiek, wbrew pozorom, „był z nimi” (por. Łk 9,50). „Był z nimi” z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że tak jak oni działał nie we własnym imieniu, lecz w imię Jezusa. „Był z nimi” przez to, że tak jak oni uwalniał ludzi z okrutnej mocy złego ducha, a więc czynił coś dobrego. Był „z apostołami” także przez to, że ich nie atakował, nie krytykował, nie wyśmiewał. Nie odciągał ludzi od nich, gdy z nakazu Jezusa nauczali i uzdrawiali. Swoim pouczeniem Jezus wyjaśnił apostołom, że nie mają władzy zakazywania czynienia dobra. Ich posługa polega bowiem na pobudzaniu ludzi do coraz lepszego postępowania. I na nas spoczywa podobny obowiązek: nie wolno nam pomniejszać dobra, lecz je powiększać. Nie wolno nam zniechęcać nikogo do czynienia dobra, lecz mamy pobudzać kogo się da do tego, by jak najwięcej go czynił.

 

4. Nie być „przeciwko” uczniom Chrystusa w swoim sercu. Kto „nie jest przeciwko wam, ten jest z wami” (Łk 9,50) – wyjaśnił Jezus swoim apostołom. Jednak to „nie być przeciwko” musi być szczere, wewnętrzne. Nie może się ograniczać tylko do czysto zewnętrznej tolerancji. Byli „z uczniami” Jezusa za Jego czasów tylko ci, którzy nie mieli wobec nich żadnej wewnętrznej wrogości, nie potępiali ich poglądów, chodzenia za Nim, przyjmowania Jego nauki. Tacy ludzie już byli „z uczniami Jezusa” lub przynajmniej się do nich zbliżali swoim sercem. Dzisiaj wielu ludzi nie walczy z chrześcijaństwem, z Kościołem, z wiarą w Chrystusa. Czy jednak przez to są już po Jego stronie i po stronie Jego uczniów? To zależy od prawdziwego nastawienia ich serc. Jeśli ktoś nawet w swoich myślach nie gardzi nauką Chrystusa i wierzącymi w Niego, to już się jakoś do nich „zbliża”. Jeszcze nie należy w pełni do ich grona, bo nie przyjął chrztu ani nie uwierzył w Boga Trójosobowego. Znajduje się jednak na dobrej drodze. Nie można jednak tego powiedzieć o ludziach, którzy oficjalnie nie walczą z Kościołem, jednak w swoim sercu lekceważą Jego nauczanie, krytykują je i odrzucają. Tacy ludzie nie są w swoim sercu „z uczniami Jezusa”, bo nie stoją wewnętrznie po ich stronie.

 

5. Kto nie jest przeciwko złu, ten je popiera. Powiedziane do apostołów słowa Jezusa: „kto bowiem nie jest przeciwko wam, ten jest z wami. (Łk 9,50), można odnieść także do zła. Znaczy to: kto nie odrzuca grzechu i zła w swoim sercu, ten stoi po jego stronie. Kto nie walczy z grzechem, ten grzechu chce. Kto udaje tylko walkę ze złem, ten w rzeczywistości za nim się opowiada. Aby nie stać po stronie zła, trzeba zatroszczyć się o to, by nasze serca ogarnęła miłość, która – jak mówi św. Paweł – „nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą” (1 Kor 13,6). Miłość nie cieszy się z żadnej formy niesprawiedliwości, czyli – z niesprawiedliwego postępowania ludzi i z niesprawiedliwości, którą ja sam czynię. Miłość „współweseli się z prawdą”, czyli ją popiera, a odrzuca zdecydowanie kłamstwo, obłudę, zakłamanie, udawanie. Kto stoi po stronie zła, ten łączy się z szatanem, który tylko zła pragnie.

 

6. Nie grzeszy ten, kto czyni zło nieświadomie. Apostołowie zakazali spotkanemu człowiekowi wypędzać złe duchy w imię Jezusa, bo wydawało im się, że taki zakaz będzie słuszny (Łk 9,49-50). Nie popełnili więc grzechu. Aby jednak wiedzieć, czy mają tak samo postępować w przyszłości, zapytali Jezusa, czy to, co zrobili, było słuszne. Okazało się, że nie. Nie oznaczało to, że od tej chwili to, co zrobili w przeszłości, stało się ich grzechem. Jednak sprzeciwialiby się Jezusowi, a tym samym grzeszyliby, gdyby w przyszłości zlekceważyli Jego pouczenie i wydawali podobne zakazy. Wtedy by grzeszyli, bo działaliby całkowicie świadomie i dobrowolnie wbrew woli Jezusa.

Niektórzy ludzie niepokoją się, bo w przeszłości, np. w dzieciństwie, zrobili coś, co – jak się dowiedzieli dopiero później – jest grzechem. Mają więc wyrzuty sumienia, że popełnili grzech, chociaż w chwili czynienia czegoś, nie wiedzieli, że jest to grzeszne. Myślenie tych osób nie jest poprawne. Grzech bowiem popełnia się tylko wtedy, gdy przed wykonaniem jakiegoś czynu wie się, że jest on zły i grzeszny, a mimo to się go wykonuje. Jeśli się nie ma świadomości, że coś, co czynimy, jest grzeszne, grzechu się nie popełnia i nie „pojawi się” w nas grzech później, gdy dowiemy się, że co zrobiliśmy, jest sprzeczne z Bożymi przykazaniami. To, co dowiedzieliśmy się później, ma dla nas być wskazówką, jak postępować w przyszłość. Bardzo pożyteczne jest pytanie ludzi znających dobrze nauczanie Jezusa o to, czy w różnych sytuacjach z przeszłości postąpiliśmy właściwie. Rady tych ludzi pomogą nam uniknąć różnych błędów w przyszłości.

 

 

Niegościnni Samarytanie (ŁK 9, 52-56)

Gdy dopełniał się czas Jego wzięcia [z tego świata], postanowił udać się do Jerozolimy51 i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt.52 Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy.53 Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?54 Lecz On odwróciwszy się zabronił im.55 I udali się do innego miasteczka.56 (ŁK 9, 51-56)

1. Przygotowywanie uczniów do trudnych zadań. Jezus stopniowo przygotowywał swoich uczniów do wypełnienia powierzonej im misji głoszenia światu Ewangelii w bardzo trudnych warunkach. Aby coraz bardziej uświadamiali sobie odrzucenie, jakie spotka Jego i ich, posłał przed sobą posłańców do pewnej miejscowości samarytańskiej. Tam mieli znaleźć dla Niego mieszkanie. Jezus posłał ich do tego miasteczka, chociaż wiedział, że nie znajdą tam mieszkania ani dla Niego ani dla siebie. Przez to odrzucenie uczniowie Jezusa mieli poznać to, co ich spotka w przyszłości: będą tak odrzucani jak Syn Boży, który przyszedł na ten świat, do swojej własności, lecz swoi Go nie przyjęli (por. J 1,10-11). Stwórca przyszedł do swoich stworzeń, ale one Go zlekceważyły. Skoro Pana wszechświata spotkał na ziemi taki los, to Jego gorliwi wyznawcy nie powinni się spodziewać samych tylko radości w wypełnianiu apostolskiej misji.

 

2. Miasta przyjmujące lub odrzucające Jezusa. Nie tylko w Samarii, ale także w innych krainach i miejscowościach przyjmowano Jezusa lepiej lub gorzej. Nieraz go odrzucano, jak we wspomnianej przez św. Łukasza miejscowości samarytańskiej i w krainie Gergezeńczyków (por. Łk 8,26-37). Te miejscowości, miasta, krainy są symbolem ludzi. Każdy człowiek zajmuje jakieś stanowisko wobec Jezusa. Ponieważ ma wolną wolę, to przyjmuje Go lub odrzuca. Jezus chętnie przychodzi do każdego. Jeśli jednak ktoś Go nie chce przyjąć, nie wdziera się przemocą. Czeka cierpliwie na zmianę decyzji.

 

3. Nie przyjęto Jezusa, bo zmierzał do Jerozolimy. Samarytanie zostali jakby zarażeni nienawiścią szatana do Jezusa, który postanowił iść do Jerozolimy, aby tam złożyć siebie samego na ofiarę dla zbawienia świat. Ten zły duch wiedział, że w Nim ma swojego największego wroga. To Jezus ciągle wyrywał mu dusze, które już zdobył. Upadłe duchy pobudziły więc serca Samarytan do tego, by nie przyjęli Jezusa, by odczuwali fanatyczną wrogość do Niego i Jego uczniów z tego powodu, że – jak sądzili – szli do Jerozolimy. To była już zapowiedź tej nienawiści, którą przywódcy religijni i mieszkańcy Jerozolimy mieli okazać Jezusowi w dniu Jego skazania na śmierć. Wrogość Samarytan i potem mieszkańców Jerozolimy była przejawem nienawiści całego piekła do Zbawiciela ludzkości.

 

4. Jezus wysłał przed sobą posłańców. Przed udaniem się do miasteczka samarytańskiego Jezus posłał tam apostołów, aby Mu przygotowali miejsce. Podobnie czyni dzisiaj, zanim przyjdzie do serca ludzkiego, aby w nim zamieszkać. Najpierw posyła swoich posłańców, aby pomogli ludziom otworzyć przed Nim bramy swoich serc. Tymi posłańcami są bardzo często rodzice, którzy przez dobre wychowanie pomagają dzieciom przyjąć świadomie Jezusa – ich i naszego Zbawiciela. Posłańcami są kapłani, katecheci i ci wszyscy, którzy nie wstydzą się przed innymi swojej wiary w Jezusa i głoszenia Jego Ewangelii. Jezus posyła przed sobą różnych ludzi-posłańców, aby każdy mógł się zastanowić nad tym, co mówią, i dobrowolnie, z wiarą i miłością przyjąć swojego Zbawiciela. Posługiwanie się posłańcami daje człowiekowi czas do namysłu, zanim dobrowolnie przyjmie Jezusa do swojego serca. Daje mu też możliwość zmienienia swojej złej decyzji, jeśli Jezusa odrzuci.

 

5. Nie karać, lecz ocalać. Nawet tak gorliwi i dobrzy apostołowie jak Jakub i Jan byli poddani pokusie, która przez wieki dosięgała i nadal atakuje wielu: oczyścić świat z grzeszników i niewiernych. Oburzeni apostołowie chcieli sprowadzić ogień z nieba, aby zniszczył tych, którzy nie przyjęli Jezusa. Zapytali Go: „Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?” (Łk 9,54) Przypuszczali, że Jezus ognia z nieba nie sprowadzi, więc chcieli to zrobić za Niego. Zwolennicy eliminowania z Kościoła lub ze świata grzeszników i niewiernych nie rozumieją do końca posłannictwa Jezusa i swojego powołania. Jezus nie przyszedł na świat po to, aby szybko zapełnić piekło przez karanie niewiernych. Przyszedł po to, aby każdemu dać możliwość zmienienia się i uniknięcia piekła. Podobne zadanie mają spełniać Jego uczniowie. Tak jak On powinni pomagać przede wszystkim tym najbardziej zagrożonym, najbardziej „niewiernym”.

 

6. Zapytali Jezus o pozwolenie zesłania ognia z nieba. Pomimo wielkiego rozdrażnienia z powodu odmowy przyjęcia Jezusa w jednym z samarytańskich miast, Jakub i Jan zachowali na tyle rozsądku, by zapytać Jezusa o pozwolenie ukarania niegościnnych Samarytan. Bardzo pragnęli karzącego ognia, jednak nie chcieli nic zrobić wbrew Jego woli. Ponieważ zadali Mu pytanie, otrzymali odpowiedź. Jezus zabronił im karania. Uczniowie Jezusa nie o karę dla grzeszników mają prosić, lecz o miłosierdzie Boże, o łaskę nawrócenia i zbawienie. Dla wielu ludzi trzeba jednak trochę czasu, aby to zrozumieli. Muszą jeszcze duchowo dojrzeć. A ponadto jeśli ktoś domaga się kary z nieba dla grzeszników, to znak, że nie zrozumiał jeszcze tego, że sam jest grzesznikiem, który potrzebuje nawrócenia. Nie rozumie jeszcze, że prosząc o kary dla grzeszników, prosi o karę dla samego siebie.

 

Zdecydowana decyzja pójścia za Jezusem

A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz!57 Jezus mu odpowiedział: Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć.58 Do innego rzekł: Pójdź za Mną! Ten zaś odpowiedział: Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca!59 Odparł mu: Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże!60 Jeszcze inny rzekł: Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu!61 Jezus mu odpowiedział: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego.62 (Łk 9,57-62)

1. Bóg więcej daje, niż wymaga. Może dziwić, że Jezus wymagał ogromnych ofiar od tych trzech, którzy chcieli za Nim pójść. Jednego ostrzegł, że nie będzie miał gdzie mieszkać tak jak Syn Człowieczy. Drugiemu powiedział, że ma innym zostawić pogrzebanie ojca, a trzeciemu odradził powrót do domu, by się pożegnać z bliskimi. Na pierwszy rzut oka te wymagania wydają się nadzwyczaj rygorystyczne. Jednak za nimi kryje się przeogromna miłość Jezusa, który jako Bóg pragnie dać bez porównania więcej niż odebrać. Jezus wymagał wielkiego wyrzeczenia się od swoich uczniów nie po to, by ich wszystkiego pozbawić, ale po to, by im dać „Wszystko”, czyli Siebie - Boga. Bóg udziela nam swoich darów i siebie samego bez żadnych ograniczeń. Tego samego wymaga także od nas, bo tylko wtedy potrafimy przyjąć to „Wszytko”, którym jest On sam. Jeśli człowiek chce coś bezwzględnie zachować tylko dla siebie, to w tę sferę życia nie może już wejść Bóg. Przez pragnienie zatrzymania czegoś wyłącznie dla siebie nie pozwalamy Bogu w pełni nas obdarować i uszczęśliwić.

 

2. Potrzeba specjalnego powołania. W Kościele ustanowionym przez Jezusa wszyscy mają głosić słowo Boże, ale nie wszyscy są powołani do tego, aby przepowiadanie Ewangelii stało się ich głównym zajęciem. Tylko niektórzy są do tego wezwani przez Boga, np. biskupi, kapłani. Aby ktoś mógł dobrze wypełnić zadanie wyłącznego poświęcenia się posłudze głoszenia słowa Bożego, musi być powołany do tego przez Boga i musi się wyrzec wszystkiego, co mogłoby mu przeszkodzić w niesieniu nauki Bożej wszystkim bez wyjątku ludziom. Spośród tych trzech, o których mówi św. Łukasz, tylko jeden był powołany. Był nim tylko ten człowiek, który chciał pogrzebać zmarłego ojca. Tylko do niego Jezus powiedział: „Pójdź za Mną! Ten zaś odpowiedział: Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca! Odparł mu: Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże!” (Łk 9,59-60) Dwóch pozostałych Jezus nie powołał do zadania wyłącznego głoszenia wraz z Nim królestwa Bożego. To oni sami od siebie zaproponowali Mu pójście za Nim. Pokazując im potrzebę gotowości do wielkich wyrzeczeń, Jezus dał im do zrozumienia, że nie spełnią dobrze tego zadania. Dlatego lepiej się stanie, jeśli będą Jego uczniami takimi jak większość, która głosiła Jego naukę w swoim środowisku, bez porzucania swoich domów, rodzin i zajęć.

 

3. „Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” (Łk 9,58) Chociaż Jezus jest Synem Bożym, Stwórcą wszystkiego, to jednak – gdy przyszedł na ten świat – nie żył tak jak wielcy dostojnicy, którzy mieszkają we wspaniałych domach lub nawet pałacach. Czasem rzeczywiście było tak jak po odmowie przyjęcia Go w jednym z samarytańskich miasteczek, że nie miał gdzie głowy skłonić (por. Łk 9, 51-53). Jezus jednak nie uskarżał się na swój los, bo wybrał go zupełnie dobrowolnie. Gdyby chciał, mógłby żyć w większych luksusach niż te, które znamy dzisiaj. Jego skarga: „Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć.” (Łk 9,58), ma głęboki sens duchowy. Zbawiciel nie uskarża się na bezdomność, lecz na to, że zbyt mało serc udziela Mu gościny. On chciałby zamieszkać w naszych duszach i robi wszystko, byśmy Go przyjęli i pozwolili Mu na zawsze w nas skłonić głowę. Nie zawsze jednak na to pozwalamy. Na szczęście jedno Serce udzieliło Mu niezwykłej gościny. Było to Serce Jego Matki. W Nim znalazł wiarę, miłość, serdeczność. To Serce nigdy nie sprawiło Mu nawet najmniejszej przykrości.

 

4. Oglądanie się wstecz. Człowiek, który chciał najpierw pójść pożegnać się z rodziną, a dopiero potem wrócić do Jezusa, usłyszał od Niego słowa: „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego.” (Łk 9,62) Było to pouczenie o tym, jak ważne jest oranie i zasiewanie serc ludzkich, aby mogło w nich wzrosnąć słowo Boże. Ktoś, kto został powołany do tego bardzo ważnego dla zbawienia ludzi zadania, nie może się oglądać wstecz, to znaczy nie może z nostalgią wspominać swojego przeszłego życia, kiedy robił, co chciał, a głoszenie Ewangelii go nie interesowało. Jeśli ktoś został powołany do tego, by głównym jego zajęciem było ewangelizowanie, nie może porzucać tych serc ludzkich, które zostały mu powierzone, aby je zaorał i obsiał ziarnem słowa Bożego. Nie może też spowolnić swojej pracy ewangelizacyjnej przez marzenie o przeszłości i o powrocie do niej.

 

5. Powoływanie do życia ważniejsze niż grzebanie zmarłych. Kochający swojego zmarłego ojca syn odpowiedział powołującemu go Jezusowi zgodnie z tym, co mu dyktowała jego synowska miłość: „Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca!” (Łk 9,59) Jezus nie zganił go za to, jednak dał mu do zrozumienia, że istnieją ważniejsze rzeczy niż grzebanie zmarłych rodziców. Do takich spraw należy między innymi głoszenie Ewangelii. Przekazywane bowiem słowo Boże rodzi w duszach życie – takie życie, którego nawet śmierć nie unicestwia. Jezus przynaglił powoływanego człowieka, by od razu poszedł za Nim. Wiedział bowiem to, co powoływanemu nie było znane, to mianowicie, że wkrótce miał ponieść śmierć w Jerozolimie. Dał więc do zrozumienia wzywanemu człowiekowi, że drugi raz może Go już nie spotkać. Powinien więc zaraz odpowiedzieć na Jego wezwanie. O zmarłego ojca nie musi się martwić, bo pośród jego krewnych z pewnością znajdą się tacy, którzy spełnią swój obowiązek wobec niego.

 

6. Umarli mają grzebać umarłych. Mówiąc o umarłych, którzy powinni zająć się chowaniem umarłych, Jezus miał na myśli ludzi, którzy jeszcze nie doszli do życia, udzielanego przez Niego– Zbawiciela świata. Człowiek powołany przez Chrystusa do pójścia za Nim, by głosić królestwo Boże (Łk 9, 55-60), należał do tych „żywych”, którzy zostali duchowo ożywieni przez Niego. Powinien więc od razu oddać się głoszeniu królestwa Bożego. Przez to stanie się szerzycielem Życia, którym jest sam Jezus (por. J 14,6). Żywi mają więc rozszerzać Życie. Głosząc królestwo Boże sprawi większą radość swojemu zmarłemu ojcu niż przez uczestniczenie w jego pogrzebie. Jezus jest bowiem Zbawicielem wszystkich ludzi – także zmarłego ojca powołanego mężczyzny.

 

 

Autor komentarza: ks. Michał Kaszowski


 



Powrót do strony głównej

Tytuły rozważań