Powrót do strony głównej

Tytuły rozważań


ROZWAŻANIE EWANGELII WEDŁUG ŚW. ŁUKASZA

ROZDZIAŁ 6


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24


Oskarżenia z powodu łuskania kłosów w szabat

W pewien szabat przechodził wśród zbóż, a uczniowie zrywali kłosy i, wykruszając je rękami, jedli.1 Na to niektórzy z faryzeuszów mówili: Czemu czynicie to, czego nie wolno czynić w szabat?2 Wtedy Jezus rzekł im w odpowiedzi: Nawet tegoście nie czytali, co uczynił Dawid, gdy był głodny on i jego ludzie?3 Jak wszedł do domu Bożego i wziąwszy chleby pokładne, sam jadł i dał swoim ludziom? Chociaż samym tylko kapłanom wolno je spożywać.4 I dodał: Syn Człowieczy jest panem szabatu.5 (Łk 6,1-5)

Faryzeusze oskarżają, a Jezus broni. Faryzeusze nie kierowali się miłością do Boga i do ludzi, gdy zarzucali uczniom Jezusa naruszanie szabatu przez zrywanie kłosów i wykruszanie z nich ziaren. To nienawiść do Chrystusa skłoniła ich do wypowiadania oskarżających słów. Samego Jezusa nie mogli oskarżyć o naruszanie szabatu, bo nie chciał On nikogo gorszyć i nie zrywał kłosów. Zaatakowali więc Jego głodnych uczniów. Przez swoje słowa chcieli im dać do zrozumienia, że idą za Nauczycielem, który uczy ich grzesznego życia. Powinni zatem odejść od Niego. Jezusowi zaś chcieli powiedzieć, że zwodzi tych, którzy za Nim idą, bo pozwala im na coś, „czego nie wolno czynić w szabat”. Jezus, słysząc zarzuty skierowane pod adresem Jego uczniów, broni ich. Wykazuje faryzeuszom, że nie są sprawiedliwi, bo stosują dwie różne miary w ocenianiu ludzi: jedną wobec głodnego króla Dawida, a drugą wobec Jego głodnych uczniów. Chociaż Dawid uczynił z chlebami pokładnymi coś, co mogli robić tylko kapłani, to jednak był otaczany czcią przez faryzeuszów. Ani jemu, ani jego towarzyszom nie zarzucali grzechu. Jego głodnych uczniów natomiast oskarżają.

W przeciwieństwie do faryzeuszów Jezus nie jest złośliwy. Chce im pomóc. Pragnie ich doprowadzić do innego stanu duchowego niż ciągłe doszukiwanie się u innych łamania prawa i grzechu. Chce ich nauczyć wyrozumiałości wobec głodnych bliźnich. Przypomina im i nam, że w życiu nie można tylko oskarżać. Trzeba też bronić bliźnich, tak jak On to uczynił. A, niestety, oskarżanie bliźnich często ma miejsce w czasie obmów i ocen różnych wydarzeń. Mało jest wtedy bronienia ludzi.

 

Jezus Panem szabatu

I dodał: Syn Człowieczy jest panem szabatu.5 (Łk 6,5)

1. Nowy sposób świętowania dnia świętego. Mówiąc, że Syn Człowieczy jest panem szabatu, Jezus stwierdza, że jest najwyższym prawodawcą. Może więc ustanawiać nowe formy świętowania dnia świętego. Odnowiona przez Niego religia, nazwana później chrześcijaństwem, będzie miała swój nowy dzień spoczynku. Nowym szabatem stanie się dla chrześcijan niedziela. Jej świętowanie będzie dostosowane do istoty odnowionej przez Jezusa religii. A istotą tą stanie się stałe pogłębianie wiary i miłości do Trójcy Przenajświętszej i do bliźnich. Sercem odnowionej religijności będzie głęboka jedność człowieka z Bogiem. Nowy dzień święty, niedziela, będzie szczególnym dniem przebywania w objęciach Trójcy Świętej, dniem myślenia z miłością i wdzięcznością o Ojcu niebieskim, który nas stworzył, o Jezusie, który przez swoje Odkupienie otworzył nam niebo, dniem napełniania się mocą Ducha Świętego. Będzie to również dzień odpoczynku, ale odpoczynku przed Panem. A odpoczywać przed Panem to coś więcej niż bezdusznie powstrzymywać się od takich czynności jak łuskanie kłosów. Odpoczywać przed Panem to stale z Nim przebywać, rozmawiać z Nim, wyrażać mu swoją wdzięczność, miłość i uwielbienie. Takie prawdziwe odpoczywanie przed Panem będzie niosło umocnienie dla ciała, utrudzonego przez całotygodniową pracę. Przyniesie wytchnienie także ludzkiemu duchowi.

 

2. Okazywanie miłosierdzia dobrym sposobem świętowania szabatu. Jezus, Syn Człowieczy i Pan szabatu, powiedział faryzeuszom, którzy oskarżali Jego głodnych uczniów o łamanie przepisów szabatowych: „Gdybyście zrozumieli, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary, nie potępialibyście niewinnych”. (Mt 12,7) Te słowa odnosiły się nie tylko do faryzeuszów, ale także do Jego apostołów i do nas. Jakie pouczenie zawarł Chrystus w tych słowach? Otóż Jezus wiedział, że skrupulatne zachowywanie przez faryzeuszów różnych przepisów wymaga od nich wysiłku, wyrzeczeń, ofiary, ascezy, kontrolowania samych siebie. Jednak wyjaśnił im, że Bogu milsze od tego rodzaju ofiar jest miłosierdzie okazywane bliźnim, czyli pomaganie, przebaczanie doznanych zniewag, powstrzymywanie się przed potępianiem kogokolwiek itp. W konkretnym wypadku dał do zrozumienia faryzeuszom, że zamiast oskarżać Jego głodnych uczniów o lekceważenie szabatu, lepiej zrobiliby, gdyby dali im jeść. W taki sposób sami najlepiej uszanowaliby szabat. Nie posty zatem, lecz okazywanie Bogu miłości a ludziom miłosierdzia powinno stać się sposobem świętowania dnia świętego.

 

3. Ofiara połączona z miłością i miłosierdziem jest miła Bogu. Wypowiadając słowa „Gdybyście zrozumieli, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary, nie potępialibyście niewinnych” (Mt 12,7), Jezus, Pan szabatu, nie mówi, że Bogu nie jest miła żadna nasza ofiara. Są mu miłe wszystkie nasze ofiary, jakie wiążą się z okazywaniem miłości Jemu i bliźnim. Szczególne uznanie przed Jego obliczem znajdują nasze wysiłki łączące się z okazywaniem bliźnim miłosierdzia, np. z przebaczeniem im wyrządzonych nam krzywd, z zaprzestaniem obmów i niepotrzebnego krytykowania ich. Również świętowanie dnia Pańskiego i innych wielkich świąt w Kościele ustanowionym przez Chrystusa wymaga pewnego wysiłku, a więc ofiary. Jest nią np. pójście do odległego kościoła w niedzielę, chociaż coś nas do tego zniechęca; aktywne uczestniczenie w Mszy św., wysiłek słuchania kazań i rozważania słowa Bożego, sprawienie radości jakiemuś cierpiącemu duchowo lub fizycznie człowiekowi. Wszystkie te ofiary są miłe Bogu, bo ujawniają naszą miłość do Niego i do bliźnich. Nie sprawiają Mu natomiast radości ofiary wynikające z egoizmu lub nienawiści do kogoś, np. rygorystyczne ograniczanie pokarmów dla szczycenia się swoją zgrabną sylwetką; wydawanie na wymyślną tzw. „zdrową żywność” dużych sum pieniędzy, które mogłyby usunąć nędzę jakiejś biednej rodziny; surowa asceza, aby czuć się lepszym od innych, opłacanie fałszywych świadków itp.

 

4. Dla prawdziwego dobra człowieka. Jezus, Syn Człowieczy, Pan szabatu, przypomniał cel każdego działania Bożego. Jest nim prawdziwe dobro człowieka. Gdy ono rzeczywiście się pojawia, to przynosi chwałę Stwórcy. Dotyczy to również szabatu, o którym jego prawdziwy Pan powiedział: „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu”. (Mk 2,27) To wyjaśnienie Zbawiciela odnosi się również do wszystkich świąt chrześcijańskich. Bogu nie są one potrzebne. Potrzebuje ich człowiek, aby się rozwinąć, udoskonalić i uświęcić. Święta te, podobnie jak szabat, zostały ustanowione dla dobra człowieka: dla jego prawdziwego dobra. Przez wypoczynek przed Panem ma nabrać sił do całotygodniowej pracy, a myślenie z wdzięcznością o Nim, udział w liturgii eucharystycznej ma go do Niego zbliżać. Nieraz jednak sposób spędzania dni świątecznych nie przynosi człowiekowi prawdziwego dobra. Tak się dzieje, gdy ktoś zapomina o Bogu, a koncentruje się na samych tylko rozrywkach, nieraz kosztem snu i uczestniczenia w Mszy św.  Takie podchodzenie do niedziel i świąt rodzi znużenie, zmęczenie i zamiast przynosić wypoczynek ciału i duchowi – wyczerpuje. Nie jest więc „dla człowieka”, lecz przeciw niemu.

 

Uzdrowienie człowieka z uschłą ręką

W inny szabat wszedł do synagogi i nauczał. A był tam człowiek, który miał uschłą prawą rękę.6 Uczeni zaś w Piśmie i faryzeusze śledzili Go, czy w szabat uzdrawia, żeby znaleźć powód do oskarżenia Go.7 On wszakże znał ich myśli i rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: Podnieś się i stań na środku! Podniósł się i stanął.8 Wtedy Jezus rzekł do nich: Pytam was: Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy źle, życie ocalić czy zniszczyć?9 I spojrzawszy wkoło po wszystkich, rzekł do człowieka: Wyciągnij rękę! Uczynił to i jego ręka stała się znów zdrowa.10 Oni zaś wpadli w szał i naradzali się między sobą, co by uczynić Jezusowi.11 (Łk 6,6-11)

1. Ręka niezdolna do działania. Człowiek, który miał uschłą prawą rękę, nie mógł nią wykonywać żadnych czynności. Jedno słowo Jezusa spowodowało, że jego ręka stała się znów zdrowa. W chorobie tego człowieka można widzieć symbol innej choroby, duchowej, która atakuje wielu. Tą chorobą jest powstrzymywanie się od pożytecznego działania. Wielu ma ręce jakby uschłe, które nie potrafią się złożyć do modlitwy ani wyciągnąć się do drugiego człowieka w geście przyjaźni. Ręce, chociaż zdrowe, są jakby uschłe z powodu lenistwa. Nie wykonują żadnej pożytecznej pracy. Często ludzkie ręce są jakby uschłe z powodu braku współczucia, obojętności na cierpienie bliźnich. To znieczulenie powoduje, że nic dobrego nie czynimy dla innych. Bywa też i tak, że ręce są jakby uschłe tylko wtedy, gdy muszą uczynić coś dobrego dla bliźnich. Nie ma natomiast tego „schorzenia”, gdy się chce bliźniego zabić przy pomocy broni, uderzyć go, pogrozić mu, wskazać go palcem dla zawstydzenia go. Nieraz ręce jakiegoś człowieka są bardzo aktywne tylko wtedy, gdy z egoizmu chce zrobić coś jedynie dla siebie, dla swojej przyjemności. Dla radości innych nic nie uczyni. Jeżeli i moje ręce są niezdolne do czynienia dobra dla innych, to potrzebuję pomocy Jezusa. Muszę stanąć przed Nim z pragnieniem uzdrowienia nie rąk, lecz serca i woli, bo to ona decyduje o tym, co i kiedy ręce mają wykonywać lub od czego powinny się powstrzymywać.

 

2. Tylko zło ich interesowało. Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Przyszli tam również uczeni w Piśmie i faryzeusze, jednak nie po to, by posłuchać Jego nauczania i zastanowić się nad swoim życiem. Ludzie ci „śledzili Go, czy w szabat uzdrawia, żeby znaleźć powód do oskarżenia Go”. Cierpienie obecnego w synagodze chorego człowieka nie budziło ich współczucia. Zastanawiali się tylko nad tym, czy Jezus go uzdrowi w dniu szabatu. Całą swoją uwagę skoncentrowali zatem na tym, co – według nich – byłoby grzechem naruszeniem szabatu. Ludzie ci byli tropicielami zła i grzechu. Nic innego ich nie interesowało. I dzisiaj wielu postępuje podobnie. Dobro czynione przez bliźnich nie interesuje ich. Całą ich uwagę przyciągają jedynie wady i słabości innych. To o nich myślą i mówią. Tak jak faryzeusze i uczeni w Piśmie nie potrafią w nikim zauważyć dobra, o nim myśleć, mówić, naśladować go. Są jak sępy, które przyciąga tylko cuchnąca padlina.

 

3. Życie ocalić czy zniszczyć? Jezus znał myśli obecnych w synagodze faryzeuszów i uczonych w Piśmie. Wiedział, że szukają powodu, by Go oskarżyć. Wiedział, że pragną Jego śmierci. Dlatego zadał im pytanie, które miało ich pobudzić do refleksji: „Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy źle, życie ocalić czy zniszczyć?”. On jest tym, który czyni dobro i życie ocala, oni zaś tymi, którzy noszą się z zamiarem zabicia Go, czyli zniszczenia Jego życia. Jezus dał do zrozumienia swoim zaciętym przeciwnikom, że to nie On, lecz oni naruszają szabat przez swoje złe nastawienie, złe zamiary. Naruszają szabat przy zachowywaniu pozorów przestrzegania go, bo nie interesuje ich zdrowie człowieka z uschłą ręką. Również Jego los jest im obojętny. Są opętani jedną myślą: zniszczyć Jego życie, zabić Go, pozbyć się Tego, którego odbierali jako swojego największego konkurenta. To nie oni, lecz Jezus czyniący zawsze dobro, stał się dla nas i dla całej ludzkości przykładem do naśladowania.

 

4. Dobro zawsze wolno czynić, a zła zawsze trzeba unikać. Odpowiedź na pytanie Jezusa: „Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy źle?”, powinna brzmieć: „Nie tylko wolno, lecz trzeba czynić dobro w szabat”. I nie tylko w dzień szabatu i inne święta. Sumienie w każdej sytuacji nakazuje mi czynić dobro i unikać popełniania grzechu. Zadając powyższe pytanie, Jezus pragnął wszystkim przypomnieć, że Bóg każdej chwili oczekuje od nas tylko dobra. Jako Jego dzieci powinniśmy zawsze działać tak jak On. A Jego dzieła i kierowane do nas słowa zawsze są dobre i pożyteczne. Bóg nigdy nie grzeszy i nikogo nie kusi do grzechu. Swoim przykładem pobudza nas do czynienia dobra. Dlatego każdy z nas, stworzony na obraz i podobieństwo Boże, powinien stawać się doskonały jak Ojciec niebieski (por. Mt 5,48); powinien naśladować Jezusa, który w dostrzegalny dla nas sposób ukazał nam Jego doskonałość; powinien działać jak Duch Święty, który tworzy wielkie dobro.

Nasze słowa i czyny powinny skłaniać otoczenie do wypowiadania pożytecznych słów i spełniania dobrych czynów. Nie wolno swoim gorszącym przykładem pobudzać innych, zwłaszcza dzieci, do czynienia zła. Nie do zła, lecz do dobra powinniśmy też innych zachęcać. Trzeba nam wspierać czynione przez kogoś dobro, włączać się w nie. W grzechu i złu nie wolno nam uczestniczyć ani go powiększać przez namawianie i zachęcanie do niego, przez pochwalanie go lub milczące tolerowanie go.

Również wszystkie wydawane prawa, przepisy i rozporządzenia powinny stać na straży dobra i zachęcać do czynienia go. Nie wolno żadnymi przepisami przeszkadzać czynić dobro. Żadne prawo nie może zachęcać do zła. Jeśli usprawiedliwia ono zło i grzech, jeśli zachęca do niego, jeśli nie strzeże porządku i sprawiedliwości, to zostało wydane za namową złego ducha. Nie takimi prawami powinien kierować się uczciwy człowiek, lecz sumieniem, które mówi mu: czyń dobro i unikaj zła.

Szlachetny człowiek, zanim coś powie lub uczyni, zadaje sobie następujące pytania: Czy z mojego działania, mówienia lub z powstrzymania się od działania i mówienia wyniknie dobro lub zło? Jakie to będzie dobro lub zło? Co na moim miejscu zrobiłby i powiedział Jezus lub Maryja? Czy przez moje słowa i czyny pomogę komuś, powiększę chwałę Bożą lub tylko spełnię jakiś swój kaprys albo zaspokoję swoje egoistyczne pragnienie? Czy swoim milczeniem nie przyczyniam się do rozszerzania się zła?

W czynieniu dobra i unikaniu zła pomaga nam wpatrywanie się w sposób działania Boga Ojca, Syna Bożego, Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego. Także Matka Najświętsza pokazuje nam swoim życiem, jak w każdej sytuacji ma wyglądać czynienie możliwego do wykonania dobra.

 

5. Wściekłość przeciwników Jezusa. Faryzeusze i uczeni w Piśmie, którzy byli świadkami uzdrowienia człowieka z uschłą ręką, „wpadli w szał i naradzali się między sobą, co by uczynić Jezusowi”. Złość nie opuściła ich po opuszczeniu synagogi, jak to zaznaczył św. Marek: „A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić”. (Mk 3,6) Do szału doprowadziła przeciwników Jezusa  ich bezradność wobec Jego mądrości i mocy. Czuli się wobec Niego zagrożeni, bo odczytywał ich myśli i zamiary, zanim je ujawnili, miał bowiem wgląd w ludzkie serca. Do wściekłości doprowadzała ich zazdrość, nienawiść do Jezusa. Można więc powiedzieć, że źródłem ich złości, rozdrażnienia, wściekłości i gniewu z powodu szlachetności, dobroci, wielkości i mądrości Jezusa były ich wady.

Również Jezusa ogarnął gniew. Mówi o nim św. Marek: „Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: Wyciągnij rękę! Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa”. (Mk 3,5) W spojrzeniu Jezusa ujawniał się gniew. Nie był to jednak taki gniew jak ten, który rozpalał przeciwników Jezusa. Ich gniew bowiem wypływał z nienawiści i ją wyrażał. Zagniewanie Jezusa łączyło się z miłością i  smutkiem z powodu zatwardziałości ich serc, dobrowolnej zawziętości. Było to pełne smutku wzburzenie na widok ruiny, którą wywołał człowiek w swoim sercu: ruiny groźnej dla niego samego, dla jego zbawienia. Było to wzburzenie wywołane przez ciągłe odrzucanie wszelkich prób ocalenia ich. Przez swoje pełne gniewu, smutku i miłości spojrzenie Jezus jakby chciał im powiedzieć: Opamiętajcie się! Nie tylko cierpienia człowieka z uschłą ręką są wam obojętny. Nie tylko mnie chcecie zabić. Wy zabijacie także wasze dusze! Nie ocalacie, lecz niszczycie wasze życie! Opamiętajcie się!

A więc to nie brak życzliwości i nienawiść była powodem gniewu Jezusa, tak jak w przypadku faryzeuszów i uczonych w Piśmie. To czysta i bezinteresowna miłość wywołała wzburzenie Jezusa wobec upartego i stałego krzywdzenia człowieka przez samego siebie. Smutek i gniew ogarnął Jezusa na widok ludzi, którzy z uporem omijali wąską drogę wiodącą do zbawienia i podążali szeroką drogą zatracenia (por. Mt 7,13-14).

Opisane wydarzenie poucza nas, że istnieją dwie formy gniewu. Jeden jest dobry, bo wypływa z miłości, z troski o drugiego człowieka. Drugi natomiast jest zły, bo rodzi się z nienawiści, zazdrości, niecierpliwości i z innych wad.

 

6. Brak odpowiedzi na proste pytanie. Nie była trudna odpowiedź na pytanie, które zadał Jezus faryzeuszom i uczonym w Piśmie: „Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić?” (Mk 3,4) Nawet dziecko odpowiedziałoby poprawnie na pierwszą i drugą część tego pytania. Przeciwnicy Jezusa wiedzieli, że nawet życie zwierzęcia trzeba ocalić w szabat, jeżeli jest zagrożone. Przecież, jeśli ktoś ma jedną owcę i jeżeli mu ta w dół wpadnie w szabat, to chwyta ją i wyciąga. (por. Mt 12,11) Dla atakujących Jezusa faryzeuszów i uczonych w Piśmie oczywiste było, że człowiek o wiele ważniejszy jest niż owca (Mt 12,12). A jednak nie odpowiedzieli Jezusowi na Jego tak proste pytanie. Milczeli (por. Mk 3,4). Nie chcieli się przyznać do tego, że niesłusznie oskarżali Go o grzeszne naruszanie szabatu. Pycha nie pozwalała im na to.

W czasie zastanawiania się nad odpowiedzią Jezusa działał w nich Duch Święty, który pomagał im dojść do oczywistej prawdy. Oni jednak sprzeciwiali się Jego działaniu. Upór człowieka w złu może go tak zaślepić, że nie przyjmuje nawet wewnętrznego światła Ducha Świętego, który pragnie go doprowadzić do prawdy i zbawienia. Takie uparte trwanie w złu może oznaczać bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu, Duchowi Prawdy.

 

Wybór Dwunastu

W tym czasie Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga.12 Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami:13 Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja;14 Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy;15 Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą.16 (Łk 6,12-16)

1. Wybór przyszłych głosicieli Ewangelii i jednego zdrajcy, Judasza. Jezus, po długiej modlitwie, wybrał tych, których chciał. Nie byli to ludzie z elity intelektualnej i religijnej. Nie było pośród nich faryzeuszów ani uczonych w Piśmie. Jezus wiedział, że wybiera do grona swoich apostołów przyszłego zdrajcę, Judasza. Uczynił to nie po to, by mu ułatwić ten zły czyn, lecz po to, by pomóc mu się zmienić, uświęcić. Wybrał go, aby stał się w przyszłości tak gorliwym głosicielem Jego nauki jak pozostali apostołowie.

Wszyscy wybrani przez Jezusa na apostołów uczniowie byli ludźmi słabymi, jednak pozwalali się Mu formować. Po zesłaniu Ducha Świętego stali się Jego wiernymi świadkami i szerzycielami Ewangelii. Wszyscy oprócz Jana ponieśli śmierć męczeńską. Judasz mógł tak samo jak pozostali apostołowie osiągnąć świętość. Mógł łzami skruchy oczyścić swoje serce. Mógł otrzymać Boże przebaczenie za swoje grzechy. Mógł tak jak inni być udoskonalonym i umocnionym przez Ducha Świętego apostołem, który odważnie zaniesie Ewangelię na krańce świata. Jednak nie chciał tego wszystkiego. Po zdradzie Jezusa popełnił samobójstwo. Nie chciał więc tak jak pozostali apostołowie spełniać zadania, które im wszystkim zlecił Zbawiciel. Nie chciał, chociaż i jego Jezus wybrał na apostoła.

 

2. Modlitwa Jezusa poprzedzająca wybór apostołów. Przed wyborem dwunastu apostołów Jezus modlił się na górze. Całą noc spędził na modlitwie do Boga, swojego Ojca. Można przypuszczać, co było treścią Jego rozmowy z Ojcem. Zapewne modlił się za swoich przyszłych apostołów. Znał ich słabości. Wiedział, że do końca życia będą poddawani różnym próbom.

Szatan będzie się mścił na nich za to, że będą wydzierać mu ludzi, nad którymi udało mu się już zapanować. Z tego powodu będzie ich szczególnie złośliwie atakować i zniechęcać. Jezus wiedział, że będą mieli wielu wrogów, którzy będą próbowali przeszkodzić im spełniać misję wydzierania świata spod władzy złych duchów i prowadzenia ludzi do zbawienia. Jezus wiedział, ilu pokusom będzie poddany Judasz. Znając przyszłość swoich apostołów, modlił się za nich, aby wytrwali do końca życia przy Nim, wypełniając dobrze powierzone im zadanie ewangelizowania świata. Modlił się o to, by pozostali Jego gorliwymi i dobrymi współpracownikami w zbawianiu ludzi. Zapewne szczególnie modlił się za Judasza, znał bowiem jego słabości i ataki złego ducha, który będzie go chciał doprowadzić do zdrady.

Dzisiaj święceniom kapłańskim towarzyszy modlitwa. W klimacie modlitwy kandydaci do kapłaństwa otrzymują święcenia. Do tych liturgicznych modlitw powinna dołączyć się także nasza stała modlitwa za pasterzy Kościoła Chrystusowego. Swoją modlitwą Jezus zachęcił nas do tego. Tak jak On powinniśmy otoczyć modlitwą diakonów, kapłanów i biskupów, zwłaszcza tych najsłabszych, najbardziej upadających. Krytykowanie tych, którzy nie wytrzymują ataków złego ducha i ich sprzymierzeńców, nic im nie daje. Nie umacnia ich. Jeśli jednak tak jak Jezus wesprzemy ich swoją modlitwą, to pomimo różnych upadków pozostaną Mu wierni i nie zaprzestaną ewangelizowania świata. Nie wybiorą zamiast Jezusa pieniędzy, tak jak to uczynił Judasz. Nie porzucą na zawsze swojej apostolskiej posługi, tak jak to uczynił niewierny apostoł, który wybrał samobójczą śmierć zamiast pracy dla Jezusa.

 

3. Wybrał tych, których sam chciał. To Jezus przywołał do siebie dwunastu uczniów, których nazwał apostołami. Nie stali się więc nimi dlatego, że się o to sami ubiegali. Nie zostali też wybrani przez innych uczniów w jakimś głosowaniu. To Chrystus „przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego” (Mk 3,13). Ustanowił tych „Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki, i by mieli władzę wypędzać złe duchy” (Mk 3,14-15). Wybrani przez Jezusa na apostołów uczniowie mieli więc stale przebywać z Nim, aby lepiej poznać Go i to, czego nauczał. Od czasu do czasu Jezus wysyłał ich na głoszenie Jego nauki, jednak do chwili swojej śmierci na krzyżu to głównie On nauczał. Dopiero po zesłaniu Ducha Świętego apostołowie zaczęli spełniać stale swoją misję budzenia wiary w Jezusa przez dawanie o Nim świadectwa. Mieli również władzę wypędzania złych duchów. Otrzymali zatem moc uwalniania ludzi spod ich mocy, w jakiejkolwiek formie by ona się ujawniała. Jednych więc, przez głoszenie Ewangelii, uczyli opierania się złym duchom, które przez swoje pokusy pragną zapanować nad myśleniem, mówieniem i działanie człowieka. Innych natomiast uwalniali spod panowania duchów ciemności, które nazywa się opętaniem. Apostołowie mieli więc wraz z Jezusem uwalniać świat od różnych form panowania nad nim złych duchów. Także następcy apostołów są powołani do tego, by stale przebywać z Jezusem, głosić Jego Ewangelię i uwalniać świat spod władzy upadłych duchów. W tym celu sprawują również ustanowione przez Jezusa sakramenty. A więc nie dla „robienia kariery kościelnej” lecz dla zbawczej posługi Chrystus powołuje do kapłaństwa i biskupstwa.

 

4. Wybrani, by leczyć ludzkie słabości. Jeszcze jedno ważne zadanie wyznaczył Jezus swoim apostołom, oprócz przebywania z Nim, głoszenia Jego nauki i wypędzania słych duchów. Tym zadaniem było zaradzanie ludzkim słabościom. Wspomina o tym św. Mateusz, który napisał: „Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości (Mt 10,1). Jezus, który pochylał się nad nędzą, słabościami, chorobami i troskami ludzi, tego samego oczekuje od swoich apostołów i ich następców. Mają stać się współczującymi i dobrymi lekarzami. Mają przywracać zdrowie przede wszystkim ludzkim duszom, dotkniętym chorobą, której na imię: nienawiść, zazdrość, pycha, nieczystość, chciwość, mściwość, lenistwo, egoistyczne zapatrzenie w siebie, służenie tylko sobie, dogadzanie tylko samemu sobie. Mają leczyć ludzkie słabości, do których zaliczają się wady, nałogi, duchowe zniewolenia. To przez nie człowiek upada i grzeszy, zamiast opierać się pokusom do złego. Te słabości wymagają leczenia. I tym leczeniem mieli się zająć wybrani przez Jezusa apostołowie. Nie zostali więc wybrani do tego, być stać się „książętami Kościoła”, lecz troskliwymi sługami Chrystusa i powierzonych im ludzi. Jednak nie tylko apostołowie i ich następcy zostali powołani do służenia innym. To podstawowe zadanie spoczywa na każdym, kto się uważa za ucznia Chrystusa. Każdy z nas potrafi w pewnym stopniu leczyć ludzkie serca, uwalniać je ze słabości egoizmu. I powinien to czynić. Wielką zdolność uwalniania siebie i innych z duchowych słabości daje nam modlitwa połączona z ofiarą.

 

5. Nie od razu zostali apostołami. Nie w pierwszym dniu, kiedy Jezus spotkał swoich uczniów, ustanowił ich swoimi apostołami. Stało się to dopiero po jakimś czasie przebywania z Nim, słuchania Jego nauczania. Uczniowie Jezusa mieli czas, aby się zastanowić, czy są gotowi stale przebywać z Nim i wypełniać powierzone im przez Niego zadania. Potrzebowali tego czasu, by wzrastać duchowo przy Jezusie. Coś podobnego ma miejsce obecnie w Kościele. Zanim kandydaci do kapłaństwa przyjmą święcenia, przebywają w seminarium, aby przygotować się do spełnienia swojej posługi. Tam mają poznać lepiej nauczanie Jezusa i wzrosnąć duchowo. Pobyt w seminarium to również czas zastanowienia się nad tym, czy pragnienie zostania kapłanem rzeczywiście pochodzi od Boga.

 

Tłumy szukające u Jezusa pomocy dla ducha i ciała

Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu;17 przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia.18 A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich.19 (Łk 6,17-19)

Przybyli, aby słuchać Jezusa i doznać uzdrowienia. Po wybraniu dwunastu uczniów na apostołów, na górze, na której Jezus się modlił, zszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Było tam dużo Jego uczniów i przybyszów z wielu miejsc. Różne były powody ich przyjścia do Jezusa: głód prawdy, pragnienie uzdrowienia z chorób, uwolnienie od ducha nieczystego. Tłum starał się Go dotknąć w przekonaniu, że dzięki temu dozna uzdrowienia. Z pewnością nie było to łatwe z powodu wielkiej ilości ludzi. O wiele łatwiejsze jest to dzisiaj, gdy Zbawiciel żyje pośród nas ze swoim ciałem zmartwychwstałym. W każdym sakramencie jakby dotykamy Jezusa, a On nas dotyka i uzdrawia – głównie duchowo. To zbawcze i uzdrawiające dotknięcie dokonuje się w sakramencie chrztu, bierzmowania, Komunii św., w sakramencie pokuty, namaszczenia chorych. Chrystus dotyka i napełnia swoją mocą i miłością także tych, którzy przyjmują sakrament kapłaństwa i małżeństwa.

 

Błogosławieństwa (Mt 5,3-12; Łk 6,20-26)

 

1. Ile jest błogosławieństw? Pytanie takie może powstać po przeczytaniu Ewangelii według św. Mateusza i Łukasza. Pierwszy mówi o ośmiu błogosławieństwach, a drugi – o czterech i o czterech odpowiadających im biada. Jednak cztery czy osiem to tylko pewien sposób mówienia, do którego się przyzwyczailiśmy. Błogosławieni znaczy szczęśliwi. A szczęście jako rodzaj przeżycia jest jedno. Może mieć różne stopnie nasilenia i różne towarzyszące mu zabarwienie uczuciowe, ale w swojej istocie jest jedno. Przeciwstawia się ono innemu przeżyciu, przykremu, które jest cierpieniem, bólem, udręką, niepokojem. Szczęście, które Jezus obiecuje błogosławionym, w pełnym nasileniu pojawi się dopiero w niebie, w Bożym Królestwie. Będzie ono pełne dzięki nasyceniu się Bogiem, który jest Miłością, Prawdą, Pięknem. Będzie pełne, bo nie zakłóci go ani na moment myśl, że kiedyś się skończy. Radości ziemskie są jedynie okruchami tego przyszłego szczęścia przebywania na zawsze z Bogiem we wspólnocie istot dobrych, życzliwych, kochających. Nawet gdyby jakaś radość była wielka, to na ziemi zawsze umniejsza ją myśl, że przeminie. Pomniejsza ją też jakieś cierpienie, obawa o swoją przyszłość, o los bliźnich, ludzkości. Syn Boży stał się człowiekiem, by otworzyć nam bramy Królestwa Niebieskiego, w którym wszyscy będą w pełni szczęśliwi, czyli błogosławieni. Każdy będzie tam jak naczynie wypełnione po brzegi do tego stopnia, że nie potrafi już więcej pomieścić w sobie ani jednej kropli płynu. Kto tego szczęścia dostąpi, będzie naprawdę błogosławionym.

 

2. Dzięki miłości można być błogosławionym. Błogosławiony znaczy szczęśliwy. Miłość do Boga i do bliźniego jest jedyną drogą prowadzącą to tego, by stać się błogosławionym, który będzie na wieki szczęśliwy. Tę miłość rozlewa w naszych sercach Duch Święty (por. Rz 5,5). Jest ona darem Tego, który jest Miłością. Jednak ta jedyna miłość, która prowadzi do błogosławionego stanu wiecznego szczęścia,  ma wiele różnych przejawów, cech. Są one opisane w ewangelicznych  błogosławieństwach. I tak jedną z cech miłości stawiającej nas na drodze do Królestwa Bożego jest ubóstwo ducha, inną – wrażliwość na cierpienia naszych braci i sióstr, łagodność i cichość, pragnienie sprawiedliwości, okazywanie miłosierdzia, czystość serca, będąca wolnością od egoizmu, wprowadzanie pokoju, cierpienie dla sprawiedliwości i znoszenie różnych udręk dla Chrystusa (por. Mt 5,3-11).

Tak więc jeden jest cel, do którego są powołani wszyscy. Jest nim pełne szczęście w Bogu we wspólnocie zbawionych. Jedna jest też droga, która do tego szczęścia błogosławionych prowadzi: miłość. Tą drogą nikt nie potrafi przejść przez całe życie o własnych siłach. Moc kroczenia tą wymagającą na ziemi wysiłku drogą można otrzymać tylko od Tego, który jest Miłością: od Trójosobowego Boga. On zbliżył się do nas w Osobie wcielonego Syna Bożego i w zesłanym nam Duchu Świętym. Te dwie Osoby Boskie są jakby „rękami Ojca”, które mocno nas trzymają, oświecają, uświęcają i prowadzą drogą błogosławieństw – czyli drogą doskonałej miłości – do Ojcowskiego domu, abyśmy tam żyli w wiecznym szczęściu (por. J 14,2). Abyśmy tam stali się w pełni błogosławionymi.

Błogosławieni ubodzy

A On podniósł oczy na swoich uczniów i mówił: Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.20 Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.21 (Łk 6,20-21)

Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą.24 Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie.25 (Łk 6,24-25)

1. Ubóstwo szansą, a bogactwo – zagrożeniem. Przypowieść Jezusa o bogaczu i Łazarzu ilustruje trzy pierwsze błogosławieństwa i trzy biada zapisane przez św. Łukasza. „Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. (Łk 16,19-23)

Bogacz z tej przypowieści przedstawia tych, którzy na ziemi znajdują pociechę w dobrobycie materialnym. Są syci, zadowoleni, roześmiani. Ponieważ są nieczuli na los ubogich i cierpiących, dlatego nieszczęścia tych ludzi nie mącą ich wesołości. Jednak ich  nieczułość, będąca brakiem miłości, zgubi ich. Spokój i zadowolenie – wywołane przez dobra materialne i przez obojętność na los biednych i cierpiących – zamienią się po śmierci w głód, cierpienie, smutek i płacz.

Ubogi żebrak Łazarz z przypowieści przedstawia tych błogosławionych, do których należy królestwo Boże. Tam nie będą odczuwać żadnego głodu ani pragnienia. Tam wiecznie będą się śmiać z radości. Tak się jednak stanie, jeśli w swoim ubóstwie, głodowaniu i płaczu rozwinie się w nich miłość do Boga, tak jak się to stało z cierpiącym Hiobem. Stracił on wszystko: majątek, dzieci i zdrowie, a jednak pozostało mu największe bogactwo: zaufanie Bogu i miłość do Niego. Dzięki tej ufności i miłości jego smutek zamienił się w radość (Hi 42,10-17).

 

2. Biada bogaczom-bałwochwalcom. Św. Jakub przedstawia różne grzechy, które rodzą się z przywiązania do bogactw. W ostrych słowach mówi: „A teraz wy, bogacze, zapłaczcie wśród narzekań na utrapienia, jakie was czekają. Bogactwo wasze zbutwiało, szaty wasze stały się żerem dla moli, złoto wasze i srebro zardzewiało, a rdza ich będzie świadectwem przeciw wam i toczyć będzie ciała wasze niby ogień. Zebraliście w dniach ostatecznych skarby. Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów. Żyliście beztrosko na ziemi i wśród dostatków tuczyliście serca wasze w dniu rzezi. Potępiliście i zabili sprawiedliwego: nie stawia wam oporu”. (Jk 5,1-6)

Największym zagrożeniem przez bogactwo jest to, że łatwo przysłania ono Boga i staje się dla człowieka bożkiem. Jemu służy, jego adoruje, dla niego żyje. Ta swoista adoracja wywołuje duchową ruinę. Niszczy miłość. Zamiast niej pojawiają się różne grzechy i wady. Jedną z nich jest chciwość, której nie da się pogodzić z hojną miłością. Przeciwną do chciwości wadą – złą tak jak ona – jest rozrzutność. Polega ona na bezsensownym trwonieniu posiadanych dóbr materialnych. Zamiast służyć nimi biedniejszym od siebie, człowiek traci wszystko, co posiada, na zakup zbędnych przedmiotów, na rozrywki, podróże. Jeszcze innym złem, które często idzie w parze z bałwochwalczym przywiązaniem do bogactw, jest znieczulenie serca i okrucieństwo wobec bliźnich. Zdarza się, że człowiek pragnący się wzbogacić nie tylko nikomu nie pomoże i z nikim się niczym nie podzieli, ale wykorzystuje innych, kradnie, rabuje, oszukuje, zmusza do niewolniczej pracy nawet dzieci, sprzedaje broń, handluje narkotykami, ludźmi. Aby przestrzec bogaczy przed tragicznym losem wiecznym, który sobie przygotowują przez grzeszny i egoistyczny sposób życia, św. Łukasz przytacza czterokrotne biada, wypowiedziane przez Jezusa pod ich adresem. Ostrzega ich, bo chciwe gromadzenie bogactw dla siebie rujnuje człowieka duchowo i skazuje go na wieczne cierpienie po śmierci. „O tym bowiem bądźcie przekonani, że żaden rozpustnik ani nieczysty, ani chciwiec – to jest bałwochwalca – nie ma dziedzictwa w królestwie Chrystusa i Boga” – pisze św. Paweł (Ef 5,5).

 

3. Samo ubóstwo nie zbawia ani samo bogactwo nie potępia. Bogactwo często niszczy duchowo człowieka i przez to utrudnia mu zbawienie wieczne. Ale nie tylko ono zagraża zbawieniu. Również nędza materialna niesie ze sobą różne zagrożenia duchowe. Biedni nieraz tracą wiarę w Bożą opatrzność, bluźnią Bogu, nienawidzą bogatych ludzi, zazdroszczą im. Zdarzały się w historii rewolucje i powstania przeciw bogatym. Ci, którzy w nich uczestniczyli, odznaczali się nie mniejszym okrucieństwem niż bogaci, szukali zemsty, zabijali, rabowali. Ubóstwo połączone z bluźnieniem Bogu, z nienawiścią, okrucieństwem, zazdrością nie prowadzi do zbawienia.

Chociaż bogactwo często utrudnia człowiekowi zbawienie, to jednak tak nie musi być. Bogaci ludzie – przez wspieranie biedniejszych od siebie tym, co posiadają – mogą rozwijać w sobie miłość. Jedną z jej form jest tworzenie miejsc pracy przez tych, którzy mogą to zrobić. Dzięki temu ulżą bezrobotnym i ich rodzinom, a sami udoskonalą swoją miłość, konieczną do osiągnięcia nieba. Można też pomagać swoimi środkami materialnymi komuś, aby się wykształcił. Jeśli się zastanowimy, to z pewnością znajdziemy wiele sposobów pomagania innym tym, co posiadamy.

 

4. Błogosławieni ubodzy w duchu biedni i bogaci. Błogosławieni znaczy szczęśliwi. Prawdziwego szczęścia nie daje ani nadmiar bogactw, ani ich brak. Szczęście rodzi się z ubóstwa duchowego. „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie”. (Mt 5,3) Ubogimi w duchu, czyli szczęśliwymi, mogą być ci, którzy posiadają wielkie dobra materialne, oraz ci, którzy niewiele ich mają. Bogaci doznają szczęścia, gdy widzą, jak dzięki ich pomocy zmniejsza się cierpienie ludzi biedniejszych od nich, jak uśmiech pojawia się na zapłakanych twarzach. Są szczęśliwi niosąc ulgę zrozpaczonym. Napełnia ich szczęście, bo nie uważają za swoje tego, co posiadają (por. Dz 4,32), lecz za dobra służące także tym, którzy żyją w nędzy. Są szczęśliwi, bo hojnie rozdają, a więcej „szczęścia jest dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20,35).
Ludzie biedni, którzy posiadają niewiele dóbr materialnych, także mogą dojść do przynoszącego radość ubóstwa duchowego. Stają się ubodzy w duchu, gdy całą swoją ufność pokładają w Bogu, który daje pokarm ptakom i przyodziewa kwiaty rosnące na polach (por. Mt 6,26-34; Łk 12,24). Noszą w swoim sercu pokój, bo nie dopuszczają do tego, by został on zniszczony przez zazdroszczenie bogatszym od siebie, przez życzenie im nieszczęść, przez gorączkowe szukanie bogactw, przez pretensje do Boga. Tak więc pouczenia Jezusa mogą być realizowane przez wszystkich, biednych i bogatych. Dotyczy to również duchowego ubóstwa. Wszystko jednak wymaga współpracy z łaską Bożą.

 

5. Ubóstwo w duchu to miłowanie Boga ponad wszystko. Ubogi w duchu to człowiek, dla którego Bóg jest największym Bogactwem i Skarbem. Dla tego Skarbu gotowy jest wyzbyć się wszystkiego, co w oczach świata uchodzi za coś bardzo ważnego: pieniądz, władza, pozycja społeczna, sława, tytuły, pochlebstwa, przyjemność, rozrywka, seks, wymyślne jedzenie, podróże. Ubogi w duchu potrafi z tego wszystkiego zrezygnować, aby posiąść Bogactwo prawdziwe, Boga, i radość, jaka płynie z posiadania tego Skarbu. Nawet z rzeczy tak dobrych jak posiadanie żony, męża i dzieci niektórzy rezygnują, aby ich serce było przy Skarbie największym – przy Trójcy Przenajświętszej. Ubodzy w duchu są gotowi oderwać się od wszystkiego, co utrudnia im wypełniać w życiu wolę Boga. Wszystko, co nie jest Bogiem, stawiają na drugim miejscu, aby tylko Jego miłować „całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą”. (Mk 12,30) Ubodzy w duchu tęsknią za Bogiem, pragną się z Nim spotkać na zawsze w niebie. Żyją według rady św. Pawła: „Mówię, bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakby się nie radowali; ci, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata” (1 Kor 7,29-31).

Nie tylko przywiązanie do bogactw utrudnia dojście do ubóstwa duchowego, czyli do miłowania Boga całą swoją mocą, całym swoim jestestwem. Nawet drugi człowiek, i to najbliższy sercu, może utrudnić kochanie Boga ze wszystkim sił, jeśli postawimy go przed naszym Panem, Stwórcą i Zbawicielem. Krewni, rodzina, przyjaciele przysłonią nam Boga, jeśli nie będziemy ich kochać tak jak siebie samego kochamy i jak ich Jezus miłuje, lecz jak Boga, czyli całym swoim sercem i duszą. Jeśli jakiegoś człowieka uczynimy swoim największym bogactwem, to przysłoni nam Boga, zajmie Jego miejsce, utrudni stawianie Jego woli na pierwszym miejscu. Drugi człowiek nie przysłoni nam Boga tylko wtedy, gdy będziemy go kochali jak siebie samego i tak, jak Jezus go miłuje (por. J 13,34). Jeśli w taki sposób będziemy go kochali, to nasza miłość do niego z pewnością nie będzie umniejszona. Na pewno będzie wielka, głęboka, szlachetna, szczera.

 

6. Bez wiary i miłości trudno o ubóstwo w duchu. Świadome uczynienie z Boga jedynego Skarbu, miłowanego ze wszystkich swoich sił, jest możliwe tylko wtedy, gdy w Niego wierzymy. To wiara pozwala nam odnaleźć ten Skarb prawdziwy i przylgnąć do Niego z całego serca i z całej duszy. Dobrowolne uczynienie z Boga swojego prawdziwego bogactwa – czyli ubóstwo duchowe – pojawi się w nas, gdy rozpoznamy przez wiarę wspaniałość Ojca, Syna i Ducha Świętego, gdy odkryjemy Ich miłość, dobroć i miłosierdzie. Jeśli ktoś chce stać się ubogim w duchu, to powinien prosić o głęboką wiarę, która pomoże mu odkryć nie tylko miłość i wspaniałość Boga, ale także Jego bliskość, stałą obecność przy nas, ustawiczne i pełne życzliwości zainteresowanie nami, naszym losem na ziemi i w wieczności. Dla osiągnięcia błogosławionego ubóstwa w duchu powinniśmy prosić o wiarę, która ukaże nam Boga żywego, naszego Ojca, Stwórcę i Zbawiciela, Pana, ale równocześnie bliskiego Przyjaciela, Oblubieńca i Małżonka naszej duszy. Wiara ułatwi nam umiłowanie Tego, który ciągle przemawia do duszy i serca każdego z nas słowami wypowiedzianymi już kiedyś do wcześniejszych pokoleń: „Bo małżonkiem twoim jest twój Stworzyciel, któremu na imię – Pan Zastępów; Odkupicielem twoim – Święty Izraela, nazywają Go Bogiem całej ziemi. Zaiste, jak niewiastę porzuconą i zgnębioną na duchu, wezwał cię Pan. I jakby do porzuconej żony młodości mówi twój Bóg: Na krótką chwilę porzuciłem ciebie, ale z ogromną miłością cię przygarnę”. (Iz 54,5-7) Jeśli uwierzę w niepojętą miłość Boga i odpowiem głęboką miłością na Jego miłość do mnie, to stanę się naprawdę błogosławionym ubogim w duchu. Dojdę do ubóstwa duchowego, jeśli pozwolę Duchowi Świętemu rozpalić w mym sercu taką miłość do Boga, na jaką mnie stać: miłość podobną do miłości dziecka do ojca i matki, oblubieńca do oblubienicy, przyjaciela do przyjaciela, współmałżonka do współmałżonki. Jako błogosławiony ubogi w duchu będę gorliwie pełnił wolę Ojca niebieskiego, tak jak to zawsze czyniła Maryja. Dzięki temu dla Jezusa stanę się Jego „bratem, siostrą i matką” (Mt 12,50). Stanę się nawet Jego „matką”, bo jak dobra matka i ojciec z wielkim oddaniem troszczą się o swoje dzieci, tak ja zatroszczę się o Jego sprawy, o utworzony przez Niego Kościół, o pozyskiwanie dla Niego nowych uczniów i miłujących Go szczerze przyjaciół.

Błogosławieni, których dręczy głód sprawiedliwości

 

Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. (Łk 6,21)

Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. (Łk 6,25)

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. (Mt 5,6)

 

1. Syty nie rozumie głodnego. Jedni głodują, wyglądają jak żyjące szkielety, a inni muszą się leczyć z powodu przejedzenia. Jedni chorują i umierają z niedożywienia, inni natomiast marnują żywość i wyrzucają wielkie jej ilości, które mogłyby wyżywić miliony. Dlaczego tak się dzieje? Z powodu braku miłości i zamknięcia się w swoim dobrobycie materialnym. Z powodu przeklętej sytości. Syty nie rozumie głodnego. Stała sytuacja na naszej planecie potwierdza, jak prawdziwe jest to powiedzenie. Biada tym sytym, którzy przestali dostrzegać głodnych. Jeśli się nie nawrócą, jeśli nadal będą ze spokojnym sumieniem usypiać – niewrażliwi na cierpienie, które przynajmniej trochę mogliby zmniejszyć – to biada im. Biada im, bo głód cierpieć będą. Najgorszą jego formą może być straszliwy i nienasycony głód Boga po śmierci: głód, którego jeszcze nie poznali na ziemi. Biada niewrażliwym na głód braci i sióstr sytym niewierzącym i sytym wierzącym. Szczególnie nasyconym wierzącym egoistom biada, o czym przypomina św. Jakub: „Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy (sama) wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda?” (Jk 2,14-16)

 

2. Głód i pragnienie sprawiedliwości. „Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.” (Mt 5,6) Pod słowo sprawiedliwość można podstawić wszystko, co naprawdę wartościowe i dobre dla człowieka: a więc wypełnianie woli Bożej, świętość, miłość, dobroć, szlachetność, miłosierdzie, pokora, życzliwość, hojność, czystość, pracowitość, roztropność, wrażliwość na cierpienia innych, chętne udzielanie pomocy bliźnim itp. Błogosławieni są ci, którzy dla siebie i dla innych pragną tego wszystkiego. Błogosławieni są ci, którzy robią wszystko, co potrafią, aby miłość, miłosierdzie, wzajemne przebaczenie i sprawiedliwość zapanowały na stworzonym przez Boga świecie. Dotkliwy głód i pragnienie sprawiedliwości zostanie – zgodnie z obietnicą Chrystusa – usunięty. Ci łaknący i pragnący będą nasyceni, gdy w niebie zobaczą szczęście tych, którym na ziemi nie potrafili pomóc w ich kłopotach i troskach. Ich głód dobra i sprawiedliwości zostanie zaspokojony, kiedy wejdą na zawsze do wspólnoty, w której nie ma nawet najmniejszej niesprawiedliwości. Ich łaknące sprawiedliwości serca rozradują się na zawsze, bo zobaczą, że Bóg otrze z oczu zbawionych „wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już (odtąd) nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Ap 21,4).

Błogosławieni ci, którzy teraz smucą się i płaczą

Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie. (Łk 6,21)

Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. (Łk 6,25)

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. (Mt 5,4)

1. Błogosławieni smucący się i płaczący. Błogosławieństwo nie mówi o każdym płaczu i smutku, bo można się smucić a nawet płakać z zazdrości i ze złości. Błogosławiony, bo prowadzący do wiecznego szczęścia, jest tylko smutek i płacz, który wypływa na ziemi z miłości do Boga i do bliźniego. Błogosławieni są przede wszystkim ci, którzy płaczą z powodu tego, jak Bóg jest traktowany w świecie przez człowieka, którego z miłości stworzył na swój obraz i swoje podobieństwo (por. Rdz 1,27). Płaczą, bo nie jest kochany jak Ojciec, lecz lekceważony, zapominany, znieważany, nienawidzony, jakby był złośliwym, dokuczliwym i zazdrosnym wrogiem człowieka. Płaczą, bo Miłość nie jest kochana, jak to stwierdził św. Franciszek z Asyżu. Płaczą, bo bardzo dużo serc ludzkich przestało być czystymi lustrami, w których Stwórca mógłby dostrzegać odzwierciedlenie swojej miłości, miłosierdzia, dobroci, mądrości, piękna. Zamiast odbicia swojej miłości znajduje w nich nienawiść, zarozumiałość, zazdrość, chciwość, nieczystość, skoncentrowanie się na przyjemnościach związanych z jedzeniem, piciem i rozrywkami.

Płaczą nad tym, że Bóg nie tylko swojej miłości, ale nawet odbicia swojej mądrości nie może znaleźć w wielu swoich stworzeniach, bo zastąpiła ją mądrość tego świata, czyli spryt, wyrachowanie, przebiegłość w zaspokajaniu swoich egoistycznych zachcianek, pożądliwości i grzesznych pragnień. Płaczą z powodu tego, że Bóg – zamiast swojego obrazu i podobieństwa – dostrzega w wielu ludziach swoją żałosną karykaturę, według której niektórzy tworzą sobie Jego nowy obraz: obraz Boga zazdrosnego, niecierpliwego, złośliwego, czyli takiego, jakiego zły duch ukazał kuszonej w raju Ewie (por. Rdz 3,1-6). Błogosławieni smucący się płaczą, bo również w sobie nie dostrzegają pełnego podobieństwa do Boga. Ci, którzy smucą się i płaczą, bo kochają Boga i ludzi, zostaną w wieczności na zawsze pocieszeni.

 

2. Błogosławione łzy współczucia. Trudno pragnąć cierpienia. Jednak bardzo często dopiero ono kieruje człowieka do Boga i uczy współczucia bliźnim. Dzięki nim dojrzewa on do prawdziwej miłości. Człowiek ciągle zadowolony, zawsze doznający radości z trudem albo wcale nie rozumie cierpienia bliźnich. Nie potrafi współczuć lub czyni to powierzchownie. Dopiero kiedy sam zostanie dotknięty cierpieniem, gdy na niego spadną różne kłopoty i troski, zaczyna dostrzegać, że nie cierpi sam. Zaczyna widzieć i rozumieć ból innych ludzi, obok którego wcześniej przechodził obojętnie. Przelane łzy uczą rozumieć płaczących braci. Z powodu własnego osamotnienia rozumie dotkliwą samotność innych ludzi, którzy nie mają nikogo, z kim mogliby się podzielić swoimi smutkami. Niedostatek i głód uczy rozumienia tych, którzy nie mają co jeść. Utrata pracy otwiera oczy na niepokój bezrobotnych bliźnich. Niepokój o własną przyszłość uwrażliwia na to, co przeżywają matki i ojcowie, którzy nie wiedzą, co jutro dadzą swoim dzieciom do jedzenia. Własna choroba uwrażliwia na cierpienia przeżywane przez chorujące i niepełnosprawne osoby. Przeżywane smutki pomagają dojrzewać do coraz głębszej miłości. Bez nich człowiek nie dojrzewałby. Byłby ciągle podobny do dziecka, które płacze tylko dlatego, że nie może się bawić, że mama nie chce mu kupić upragnionej zabawki, że musi jeść lub iść spać, że nikt nie chce spełniać jego kaprysów, że musi ustąpić bratu lub siostrze, że... Błogosławione łzy i smutki pomagają przestać płakać z powodu niespełnionych egoistycznych zachcianek i uczą płakania z płaczącymi braćmi i siostrami (por. Rz 12,15-16). Ten płacz ujawnia miłość, która pogłębiła się i dojrzała.

 

3. Błogosławione łzy prowadzące do Boga. Płacz jest błogosławiony, gdy zbliża nas do Boga. Dobrze by było, gdyby człowiek przypominał sobie o swoim Ojcu niebieskim i szedł do Niego, kierowany wyłącznie miłością, wdzięcznością. Tak jednak nie jest. W skażonym przez grzech świecie często przypominamy sobie o Bogu dopiero wtedy, gdy spadają na nas cierpienia, gdy ogarnia nas trwoga. Jak trwoga – to do Boga. Gdy człowiekowi zagraża jakieś niebezpieczeństwo, zaczyna się modlić szczerze, nie tylko wargami, lecz sercem. Woła do Boga, prosi Go o pomoc. Dobry Bóg nie odrzuca tej bardzo interesownej modlitwy, bo widzi, że lęk ogania Jego dzieci. Żaden ojciec ziemski nie odrzuciłby swojego dziecka, gdyby przyszło do niego przerażone, wystraszone, wylęknione, zapłakane. Bóg także tego nigdy nie uczyni. Aby nas zachęcić do przychodzenia do Niego ze swoimi troskami, Jezus powiedział: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28). Pragnie nas przygarnąć do swojego pełnego miłości serca. Chce, aby każdy z nas na tym sercu doznał umocnienia w swoich troskach, trudach i cierpieniach. I spełni to, co obiecał. Pokrzepi, doda sił, umocni. Bóg bowiem nigdy nie zwodzi, nie zapomina tego, co przyrzekł. Nie wypowiada przyrzeczeń po to, by ich nie spełnić.

 

4. Błogosławione łzy skruchy. Do błogosławionych, czyli  do tych, którzy osiągną wieczne szczęście, zaliczają się wszyscy słabi i grzeszni ludzie, wylewający łzy skruchy i szukający u Jezusa przebaczenia. W Nim i w swoich łzach znajdują ratunek. Przykładem może być św. Piotr. Nie był człowiekiem bezgrzesznym, a jednak zalicza się do tych, którzy przeżywają wieczne szczęście w niebie. Osiągnął to szczęście dzięki łzom skruchy, przelanym z miłości do Chrystusa, i dzięki Bożemu miłosierdziu. Zaparł się Zbawiciela, powiedział, że Go nie zna, jednak zaraz – gdy tylko uświadomił sobie w pełni to, co zrobił – gorzko zapłakał (por. Mt 26,75). Zapewne nie jeden raz opłakiwał jeszcze swoją zdradę. Te łzy umocniły Jego miłość do Jezusa. Te zły powiększyły jego pokorę. Łzy miłości, skruchy i Boże przebaczenie czyni z grzeszników błogosławionych. Przykład tego daje nam nie tylko Piotr, ale i wielu innych, podobnych do niego i do kobiety, która swoimi łzami oblewała stopy Jezusa i włosami je ocierała (por. Łk 7,38). Dzięki tym łzom i miłości do Zbawiciela usłyszała Jego słowa: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała” (Łk 7,47).

Aby być błogosławionym, nie wystarczy tylko cierpieć z powodu swoich grzechów. Trzeba jeszcze szukać Bożego przebaczenia. A tego nie zrobił Judasz po swojej zdradzie. Cierpiał z powodu swojego grzechu, bo oddalenie od Boga zawsze wywołuje cierpienie. Uznał przed ludźmi świątyni, że jest zdrajcą niewinnego człowieka, rzucił otrzymane za zdradę srebrniki ku przybytkowi w świątyni, jednak nie wrócił do apostołów, nie poszedł do Maryi. Cierpienie z powodu popełnionego grzechu nie rzuciło go w ramiona Boga, lecz w śmiercionośny uścisk sznura, na którym się powiesił (por. Mt 27,3-5).

 

5. Łzy Jezusa i Maryi. Jezus i Jego Matka są tymi błogosławionymi, którzy płakali. Zbawiciel płakał nad Jerozolimą (por. Łk 19,41-44). Były to błogosławione łzy współczucia, bo znał On smutny przyszły los tego miasta i jego mieszkańców. Płakał, bo Jego pomocna dłoń Zbawiciela została odepchnięta. Musiała więc spaść zadająca śmierć, uzbrojona ręka wroga. Jezus płakał także nad grobem Łazarza (por. J 11,35-38). Były to również błogosławione łzy współczucia. Ale Jezus płakał nie tylko z powodu cierpienia sióstr Łazarza. Wylewał łzy nad grobami serc tych, którzy z uporem Go odrzucali i ciągle zastanawiali się tylko nad tym, jak i kiedy Go zabić bez wywoływania rozruchów (por. J 11,45-53). Bali się ich z powodu Rzymian. Tylko ich miecza się obawiali. Błogosławionej bojaźni Boga w ich sercach nie było. Nie obawiali się zabić niewinnego. Jezus płakał nad zawziętymi sercami tych ludzi, bo znał ich przyszły los, tak jak wiedział, co czeka Jerozolimę i jej mieszkańców. Płakał nad grzechami, które zawsze sprowadzają cierpienie – przede wszystkim na tych, którzy je popełniają – i krzywdzą niewinnych, przeciwko którym grzeszne czyny są skierowane.

Wiele łez wylała również Maryja, Matka Jezusa. Były to przede wszystkim łzy współczucia cierpiącym. Do nich zaś zaliczał się przede wszystkim Jej Syn. Wiele łez wylała pod krzyżem i potem, po śmierci Syna, zanim zmartwychwstał. Nieraz słyszymy o „płaczących” obrazach lub figurach. Czy wierzymy, czy nie wierzymy w te zjawiska, to nie przechodźmy obojętnie nad przypomnieniem nam prawdziwych łez, wylanych przez kochającego nas Jezusa i Jego Matkę. I naśladujmy Ich płacz współczucia, a będziemy błogosławieni.

 

Błogosławieni znienawidzeni i prześladowani

Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne:22 cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom.23 (Łk 6,22-23)

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy (ludzie) wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami. (Mt 5,10-12)

Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom.26 (Łk 6,26)

1. Błogosławieni znienawidzeni i lżeni z powodu Syna Człowieczego. Różne bywają powody tego, że ktoś jest znienawidzony. Zazwyczaj nie są lubiani ci ludzie, którzy nienawidzą, lżą, krzywdzą, znieważają innych i czynią jeszcze inne zło. Ale nie zawsze tak jest. Nieraz nienawiść kieruje się na tych, którzy wierzą w Boga i czynią dobro. Dobrych ludzi nienawidzą przede wszystkim złe duchy i wszystkie potępione istoty. Robią one wszystko, co potrafią, by swoją nienawiścią do Boga i do ludzi szlachetnych zarazić mieszkańców ziemi. Kto się im poddaje, ten nienawidzi uczniów Jezusa, którzy wierzą w Niego, kochają Go i naśladują. Zbawiciel obiecuje wszystkim znienawidzonym i lżonym z Jego powodu wielką nagrodę w niebie. Tam będą błogosławieni, czyli na zawsze szczęśliwi.

 

2. Lepiej cierpieć za dobro niż za czynione zło. W świecie, w którym żyjemy, można cierpieć za zło i za dobro. Lepiej jednak cierpieć za dobro, chociaż może się to wydawać niesprawiedliwe. W Pierwszym Liście św. Piotra czytamy: „Lepiej bowiem – jeżeli taka wola Boża – cierpieć dobrze czyniąc, aniżeli czyniąc źle” (1 P 3,17). Gdyby ludzie i całe społeczeństwa kierowały się jedynie sprawiedliwością i miłosierdziem, to tylko dobro byłoby nagradzane, a zło – karane. Tak jednak nie dzieje się w świecie skażonym przez grzech. Często zdarza się odwrotnie: dobro jest odrzucane, a zło – wychwalane. Przykładem może być sposób traktowania proroków. Prawdziwi – czyli ci, których posłał Bóg i którzy mówili w Jego imieniu – byli i są prześladowania tak jak Jezus. Natomiast fałszywych – czyli oszustów podających się za posłańców Bożych – powszechnie się wychwala. Tak jednak nie będzie wiecznie. Dobro zostanie w wieczności nagrodzone, a zło ukarane. Nagrodzeni w wieczności będą tylko prawdziwi prorocy, fałszywym natomiast – biada.

Podobnie jak z prorokami prawdziwymi i oszustami stanie się z ludźmi czyniącymi dobro lub zło. Nawet jeśli na ziemi za dobro spadały na ich twórców prześladowania, to tak nie będzie w wieczności. Czyniący dobro w niebie będą błogosławieni, czyli szczęśliwi. Ludziom złym natomiast – tym którzy nawet w obliczu śmierci nie chcieli potępić swoich grzechów i wzgardzili Bożym miłosierdziem – biada. Biada tym, którzy się nie nawrócą. Biada im, chociaż tak jak fałszywi prorocy byli wychwalani. Biada im, nawet jeśli zaliczali się na ziemi do tych, których wychwala się codziennie w telewizji i opisuje na pierwszych stronach gazet. Natomiast szczęśliwi na zawsze będą ci, którzy bez nienawiści i z poddaniem się Bogu znosili niesprawiedliwe ciosy, jakie spadały na nich za wiarę w Chrystusa i za czynione dobro. A z łagodnością i bojaźnią [Bożą] zachowujcie czyste sumienie, ażeby ci, którzy oczerniają wasze dobre postępowanie w Chrystusie, doznali zawstydzenia właśnie przez to, co wam oszczerczo zarzucają”. (1 P 3,16)

 

3. Wieczne zwycięstwo i radość prześladowanych proroków. Przed przyjściem Jezusa na ziemię i w czasach po Jego śmierci, zmartwychwstaniu i wstąpieniu do nieba przez wieki Jego wierni uczniowie świadczyli o Nim. Każdy z nich miał wyznaczony przez Boga czas działania, kiedy wrogowie nie potrafili mu przeszkodzić. Przedstawia to Księga Apokalipsy w pełnym symboli tekście o dwóch świadkach. „Dwom moim Świadkom dam władzę, a będą prorokować obleczeni w wory, przez tysiąc dwieście sześćdziesiąt dni. Oni są dwoma drzewami oliwnymi i dwoma świecznikami, co stoją przed Panem ziemi. A jeśli kto chce ich skrzywdzić, ogień wychodzi z ich ust i pożera ich wrogów. Jeśliby zechciał ktokolwiek ich skrzywdzić, w ten sposób musi być zabity. Mają oni władzę zamknąć niebo, by deszcz nie zraszał dni ich prorokowania, i mają władzę nad wodami, by w krew je przemienić, i wszelką plagą uderzyć ziemię, ilekroć zechcą” (Ap 11,3-6).

Po spełnieniu swojego zadania, w czasie wyznaczonym przez Boga, wielu głosicieli słowa Bożego poniosło pozorną klęskę jak ta, której doznało „dwóch świadków” z Księgi Apokalipsy. Podzielili oni los Chrystusa, który został ukrzyżowany. „A gdy dopełnią swojego świadectwa, Bestia, która wychodzi z Czeluści, wyda im wojnę, zwycięży ich i zabije. A zwłoki ich (leżeć) będą na placu wielkiego miasta, które duchowo zwie się: Sodoma i Egipt, gdzie także ukrzyżowano ich Pana. I [wielu] spośród ludów, szczepów, języków i narodów przez trzy i pół dnia oglądają ich zwłoki, a zwłok ich nie zezwalają złożyć do grobu. Wobec nich mieszkańcy ziemi cieszą się i radują; i dary sobie nawzajem będą przesyłali, bo ci dwaj prorocy mieszkańcom ziemi zadali katuszy (Ap 11,7-10).

Radość z powodu pozornego uciszenia na zawsze świadków Boga żywego nie trwała jednak długo i zamieniła się w przerażenie. Wrogowie głosicieli Ewangelii zobaczyli nie ich klęskę, lecz swoją, gdyż zabici świadkowie Boga ożyli i zostali wzięci do nieba. „A po trzech i pół dniach duch życia z Boga w nich wstąpił i stanęli na nogi. A wielki strach padł na tych, co ich oglądali. Posłyszeli oni donośny głos z nieba do nich mówiący: Wstąpcie tutaj! I w obłoku wstąpili do nieba, a ich wrogowie ich zobaczyli. W owej godzinie nastąpiło wielkie trzęsienie ziemi i runęła dziesiąta część miasta, i skutkiem trzęsienia ziemi zginęło siedem tysięcy osób. A pozostali ulegli przerażeniu i oddali chwałę Bogu nieba. (Ap 11,11-13)

Powyższa symboliczna wizja przedstawia tych, którzy są błogosławieni z powodu prześladowań za czynione dobro, i tych, do których odnosi się Chrystusowe „biada”. Prześladowani będą się cieszyć na zawsze, prześladowców natomiast czeka wieczna męka, chyba że się nawrócą i oddadzą „chwałę Bogu nieba” (Ap 11,13). Nagrodę podobną do tej, którą otrzymali świadkowie z Księgi Apokalipsy, zdobędzie każdy z nas, jeśli stanie się świadkiem Jezusa. Na ziemi zetknie się z przeciwnościami, oporem, prześladowaniami, ale będzie na zawsze doznawać szczęścia w niebie.

 

4. Cierpiący z powodu popełnionego zła. Błogosławieni są ci, którzy cierpią dla Chrystusa, dla sprawiedliwości, „albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,10). Ale na świecie bardzo wielu cierpi nie dlatego, że wierzyli w Boga, że troszczyli się o sprawiedliwość, lecz – z powodu swoich grzechów, z powodu naruszenia sprawiedliwości, np. ktoś choruje z powodu pijaństwa, inny natomiast dostał się do więzienia za kradzieże, włamania, zabójstwa. Trudno powiedzieć, że ludzie ci cierpią z powodu wiary w Boga lub dla sprawiedliwości. Jednak również ich cierpienie może nabrać wartości. Stanie się tak, gdy z myślą o Bogu przyjmą je jako słuszną karę za swoje grzechy. Przykład dał nam nawrócony łotr, który został ukrzyżowany obok Jezusa. Upominał on drugiego złoczyńcę za to, że bluźni Jezusowi. Karcąc go, rzekł: „Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju” (Łk 23,40-43). Jezus obiecał nawróconemu przestępcy radość swojego królestwa. Obiecał mu, że będzie dzielił radość wszystkich błogosławionych. Stało się tak dlatego, że w swoim cierpieniu przyjął on łaskę, uznał z pokorą zło swoich grzechów i uwierzył w Jezusa i obiecane przez Niego królestwo. W swojej pokorze nie ośmielił się Go prosić o zbawienie. Poprosił Jezusa jedynie o to, by nie zapomniał o nim w swoim królestwie.

 

Błogosławieni cisi

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. (Mt 5,5)

1. Hałaśliwi i krzyczący nawet bez wypowiadania słów. Są ludzie, którzy ciągle przykuwają uwagę otoczenia do siebie. Często robią to przez mówienie o sobie, przechwalanie się. Ale równie często zwracają na siebie uwagę otoczenia bez wypowiadania słów. Są hałaśliwi i krzyczący nawet wtedy, gdy ich usta milczą. Krzyczą swoim ekstrawaganckim ubiorem, makijażem, gestami, zachowaniem. Nie wypowiadając żadnego słowa, jakby wołali bez przerwy: Patrzcie na mnie, podziwiajcie mnie, mówcie stale o mnie! Podziwiajcie moje piękno, moją inteligencję, wiedzę! Patrzcie, jak seksowną osobą jestem! Całym swoim sposobem bycia jakby stale krzyczeli, by zaznaczyć swoją obecność, swoją odmienność, swoją wyjątkowość.

Źródłem tego nieustannego słownego lub „niemego” krzyku i hałasu jest próżność. Wada ta wywołuje zachowania, które są robieniem hałasu wokół siebie, zaznaczaniem swojej osoby, słownym lub bezsłownym domaganiem się podziwu, adorowania, uwielbiania. Próżne osoby chcą „posiąść na własność ziemię” w bardzo specyficzny sposób. Pragną, by oczy wszystkich jej mieszkańców zwróciły się na nie. Przez swój rozgłos i sławę chcą być wszędzie, na całym świecie, w umysłach i sercach wszystkich ludzi. Pragną się tam wedrzeć.

Czy ludzie ci są szczęśliwi? Przez pewien czas może im się tak wydawać. Łudzą się, że są uwielbiani przez cały świat, i to sprawia im radość. Szybko jednak wyczuwają, że ich sława i zdobywanie świata nie może trwać długo. Zbyt wielu bowiem mają konkurentów. Rozgłos nie trwa bez końca. Przemija jak wszystko na tym świecie. Zamiast spodziewanej stałej radości z powodu sławy pojawia się nuda, rozgoryczenie, zniechęcenie, smutek. Spragnione podziwu i rozgłosu osoby zaczynają coraz wyraźniej rozumieć, że nie zdobyły ziemi i nie oczarowały wszystkich, że muszą odejść w cień, jak wielu innych przed nimi. Ci krzyczący całą swoją osobą i zachowaniem ludzie nie osiągnęli szczęścia, które Jezus obiecał cichym. Nie doszli do doskonałej radości tych błogosławionych, bo zamiast podążać drogą pokornej cichości, szli drogą próżności, która jest rodzajem pychy i egoizmu. A wady te zamiast radości rozbudzają dotkliwy głód wielkości, sławy, potęgi, znaczenia, podziwu itp. Ludzi dotknięci tymi formami egoizmu cierpią, bo nikt nie potrafi zaspokoić ich nienasyconego głodu.

 

2. Cicha miłość, która nie szuka hałaśliwie swego. Cisi to ludzie, którzy kochają miłością pełną spokoju, słodyczy, czułości, delikatności, miłością, która nie zna brutalnego krzyku zastraszania, znieważania, poniżania, upokarzania. Błogosławieni cisi nie zdobywają świata terrorem, przemocą i bronią, lecz miłością, która „nie szuka swego” (1 Kor 13,5), lecz dobra innych. Błogosławieni cisi podobni są w działaniu do Ducha Świętego, który działa w sposób potężny, a przy tym ukrywa się do tego stopnia, że duża część ludzkości nie wie nawet tego, że On istnieje.

 

3. Miłość cicha, bez krzykliwej pychy i próżności. Zamiast krzykliwego egoizmu, próżności, pychy, złości, Jezus zaleca swoim uczniom cichość. Nie chodzi o ciszę zewnętrzną, lecz przede wszystkim o cichość serca, umysłu, pragnień. Tą cichością jest pełna pokoju i pokorna miłość. Błogosławieni cisi to ludzie o sercach ogarniętych miłością, która „pychą się nie unosi” i „nie szuka poklasku” (por. 1 Kor 13,4). Błogosławiona cichość jest przeciwieństwem krzykliwej próżności i pychy, pobudzającej człowieka do robienia wielkiego hałasu wokół swojej osoby.

 

4. Miłość cicha, bez zniecierpliwienia. Błogosławieni cisi kochają miłością stałą, wierną, łaskawą czystą i cierpliwą (por. 1 Kor 13,4). Ich cierpliwość jest pewnym rodzajem cichości. Kto bowiem kocha miłością cierpliwą, ten nie ulega naruszającej cichość niecierpliwości i gorączkowości. Kocha miłością podobną do miłości Boga – miłością, która swoim spokojem rodzi pokój w sercu miłującego człowieka i w jego otoczeniu.

 

5. Cichość miłości, która nie ulega burzy pożądliwości. Nie odznacza się cichością człowiek, którego życie polega na zaspokajaniu swoich namiętności. One w nim „krzyczą”, domagają się zaspokojenia. Jednak miłość nie jest ani namiętnością, ani zaspokajaniem swoich pożądliwości. Cichość jest miłością, która – jak mówi św. Paweł – „nie dopuszcza się bezwstydu” (1 Kor 13,5). Bezwstyd to uleganie burzy pożądliwości, które swoją gwałtownością przeciwstawiają się błogosławionej cichości. Człowiek kochający prawdziwie nie kieruje się namiętnościami, lecz dobrem drugiej osoby. I to sprowadza na niego błogosławiony pokój. Tego pokoju nie znają ci, którzy – nie licząc się z nikim i niczym – depczą prawo Boże i swoim zwierzęcym sposobem życia krzywdzą innych.

 

6. Cichość nie zna zgiełku zazdrości. Cicha miłość nie zna wewnętrznego hałasu, wywoływanego przez zazdrość. Grzech ten to jakby ciągłe wewnętrzne okrzyki: Zobacz, co mają inni, a czego ty nie masz! Zobacz, jak są bogaci! Spójrz, jak są szczęśliwi, zdrowi, piękni, bez trosk i zmartwień! A ty co masz?! Zgiełk zazdrości trwa najpierw w umyśle i w sercu, a potem przejawia się również na zewnętrz w nieżyczliwym mówieniu, obmawianiu, krytykowaniu, rzucaniu oszczerstw, narzekaniu. Zazdrość może skłonić także do złych działań, takich jak kradzież, niszczenie, a nawet zabójstwo.  Hałas zazdrości, przeciwny błogosławionej cichości, usiłuje stłumić miłość. Próbuje zdmuchnąć jej płomień i zastąpić go innym ogniem: ogniem  niechęci, nieżyczliwości, nienawiści. Zazdroszczący człowiek nie jest szczęśliwy, czyli błogosławiony. Zamiast radości, która łączy się z życzliwą i łaskawą miłością, trwa w nim smutek i rozgoryczenie. Smutek ten pojawia się lub pogłębia za każdym razem, kiedy zazdrosna osoba dostrzega coś, co sprawia radość bliźnim.

 

7. Cichość bez hałasu złości. Miłość błogosławionych cichych „nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego" (1 Kor. 13.5), Błogosławieni cisi to ludzie, w których wzburzenie, złość, pragnienie zemsty nie niszczy miłości do Boga i do bliźnich. Nie poddają się złości, która chce krzyczeć, znieważać i mścić się. Kiedy błogosławionych cichych dotyka niesprawiedliwe cierpienie, nie buntują się przeciw Bogu, bo wiedzą, że niesprawiedliwość nie pochodzi od Niego. Nie ulegają szatanowi, który namawia ludzi do zadawania sobie wzajemnie cierpienia – okrutnego i wyrafinowanego – a potem podsuwa im myśl, że to Bóg jest wszystkiemu winien, bo taki świat stworzył. Łagodność i spokój przynosi błogosławieństwo radości, złość natomiast i dążenie do zemsty wywołuje stały niepokój.

 

8. Cichość nienaruszona przez rozpamiętywanie doznanych krzywd. Miłość „nie pamięta złego” (1 Kor. 13.5), dlatego nie zatruwa ciągłym wspominaniem doznanych krzywd. Nie pozwala się zagłuszyć tymi wspomnieniami, podobnymi do hałasu, który unicestwia ciszę. Miłość pobudza do przebaczenia, które przynosi pokój duchowy. To przebaczenie łagodzi smutne wspomnienia, a jeśli nadal się pojawiają, to cicha miłość skłania do znalezienia odpoczynku i umocnienia w przebaczającym sercu Boga.

 

9. Cichość niezamącona narzekaniem. Nie ma błogosławionej cichości w sercu człowieka, który ciągle na coś narzeka. A narzekać można nie tylko ustami. Często hałas narzekań wznosi się w umyśle i sercu nawet wtedy, gdy usta milczą. Już on niszczy błogosławioną cichość, pokój i radość. Im większe niezadowolenie, tym większe narzekanie na Boga, na ludzi, na politykę, na ekonomię, na wszystko. Tylko wdzięczność wobec Boga i ludzi może uspokoić ten hałas narzekań i wprowadzić błogosławioną cichość. Wdzięczność idzie w parze z radością i spokojem wewnętrznym. Tam gdzie jest wdzięczność, nie ma rozżalenia, pretensji, narzekań, buntu. Nie ma też smutku. Jest tylko błogosławiona radość. Gdybyśmy uważnie i z miłością rozglądnęli się wokół siebie, to zauważylibyśmy, że ogromna ilość ludzi ma znacznie więcej powodów do narzekań niż my. Jeśli nie narzekają, to trwają w pokoju. Jeśli natomiast ich serce pełne jest narzekań i pretensji, to żyją bez radości, w stałym zgorzknieniu, smutku. Nie są więc błogosławieni cichymi, których napełnia pochodząca od Ducha Świętego radość i pokój (por. Ga 5,22).

 

10. Żądza bogactwa przeciwna cichości. Również gorączka posiadania zalicza się to tego zgiełku duchowego, który pozbawia serce błogosławionej cichości. Najpierw usuwa ją gorączkowe szukanie bogactwa, pieniędzy, złota, klejnotów, dzieł sztuki i innych wartościowych przedmiotów. Potem cichość ginie w gorączkowym zabezpieczaniu tego, co już się zdobyło – przed kradzieżą, inflacją i innymi zagrożeniami. Wielu bogatych ludzi myśli, że dzielenie się z biedniejszymi od siebie najbardziej zagraża wzbogaceniu się. Dlatego trzymają wszystko gorączkowo w swoich rękach, niczym z nikim się nie dzielą. Ta forma chciwości najbardziej niszczy miłość i połączoną z nią radość. Św. Jakub w ostrych słowach ostrzega chciwych bogaczy przed opłakanymi dla nich skutkami ich egoizmu i zamknięcia serca na biednych. Pisze: „A teraz wy, bogacze, zapłaczcie wśród narzekań na utrapienia, jakie was czekają. Bogactwo wasze zbutwiało, szaty wasze stały się żerem dla moli, złoto wasze i srebro zardzewiało, a rdza ich będzie świadectwem przeciw wam i toczyć będzie ciała wasze niby ogień. Zebraliście w dniach ostatecznych skarby. Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów. Żyliście beztrosko na ziemi i wśród dostatków tuczyliście serca wasze w dniu rzezi. Potępiliście i zabili sprawiedliwego: nie stawia wam oporu” (Jk 5,1-6). Tak się dzieje zawsze, że chciwość, egoizm, nieuczciwości, a nawet zbrodnie wywołane przez gorączkę posiadania jak najwięcej zamiast spodziewanego szczęścia przynoszą smutek. Tylko miłość do Boga i do ludzi prowadzi do pełnego i wiecznego szczęścia.

 

11. Cichość rodząca się z zaufania Bogu. Miłość – jak pisze św. Paweł – wszystko „znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13,7). Znosi, wierzy, przetrzymuje, bo pokłada nadzieję w tym „Wszystkim”, którym jest Bóg. To w Niego wierzy, Jemu ufa i dlatego „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy”, „wszystko przetrzyma”. Człowiek pokładający w Bogu nadzieję dochodzi do cichości, do pokoju wewnętrznego, bo wie, że wszechmocny Pan z każdego zła może wyciągnąć większe dobro. Dzięki Jego pomocy największy prześladowcą, podobny do Szawła, może się stać świętym i gorliwym Pawłem, a każda Magdalena grzesznica – Magdaleną świętą. Ta nadzieja rodzi pokój wewnętrzny – „cichość”. Z wiarą w Boga i z nadzieją w Nim pokładaną można patrzeć ze spokojem nawet na to, co mogłoby niepokoić i doprowadzać do rozpaczy. Wiara w miłosiernego i wszechmogącego Boga oraz pokładanie w Nim ufności prowadzi do błogosławionej cichości.

 

12. Pełna cichości miłość nigdy nie ustaje. Prawdziwej cichej miłości grożą nie tylko wewnętrzne egoistyczne „wrzaski-pożądliwości” takie jak: pycha, próżność, zazdrość, nieczystość, złość, chciwość, rozleniwienie, gorączkowe gonienie za przyjemnościami itp. Zasadzką na nią jest również złe traktowanie przez innych ludzi, takie jak poniżanie, wykorzystywanie, znieważanie, zadawanie bólu fizycznego i duchowego, prześladowanie. Jednak rozbudzona przez Boga cicha miłość nie tylko nie pozwala się zagłuszyć przez te zewnętrzne „hałasy”, lecz pośród nich się jeszcze bardziej umacnia. „Miłość nigdy nie ustaje” (por. 1 Kor 13,8) – nawet wtedy, gdy zamiast wzajemności spotyka niechęć, nienawiść, złość i prześladowania. Cisi – nawet wtedy, gdy giną pod ciosami prześladowców – nie przeklinają ich, lecz swoje cierpienia i śmierć składają w ofierze za swoich katów, aby się nawrócili i uniknęli dzięki temu potępienia. Ich miłość nie zna krzyku nienawiści. Tylko Bogu przedstawiają swoje cierpienia, troski i prośby. Na Jego sercu składają swoje udręki, bo to nie narusza błogosławionej cichości, a pozwala łatwiej znosić cierpienia.

 

13. Cisi ziemię posiądą na własność. „Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.” (Mt 5,5) Tą ziemią jest wieczne niebo – nowa ziemia obiecana. Tam znajdą pełne szczęście, które nigdy nie przeminie. Posiądą obiecaną im ziemię na własność. Znaczy to, że nikt im jej nie odbierze. Nie zostanie ona im pożyczona, oddana w dzierżawę, którą trzeba będzie kiedyś zwrócić, lecz darowana na własność. Niebo będzie więc dla cichych zbawionych nagrodą udzieloną im przez Boga na wieczność.

Ludzie podążający drogą pokornej cichości w pewnym sensie zdobywają także tę ziemię, na której mieszkają. Wielu z nich ogłoszono w Kościele błogosławionymi i świętymi. Wspomina się ich w liturgii, stawia za wzór do naśladowania. Zdobywają oni ziemię, którą są ludzkie serca. Sława, której błogosławieni cisi nigdy nie szukali, jest bez porównania większa i bardziej trwała niż ta, którą zdobywają osoby próżne lub zaborcy ziem, wywołujący wojny. Sława ludzi próżnych szybko przemija, a zagarniętych ziem nikt nie zabiera ze sobą do wieczności. Szybko zostaje im odebrane to, co zdobyli. Cisi natomiast dochodzą nawet do tego, czego nie szukali w swojej bezinteresownej miłości, która nie szuka swego i nie unosi się pychą (por. 1 Kor 13,4-5). Bóg ich obficie wynagrodził, bo wyzbyli się krzykliwego egoizmu, a przyoblekli się w Chrystusa (por. Rz 13,14), aby tak jak On kochać bezinteresownie, miłością głęboką i autentyczną. Zostali obdarowani ponad miarę i na zawsze, bo zaufali Bogu, Jego opatrzności.

 

14. Maryja przykładem błogosławionej cichości. Jeśli chcemy znaleźć przykład życia opartego na błogosławieństwach, to popatrzmy na Niepokalaną Matkę Najświętszą. Ona jest Tą ubogą w duchu, której największym skarbem był Bóg. Ona zalicza się do tych smucących się i płaczących, którzy znaleźli w Bogu pociechę. Ona cierpiała głód sprawiedliwości i została nasycona. Cała Jej postać to obraz ewangelicznej pokory i cichości. Jakże mało rzuca się w oczy na kartach Pisma Świętego! Czytając je, wiele wiadomości można zdobyć o Apostołach, o św. Pawle. O Maryi – niewiele. A jednak Jej cicha i pokorna miłość zaprowadziła Ją na wyżyny niebios. To Ona stała się wzniosłym przykładem życia chrześcijańskiego dla wszystkich. Ona zdobyła na własność ziemię, którą jest niebo. Zdobyła również tę ziemię, którą są serca ludzkie. Swoją dobrocią, serdecznością, cichością i miłością zdobyła je. Jednak nie dla siebie, lecz dla Boga. Niczego bowiem w swojej cichości nie pragnęła i nie pragnie dla siebie. Chce tylko tego, by Ojciec odzyskał swoich marnotrawnych synów, a Jezus –swoich braci, którzy zapomnieli o Nim, albo jeszcze nie poznali Jego imienia i nie zrozumieli, że tylko w Nim mogą osiągnąć zbawienie. On bowiem jest bramą – bramą nieba. Jeżeli ktoś wejdzie przez tę bramę, czyli przez Niego, będzie zbawiony (por. J 10,9).

Błogosławieni czystego serca

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. (Mt 5,8)

1. Złudna i prawdziwa kontemplacja Boga. Aby doznać błogosławionej radości kontemplowania Boga, nie wystarczą jakieś techniki medytacji, połączone z uregulowanym oddechem, pozycją ciała itp. Kontemplowanie Boga na ziemi i w wieczności jest Jego darem. O tę łaskę powinniśmy prosić i współpracować z nią. Ta współpraca nie polega na doskonaleniu medytacji przez jakieś pozycje i czynności ciała, lecz na wysiłku dochodzenia do czystości serca. „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.” (Mt 5,8) Czystość serca to miłość doskonała, podobna do czystego złota. Złoto jest czyste, gdy nie ma w nim domieszek innych metali, a miłość jest czysta, gdy nie łączy się z żadną formą egoizmu. Zanieczyszczający miłość egoizm przyjmuje zawsze jedną z form tzw. grzechów głównych. Są nimi: pycha, chciwość, zazdrość, gniew, nieczystość, brak umiaru w jedzeniu i piciu, lenistwo, zwłaszcza duchowe. (por. Katechizm Kościoła Katolickiego 1867). Wyzwalanie się z tych grzechów prowadzi do powiększania się czystości serca i coraz bardziej otwiera oczy duszy na zauważanie Boga i kontemplowanie Go według daru Jego łaski.

 

2. Ludzie czystego serca Boga oglądać będą. Wszyscy kochający miłością czystą, całkowicie uwolnioną od egoizmu, będą oglądać Boga w niebie twarzą w twarz. To przyniesie im szczęście. Jednak ludzie czystego serca w różnym stopniu dostrzegają Boga już teraz, na ziemi. Jeśli ktoś ma serce miłujące Boga i bliźnich, to zauważa odzwierciedlenie mądrego, dobrego i pięknego Stwórcy w stworzeniach. Dostrzega obraz i podobieństwo Boga w człowieku. Jeśli jednak czystość serca została zanieczyszczona przez pychę, złość, zazdrość i inne grzechy główne, to człowiek przestaje zauważać obecne wszędzie ślady Boga. Nie widzi ich, bo nie koncentruje się na nich. Bóg go nie interesuje. Całą jego uwagę przyciąga wielkość, sława, bogactwo, przyjemności, rozrywki.

Człowiek o sercu kochającym miłością czystą widzi Jezusa w cierpiących ludziach. Nie tylko Go dostrzega, ale udziela Mu pomocy, bo jego kochające serce nie pozwala mu przejść obojętnie obok ubogiego brata głodnego, bez dachu nad głową, bez odzienia, uwięzionego, chorego, słabego, płaczącego (por. Mt 25,31-46) Jeśli ktoś nie ma serca kochającego głęboką i czystą miłością, to nie tylko nie zauważy Chrystusa w cierpiących braciach i siostrach, ale nawet nie dostrzeże ich bólu i łez. Nie zauważy ich udręk z powodu swojego egoizmu, który otwiera oczy tylko na swoje potrzeby, a zamyka je, by nie widziały takich samych potrzeb bliźnich. Czyste serce to serce otwarte przez miłość, natomiast serce nieczyste to takie, które egoizm zamknął na innych.

 

3. Bóg zasłonięty przez pychę, będącą nieczystością serca.  Św. Paweł opisuje tragedię ludzi, których pycha doprowadziła do utraty czystości serca. Z powodu zarozumiałego przekonania o swojej mądrości zaprzestali oddawania czci Bogu, którego można poznać patrząc z otwartym sercem na otaczający nas świat. „To bowiem, co o Bogu można poznać, jawne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy. (Rz 1,19-20) Winą tą była ich pycha. Ona pozbawiła czystości ich umysły i serca. Spowodowała, że nie odnieśli się do Stwórcy wszystkiego z należną miłością i czcią. Choć „Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce.” (Rz 1,21)

Brak wdzięczności i szacunku dla Boga prawdziwego doprowadził tych ludzi do kompletnego zaślepienia. Odwrócili się od jedynego Stwórcy i zwrócili się do stworzeń, które zaczęli uważać za bogów i oddawać im boską cześć. Popadli w głupotę bałwochwalstwa, ciągle uważając się za bardzo inteligentnych. „Podając się za mądrych stali się głupimi” – stwierdza św. Paweł. „I zamienili chwałę niezniszczalnego Boga na podobizny i obrazy śmiertelnego człowieka, ptaków, czworonożnych zwierząt i płazów. (Rz 1,22-23) „Prawdę Bożą przemienili oni w kłamstwo i stworzeniu oddawali cześć, i służyli jemu zamiast służyć Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki. Amen. (Rz 1,25)

Nie tylko bezsensowne bałwochwalstwo było następstwem odwrócenia się od Boga z powodu braku pokory. Stało się jeszcze coś innego, równie złego: człowiek zaczął się zachowywać w sposób sprzeczny z prawami ustanowionymi przez Boga. Św. Paweł w bardzo ostrych słowach opisuje zdeprawowanie się ludzi, którzy odwrócił się od Boga i Jego praw. Spotkało ich to, czego chcieli: stali się niewolnikami swoich namiętności. To one – zamiast Bożych praw – stały się zasadami postępowania. „Dlatego to – jak pisze św. Paweł – wydał ich Bóg poprzez pożądanie ich serc na łup nieczystości, tak iż dopuszczali się bezczeszczenia własnych ciał (...); „na pastwę bezczeszczących namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi. Pełni są też wszelakiej nieprawości, przewrotności, chciwości, niegodziwości. Oddani zazdrości, zabójstwu, waśniom, podstępowi, złośliwości; potwarcy, oszczercy, nienawidzący Boga, zuchwali, pyszni, chełpliwi, w tym, co złe – pomysłowi, rodzicom nieposłuszni, bezrozumni, niestali, bez serca, bez litości. Oni to, mimo że dobrze znają wyrok Boży, iż ci, którzy się takich czynów dopuszczają, winni są śmierci, nie tylko je popełniają, ale nadto chwalą tych, którzy to czynią.” (Rz 1,24-32)

Z człowiekiem dzieje się więc tak: albo zachowuje czystość umysłu i serca przez pokorę wobec Boga i Jego praw, albo z powodu pychy odwraca się od Niego i lekceważy ustanowiony przez Niego porządek moralny. W pierwszym wypadku staje się błogosławionym czystego serca, który dostrzega w stworzeniach odzwierciedlenie Stwórcy, Jego potęgi, piękna  i mądrości. Zachowuje Jego prawo i dzięki temu znajduje radość i pokój sumienia. W drugim wypadku traci czystość spojrzenia i nie zauważa już Stwórcy, a ustanowionymi przez Niego prawami gardzi. Pozbawia się przez to tej błogosławionej radości, którą znajdują ludzie czystego serca. Radość tę może osiągnąć ponownie, jeśli porzuci swoją pychę i zacznie szukać światła u Boga, przez modlitwę i rozważanie Jego słowa.

 

4. Łaska doświadczania obecności Boga. Oprócz poznawania Boga za pośrednictwem stworzeń może On udzielać na ziemi łaski jakiegoś wyjątkowego doświadczenia Jego obecności. Przykładem może być Mojżesz, któremu Bóg objawił się w krzewie gorejącym (Wj 3,1-4,17), a potem na górze Synaj, gdzie dał swoje przykazania (Wj 20,1-17). I dzisiaj udziela On wielu ludziom daru doświadczania Jego obecności. „Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas. Bo w nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,27-28). Jezus Chrystus zmartwychwstały, prawdziwy Bóg i człowiek, żyje pośród nas. Ciągle jest obecny przy każdym z nas, towarzyszy nam. Odkryjemy Jego stałą obecność przy nas i miłość, jeśli nie będziemy odwracać od Niego naszego spojrzenia wiary, patrząc ustawicznie na to, co zanieczyszcza nasze serce i umysł: żądza wielkości, sławy, bogactw, egoistycznych przyjemności itp.

 

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. (Mt 5,9)

1. Nie zadręczać bliźnich, lecz wprowadzać pokój. Błogosławieni, czyli szczęśliwi są tylko ci, którzy wprowadzają pokój – czynami, słowami, swoim sposobem bycia. Chodzi o wprowadzanie pokoju, który jest przeciwieństwem wojny, i pokoju duchowego, który jest przeciwieństwem wewnętrznego niepokoju, lęku, obaw.

Każdy człowiek nosi w swoim sercu różne troski i niepokoje. Uczeń Chrystusa, idący za Jego wskazaniami, powinien je usuwać lub przynajmniej zmniejszać. Nie powinien ich w żaden sposób wywoływać lub wzmagać, np. zastraszaniem, szantażowaniem, groźbami itp. Nie powinien też powiększać różnych niepokojów i obaw bliźnich swoim narzekaniem, krytykowaniem, mówieniem tylko o rzeczach złych, gdyż byłoby to brakiem miłości. Ten częsty, niestety, sposób przeprowadzania rozmów bardzo niepokoi i powiększa różne lęki o przyszłość.

Bylibyśmy tymi błogosławionymi, którzy wprowadzają pokój, gdybyśmy zainteresowali się niepokojami naszych bliźnich. Lepiej byłoby ich wysłuchać, wyrazić swoje współczucie, niż pogrążać ich w jeszcze większym niepokoju swoim mówieniem, krytykowaniem, czarnym malowaniem przyszłości, wprowadzaniem poczucia beznadziejności.

Ci, którzy nie są narzędziami pokoju lecz niepokoju, nie tylko burzą pokój w sercach bliźnich, lecz także w sobie. Ani my, ani nasi rozmówcy nie uspokajają się wewnętrznie po zarzuceniu ich przez nas potokiem słów, będących narzekaniem na wszystkich i na wszystko. Błogosławieni wprowadzający pokój to ludzie, którzy rozbudzają w otoczeniu nadzieję opartą na wierze w opatrzność Bożą, w opiekę Boga, Jego miłość, miłosierdzie i wszechmoc. Ci zasługują na nazwę synów Bożych, bo zachowują się tak jak Bóg, który jest Bogiem pokoju (por. Rz 15,33; 16,20; 1 Kor 14,33; 2 Kor 13,11; Flp 4,9; 1 Tes 5,23; 2 Tes 3,16; Hbr 13,20).

 

2. W Bogu szukać pokoju. Aby spotykanych bliźnich napełniać pokojem, trzeba samemu szukać uspokojenia swojego ducha w Bogu. Musimy uspokoić swoje serce przy sercu Jezusa. On bowiem jest prawdziwym błogosławionym Synem Bożym, który wprowadza pokój. Przynosi nam pokój, którego świat nie potrafi nam dać. Zapewnił nas o tym słowami: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję”. (J 14,27) O tym, że świat pokoju nie daje, można się przekonać śledząc codzienne wiadomości. Zwykle rozbudzają one lęk, niepokój, bo pokazują jedynie zło, nienawiść, niezadowolenie, wzburzenie, zbrodnie, wojny, kryzysy ekonomiczne. Pokazują dzieła diabła i ludzi, którzy z nim współdziałają. Trudno po takiej dawce niepokojących wiadomości trwać w duchowym spokoju. Aby odzyskać pokój serca, trzeba powrócić myślami do Boga, pomyśleć o Jego opatrzności, o Jego potędze i miłości. W Jego ręce trzeba oddać to, co rozbudziło niepokój, i ludzi niepewnych swego jutra, którzy żyją w niepokoju, zagrożeni wojnami, głodem, bezrobociem, chorobami. Trzeba też mieć nadzieję, że Bóg usunie dzieła szatana i zastąpi je dobrem, jak o tym zapewnił nas przez św. Pawła: „Bóg zaś pokoju zetrze wkrótce szatana pod waszymi stopami. Łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa niech będzie z wami!” (Rz 16,20)

 

3. Nie szukać pokoju tam, gdzie znaleźć go nie można. Wielką pomyłką – bardzo powszechną – jest szukanie radości i pokoju poza Bogiem, zwłaszcza w bogactwie lub w wywyższaniu siebie. Szybko się okazuje, że zawodzi to, co miało zapewnić życie w pokoju. „Zaiste, bogactwo oszukuje; a człowiek pyszny nie zazna spokoju: traci rozsądek i spokój; gardziel szeroko rozwiera jak Szeol i jak śmierć nigdy nie jest nasycony; choć zebrał ludy wszystkie wokół siebie, wszystkie narody przy sobie połączył.” (Ha 2,5) Jeśli więc chcemy znaleźć trwały pokój i rozszerzać go na ludzkie serca, trzeba nam trwać przed Bogiem miłości i pokoju, w Niego się wpatrywać i Jemu ciągle za wszystko dziękować. W przeciwieństwie do rzeczy, ludzi, świata Bóg nigdy nie zawodzi. Zapewnia nas o tym przez usta proroka Izajasza. „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą.” (Iz 54,10) „Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie zamyślam co do was – wyrocznia Pana – zamiarów pełnych pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie.” (Jer 29,11)

 

4. Bóg usuwa niepokój sumienia. Częstym  źródłem niepokoju wewnętrznego jest sumienie. Ono bowiem oskarża nas, gdy życie nie pokrywa się z zasadami, które przyjęliśmy. Ponieważ nikt w pełni nie żyje zgodnie z sumieniem, dlatego niepokój jest czymś powszechnym. Tylko Bóg potrafi nas uwolnić od tego niepokoju, jak mówi św. Jan: „A jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko”. (1 J 3,20) Bóg większy jest niż sumienie-serce, bo gdy ono nas niepokoi, to On przez swojej przebaczenie przynosi nam pokój. Uwalnia nas od niepokoju, gdy idziemy do Niego ze skruchą. W swoim miłosierdziu – tak jak dobry ojciec z przypowieści Jezusa o synu marnotrawnym (por. Łk 15,11-32) – przyjmuje nas i przygarnia do swojego Boskiego serca. Daje nam pokój. Tego pokoju doznają ci, którzy szczerze szukają Bożego miłosierdzia w sakramencie spowiedzi św. Po przystąpieniu do niego z poczuciem grzeszności i pragnieniem poprawy odczuwają pokój i radość. Kto pragnie żyć w pokoju, ten nie powinien z tego sakramentu czynić czegoś bardzo rzadkiego w swoim życiu. Nie powinien mówić: „Nie mam się z czego spowiadać”, bo takie usprawiedliwianie siebie z pewnością pokoju nie przynosi. Człowiek, który mówi, że nie ma się z czego spowiadać, daje złe świadectwo o sobie. Ujawnia bowiem swoimi słowami to, że nie ma odwagi w całej prawdzie popatrzeć na siebie, oraz to, że nie posiada żadnych wzniosłych ideałów moralnych. Gdyby bowiem pragnął  prawdziwej świętości, gdyby chciał żyć tak, jak tego wymaga Chrystus, nie mówiłby nigdy, że nie ma się z czego spowiadać. Podobnie złe świadectwo o sobie wydaje człowiek, który mówi, że jest grzesznikiem, ale tak nie myśli.

 

5. Potrzeba nam pomocy Ducha Świętego, aby być narzędziami pokoju.  Będziemy rozsiewać wokół siebie pokój, jeśli pozwolimy, by Duch Święty napełnił nas swoimi owocami. Do tych owoców zalicza się „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie”. (Ga 5,22-23) Można się zastanawiać, który z tych owoców ujawnia się najbardziej w moim sposobie bycia, w mówieniu i myśleniu, a którego najbardziej mi brakuje. Jeśli będziemy robić taki rachunek sumienia, to pozwolimy wzrastać w sobie wszystkim darom Ducha Świętego, które bardzo są potrzebne do budowania pokoju.

Ojciec Raniero Cantalamessa zwrócił uwagę na różnicę między przygotowaniami do wojny i przygotowaniami do budowania pokoju duchowego. Wojny wymagają długich i kosztownych przygotowań, zbrojenia się, szukania sojuszników. Bez tych przygotowań z góry grozi niepowodzenie. O wiele łatwiejsze jest wprowadzanie duchowego pokoju. Wystarczy uścisk dłoni, uśmiech, życzliwe słowo, wysłuchanie kogoś, wsparcie finansowe naszych bliźnich, którym nawet na chleb nie wystarcza pieniędzy. Wnosi pokój okazywanie innym współczucia. Zachęca nas do tego św. Paweł słowami: „Weselcie się z tymi, którzy się weselą. Płaczcie z tymi, którzy płaczą. Bądźcie zgodni we wzajemnych uczuciach”. (Rz 12,15-16) Aby „walczyć” o pokój, trzeba się wyposażyć w jedyną broń: w owoce Ducha Świętego, których On udziela chętnie i zupełnie za darmo.

 

6. Niepokoić z wielkim wyczuciem. Słowa Chrystusa: „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój” (Mt 5,9), zachęcają nas do tworzenia wokół siebie atmosfery radości i pokoju. Jednak nieraz musimy nieco zaniepokoić swoje dzieci, naszych bliźnich, nasze otoczenie. Ma to miejsce wtedy, gdy zachęcamy ich do doskonalszego życia niż to, jakie prowadzą. Upomnienie konieczne jest zwłaszcza wtedy, gdy ktoś przez swoje grzechy i brak skruchy zagraża swojemu zbawieniu. Miłość wymaga tego, by przez upomnienie pomóc bliźniemu dostrzec swoje błędy i się od nich odwrócić.  Upominanie nie jest przyjemne ani dla tego, do którego jest skierowane, ani dla osoby upominającej. Jest ono pewnym rodzajem słów krytycznych, które wnoszą niepokój odnoszący się sposobu życia. Ten twórczy niepokój jest jednak potrzebny. Jeśli bowiem ktoś ani razu nie zaniepokoi się stanem swojej duszy, może ją zrujnować i nie osiągnąć życia wiecznego. Dlatego nieraz musimy pomóc bliźniemu, upominając go, wywołując w nim niepokój. Wymaga tego ta sama miłość, która wolałaby tylko uspokajać, szerzyć pokój i radość.

Jeśli musimy upomnieć bliźniego, to trzeba to uczynić z wielkim wyczuciem, bez zbędnego zawstydzania i upokarzania go. Powinniśmy mu powiedzieć nie to, co według nas lecz według Jezusa powinien poprawić w swoim życiu, jak mógłby się do Niego upodobnić w myśleniu, mówieniu i postępowaniu. Do doskonalenia życia bardziej zachęca pochwała za jakieś prawdziwe uczynione dobro niż zawstydzanie bliźniego, częste wytykanie mu różnych braków, wad, grzechów, niedoskonałości. Jeśli więc upominamy kogoś, to warto upomnienie połączyć z pochwałą za jakieś dobro, które czyni lub kiedyś czynił. Dobrze byłoby też przed rozmową z bliźnim zastanowić się nad tym, jakiego sposobu upomnienia sami oczekiwalibyśmy od innych, a jakiego wolelibyśmy nie słyszeć; w jakiej formie byłoby ono dla nas najłatwiejsze do przyjęcia, a w jakiej postaci najbardziej by nas bolało. Jeśli przed rozmową z drugą osobą poprosimy Ducha Świętego o pomoc, to podsunie nam najodpowiedniejszy sposób porozmawiania z nią o udoskonaleniu jej życia.

 

7. Wdzięczność i nadzieja przynosi pokój. Aby osiągnięć duchowy pokój, potrzebna jest nam wdzięczność i nadzieja. Te dwa dary są jakby odtrutką dla naszego ducha, który bez nich popada w smutek, rozgoryczenie i niepokój. Cnota wdzięczności nie pozwala nam koncentrować się na tym, czego nie mamy, czego nam brakuje, lecz na tym, co otrzymaliśmy. Dlatego rozbudza radość i pokój. Podobne zadanie spełnia nadzieja. Pozwala nam patrzeć ufnie w przyszłość nawet wtedy, kiedy teraźniejszość napełniona jest rzeczami bolesnymi. Jeśli chcemy wprowadzać pokój, powinniśmy napełnić swoje serca wdzięcznością i żyć nadzieją na to, co Bóg nam przygotował. Tego samego mamy uczyć naszych bliźnich, aby i oni trwali w klimacie duchowego pokoju.

Nie możemy dopuścić do tego, by zniechęcenie usunęło ten pokój, a krzyk rozpaczy –radosne uwielbianie Boga. W trosce o naszą radość i pokój duchowy św. Paweł radzi nam: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was”. (1 Tes 5,18) I życzy nam: „A Bóg, [dawca] nadziei, niech wam udzieli pełni radości i pokoju w wierze, abyście przez moc Ducha Świętego byli bogaci w nadzieję”. (Rz 15,13) „A sam Pan pokoju niech was obdarzy pokojem zawsze i na wszelki sposób! Pan niech będzie z wami wszystkimi!” (2 Tes 3,16).

 

8. Czczenie Boga, który jest miłością, buduje pokój. Wprowadzanie pokoju to ważne i pilne zadanie, bo od zarania ludzkości aż po czasy obecne kłótnie między ludźmi i wojny stale się pojawiają. Skąd to wszystko? Z kierowania się w życiu nie Bożym prawem, lecz swoimi żądzami – odpowiada św. Jakub. Pisze on: „Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć. Prowadzicie walki i kłótnie, a nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie. Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz.” (Jk 4,1-3)

Gdybyśmy my i inni ludzie stale trwali przed prawdziwym Bogiem-Miłością, gdybyśmy z Nim rozmawiali – a nie z wymyślonymi przez nas samych bogami – to w nas i w świecie pojawiłby się pokój. Ponieważ jednak nie w Niego, lecz w nasze żądze się wsłuchujemy, znika pokój z naszych serc i w kontaktach z bliźnimi. Zamiast pokoju pojawiają się kłótnie, zatargi i wojny. Nawet zabija się bliźnich sądząc, że Bogu oddaje się przysługę. Wszyscy potrzebujemy jednego: czcić Boga, który jest miłością, przez naśladowanie Jego miłości do wszystkich ludzi. „Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.” (1 J 4,8)

Zjednoczenie z Bogiem-Miłością przez Komunię św. i przez inne sakramenty, modlitwa zanoszona do tego jedynego Boga zaowocuje pokojem. Ustaną kłótnie i wojny. Jednak nie znikną one, dopóki różne odłamy chrześcijan będą gorszyć i ośmieszać chrześcijaństwo przez uparte trwanie przy „swoich prawdziwych Chrystusach”, a wyznawcy innych religii – przy „swoich jedynie prawdziwych bogach”. Wszyscy, chrześcijanie i niechrześcijanie, potrzebujemy nawrócenia się do Boga, który jest miłością. Wszyscy potrzebujemy kierowania się w życiu miłością, aby znać i czcić nie wymyślonego przez siebie boga, lecz Boga prawdziwego. Jeśli wszystkich ludzi uznamy za równych nam braci i siostry, jeśli zaczniemy wszystkich miłować, to żądze przestaną kierować naszym myśleniem, mówieniem i postępowaniem. Wtedy w nas i w świecie zapanuje pokój.

 

9. Gaszenie Ducha miłości nie wprowadza pokoju. Duch Święty rozbudza radość i pokój (por. Ga 2,22). Znikają te dwa wielkie Jego dary, gdy zaczyna się „gasić Ducha”. Przestrzega przed tym złym działaniem św. Paweł mówiąc: „Ducha nie gaście” (1 Tes 5,19). To „gaszenie” polega na tłumieniu działania Ducha Świętego w sobie lub w innych ludziach. „Gasi Ducha” przede wszystkim ten, kto zdmuchuje w sobie lub w bliźnich płomień miłości Bożej, którą Duch Święty rozlewa w naszych sercach (por. Rz 5,5) i pielęgnuje, aby jej ogień nigdy nie zgasł. My jednak potrafimy ten płomień zdmuchnąć podmuchem egoizmu. Przede wszystkim w sobie, gdy świadomie i dobrowolnie koncentrujemy się na swojej osobie, a na bliźnich się zamykamy. Potrafimy też działać w sposób, który może innych zniechęcać do kierowania się bezinteresowną miłością. Czynimy to wtedy, gdy swoimi złymi radami, swoim egoistycznym i konsumpcyjnym stylem życia pobudzamy innych do naśladowania nas. Zwłaszcza obserwujące nas dzieci możemy wyuczyć życia opartego wyłącznie na egoistycznym zaspokajaniu swoich pragnień. Gdy egoizmem zastąpimy w sobie dar Bożej miłości, zniknie w nas błogosławiony pokój, zniszczymy bowiem w sobie największy dar Ducha Świętego. Jeśli bliźnich zamiast  do miłości zachęcimy do egoizmu i nienawiści, to również zamiast pokoju wzbudzimy w nich niepokój, bo i w nich „zgasimy Ducha”. Nie będziemy dla nich błogosławionymi, którzy wprowadzają pokój.

 

10. Utrudnianie wprowadzania pokoju przez niszczenie charyzmatów. Nie tylko miłości, ale również innych charyzmatów nie wolno niszczyć, aby Duch nie został „zgaszony” (por. 1 Tes 5,19). Wszystkie bowiem Jego dary są udzielane po to, by pomóc nam się zbawić. Duch Święty daje nam je także po to, aby Jego pokój zagościł w naszych umysłach i sercach. Wszystkie dary charyzmatyczne są udzielane przez Ducha dla naszego dobra – dla dobra Kościoła i świata. Kto je ośmiesza, lekceważy, odrzuca, tłumi w sobie lub w innych ludziach, ten „gasi Ducha” i szkodzi Kościołowi oraz całemu światu. Szkodzi nawet wtedy, gdy zwalcza dzieła Ducha Świętego w imię tzw. „roztropności”. Jednak uparte walczenie z dziełami Ducha Świętego nie jest roztropnością, lecz zuchwalstwem wobec Niego. Często są ośmieszane i zwalczane te Jego dary, które zaliczają się do charyzmatów nadzwyczajnych. Do nich należy między innymi charyzmat prorocki, który przyjmuje różne formy. Jedną z nich jest to, co popularnie nazywa się „objawieniami prywatnymi”. Jeśli nie są one objawieniami fałszywymi – czyli wymyślonymi przez człowieka przy udziale duchów upadłych – to mają za zadanie pomóc nam zbliżyć się do Boga i uświęcić nasze życie. Dlatego nie powinny być wyśmiewane i lekceważone. Lekceważą je przede wszystkim ci ludzie, których ogarnął duch racjonalizmu. Tej wady nie należy mylić z roztropnością i rozsądkiem. Wiara powinna być rozsądna. Słusznie pewien kapłan żartobliwie powiedział, że mamy wierzyć w Boga, a nie w „klamoty”. Tak, w Boga i w Jego słowo trzeba wierzyć, a nie – w jakieś „graty”, w „rupiecie”. Taka wiara nie byłaby rozsądna. Jednak racjonalizm nie jest rozsądnym wierzeniem lecz – zarozumiałością. Nie jest on roztropnością ani ostrożnością, lecz pychą ludzkiego rozumu, który samowolnie orzeka, co Bóg może, a czego nie może, co powinien, a czego nie powinien czynić. Kierujący się zarozumiałością człowiek osądza, jakich darów  Duch Święty może udzielać, a jakich – nie powinien dawać. Takie samowolne ocenianie działań Bożych często odnosi się do wspomnianych już objawień prywatnych. Przez to gasi się Ducha i nie pozwala się Mu obdarzać nas pokojem. On jednak ciągle działa i przypomina nam przez swoje dzieła o tym, że Bóg jest Bogiem żywym, ciągle o nas pamiętającym. Nie zrobił wszystkiego w przeszłości. Nadal działa, pomaga, mówi, bo ciągle nas kocha. Nigdy o nikim nie zapomina.

 

11. Wyciszać się przed Bogiem miłości i pokoju. Jezus mówi: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka.” (J 14,27) Kto chce napełnić swoje serce i serca bliźnich pokojem, ten powinien trwać w obecności Trójcy Przenajświętszej, tak jak żyjemy w większym lub mniejszym blasku słońca. Dzięki jasności i ciepłu, jakie wysyła słońce, żyjemy. Chociaż nie potrafimy bez utraty wzroku wpatrywać się w jego tarczę, to jednak jego dobroczynne światło do nas dociera. Jasne lub osłabione przez chmury dochodzi do nas i umożliwia nam życie. Podobnie jest z Bogiem. Żar Jego miłości ciągle do nas dociera, chociaż zobaczyć Go twarzą w twarz jeszcze nie potrafimy. Ponadto nieraz różne ziemskie mroki, kłopoty, nieszczęścia przysłaniają przed nami promienie Jego ojcowskiej dobroci, jednak ona nigdy nie maleje, tak jak nie zmienia się żar słońca z powodu chmur otaczających ziemię. Promienie Bożej miłości i miłosierdzia wnoszą pokój do serc. Jeśli więc pragniemy tego pokoju dla siebie i dla innych, to nie możemy się zachowywać jak ludzie, którzy szczelnie zasłaniają okna, aby do wnętrza domu nie przenikało światło słoneczne. Nie można podobnych zasłon tworzyć między nami a Bogiem. A tworzy je ten, kto nigdy nie przypomina sobie o Nim, nawet przez krótką chwilę. Pożyteczną praktyką byłoby rozpoczynanie odmawiania modlitw od wyraźnego przypomnienia sobie tego, że Bóg jest blisko mnie, że mnie kocha i uważnie słucha. Także w ciągu dnia – kiedy wykonujemy różne prace i po nich odpoczywamy – również powinniśmy sobie przypomnieć, że zmartwychwstały Chrystus jest przy każdym z nas. Nigdy nas nie opuszcza. Jest z nami, by wnosić pokój w nasze serca. Jest przy nas, aby z nami i przez nas przelewać ten pokój do serc naszych braci i sióstr.

 

Błogosławieni miłosierni

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. (Mt 5,7)

1. Bóg jest bogaty w miłosierdzie. Ojciec niebieski dał nam przykład niepojętego miłosierdzia. Stworzył nas, chociaż wiedział, jak zostanie potraktowany przez całą ludzkość. Wiedział, jakie będą jej losy. Powołał nas do istnienia, chociaż od zawsze wiedział, że ratunkiem dla nas będzie przyjście na świat Jego Syna, Jego bolesna śmierć krzyżowa i zmartwychwstanie. Jezus, Syn Boży podjął się misji ocalenia nas. On jest wcielonym Miłosierdziem Bożym, które przyjęło ludzką naturę. Matką tego Miłosierdzia jest Maryja. Nam, ludziom grzesznym, trzeba szukać miłosierdzia w Bogu i okazywać je bliźnim.

 

2. Miłosierdzie wobec Chrystusa cierpiącego w naszych braciach i siostrach. Jezus poucza, że zapłatę wiecznego błogosławionego szczęścia otrzymają ci, którzy okazywali miłosierdzie bliźnim, cierpiącym z powodu różnych braków i nieszczęść. Wszystkie ludzkie dzieła miłosierdzia ujawnią się na sądzie Bożym. Wobec tych, którzy kierowali się w życiu miłosierdziem, Sędzia będzie łaskawy i miłosierny. „Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. Wówczas zapytają sprawiedliwi: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie? A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25,31-40)

I tak miłosierni dostąpią miłosierdzia, natomiast brak miłosierdzia, obojętność na cierpienie bliźnich spotka się z surowym osądzeniem przez Boskiego Sędziego. „Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. Wówczas zapytają i ci: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie? Wtedy odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. (Mt 25,41-46) Nikt z nas nie uniknie sądu, o którym mówi Jezus. Dobrze więc już teraz samemu osądzać swoje życie i oceniać, ile jest w nim miłosierdzia okazywanego bliźnim.

 

3. Miłosierdzie wobec chorych i martwych z powodu swojej nienawiści. Oprócz chorób ciała, które potrzebują miłosiernej pomocy, istnieją także choroby duchowe. Są ludzie, którzy chorują przy pozorach dobrego zdrowia. Chorują na nienawiść. Można powiedzieć więcej: nienawidzący to martwi, chociaż poruszają się, oddychają. Są martwi, bo swoją nienawiścią uśmiercili w sobie miłość. Mają martwą duszę. Nie mają serca, chociaż bije ono w ich piersi. Ich nienawiść może się zwrócić w stronę Boga, ludzi, mnie. Im bardziej dotyczy mojej osoby lub moich bliskich, tym bardziej mnie boli i tym trudniej mi kochać tych, którzy kierują się nienawiścią. Jednak ludzie owładnięci nią potrzebują Bożego i mojego miłosierdzia, tak jak potrzebują go ludzie głodni, bez odzienia, dachu nad głową, uwięzieni, chorzy.

Istnieje pokusa, by do nienawiści bliźnich dodać jeszcze moją, jako odwzajemnienie, jako zemstę, „słuszną” karę. „Błogosławieni miłosierni” nie poddają się tej pokusie. Ich miłość wznosi się do wyżyn odpłacania za zło bliźnich dobrem, takim jak: modlitwa za nich, ponoszenie różnych ofiar dla ich nawrócenia, życzenie im zbawienia, udzielenie pomocy, gdy znajdują się w skrajnej potrzebie. Jeśli takie nastawienia pielęgnujemy w sobie wobec tych, którzy nas nienawidzą i krzywdzą, to znaczy, że im przebaczyliśmy wyrządzone nam krzywdy. Przez to upodobniamy się do bogatego w miłosierdzie Boga, który bez przerwy przebacza nam nasze przewinienia. Wtedy możemy szczerze, z błogosławioną radością i pokojem duchowym mówić do Niego: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie... odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie”, czyli nie dopuszczaj do takich sytuacji, bym nie umiał komuś przebaczyć.

 

Nie grzeszników, lecz Boga mamy naśladować

Lecz powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą;27 błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają.28 (Łk 6,27-28)

1. Miłować i ratować nieprzyjaciół, którzy nienawidzą. Ci, którzy naprawdę słuchają Jezusa nie mogą się pocieszać tym, że nie są tak źli, jak inni ludzie, bo nie okazują nienawiści, nie przeklinają i nie rzucają fałszywych oszczerstw na bliźnich. Chrystus wymaga czegoś więcej. Chce, byśmy naśladowali Jego miłość i miłość Boga Ojca. On zaś miłuje nas, chociaż wszyscy mieszkańcy ziemi stali się grzesznikami i Jego nieprzyjaciółmi. Z powodu tej grzeszności i nieprzyjaźni Ojciec posłał na ziemię swojego Syna. Okazał w ten sposób niepojętą miłość tym, którzy Go nienawidzą. Chciał bowiem swoich grzesznych nieprzyjaciół zamienić w swoich uświęconych przez łaskę przyjaciół i uratować przed wiecznym potępieniem. Nie za dobrych i sprawiedliwych ludzi umarł Jezus, lecz za traktujących Go z wrogością grzeszników. Św. Paweł przypomina nam niepojętą miłość Boga słowami: „Chrystus bowiem umarł za nas, jako za grzeszników, w oznaczonym czasie, gdyśmy [jeszcze] byli bezsilni. A [nawet] za człowieka sprawiedliwego podejmuje się ktoś umrzeć tylko z największą trudnością. Chociaż może jeszcze za człowieka życzliwego odważyłby się ktoś ponieść śmierć. Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami. Tym bardziej więc będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni. Jeżeli bowiem, będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna, to tym bardziej, będąc już pojednani, dostąpimy zbawienia przez Jego życie.” (Rz 5,6-10) Tak więc wzorem do naśladowania dla wszystkich słuchających szczerze Zbawiciela, jest Jego miłość, która robi wszystko, by uratować każdego nienawidzącego Go człowieka.

 

2. Modlitwa ma być odpowiedzią na oszczerstwa. Ileż oszczerstw rzuca człowiek pod adresem Boga! Chętnie naśladuje węża, który kłamliwie oskarżył Stwórcę przed Ewą. Przedstawił jej Go jako zazdrosnego kłamcę, który nie życzy stworzonym przez siebie ludziom wielkości, szczęścia i straszy ich śmiercią: „Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło”. (Rdz 3,4-5) Podobnie jak kusiciel zachowują się ci, którzy oszczerczo obwiniają Boga o nieład w świecie, o istnienie cierpienia i zła, które od Niego nie pochodzi. Bóg na te kłamstwa odpowiada miłością. Nie mści się, lecz swoim działaniem, udzielaniem pomocy, opieką nad nami cierpliwie pokazuje, że jest Istotą życzliwą, dobrą, kochającą. Człowiek, który  ma czyste serce, odkrywa tę miłość i nigdy nic złego nie mówi o Bogu, naszym dobrym Ojcu. Ten dobry Ojciec przez swojego Syna, Jezusa Chrystusa, wzywa nas: „módlcie się za tych, którzy was oczerniają” (Łk  6,28). Chce bowiem, abyśmy nie do ojca kłamstwa byli podobni, lecz do Niego, dobrego Ojca niebieskiego.

Miłość wymaga ofiar

Jeśli cię kto uderzy w [jeden] policzek, nadstaw mu i drugi. (Łk 6,29)

Nadstaw drugi policzek, jak Bóg to uczynił. Posyłając swojego Syna, Bóg jakby „nadstawił drugi policzek”. Od stworzenia pierwszych rodziców był ciągle „uderzany w jeden policzek”, znieważany, obrażany, lekceważony, a jednak posłał swojego Syna. Posłał Go, chociaż wiedział, że i Jego uderzą, osądzą i powieszą na krzyżu. Nadstawił jednak ten „drugi policzek”, bo gdyby tego nie uczynił, wszyscy stworzeni przez Niego ludzie znaleźliby się na zawsze w piekle. Tym „drugim policzkiem” jest również Duch Święty, posłany przez Ojca i Syna. I Jego bowiem można „uderzyć”, gdy przeciwstawiamy się Jego działaniu, gdy lekceważymy Jego dzieła, gdy opieramy się nawróceniu, do którego On ciągle nas pobudza. Swoim przykładem Bóg nas pouczył o tym, że dla wielkiego dobra trzeba wiele wycierpieć. Trzeba ponieść wiele ofiar, by kogoś uratować. Trzeba wielokrotnie „nadstawiać drugi policzek”.

Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty.29 Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje.30 (Łk 6,29-30)

1. Daj mu również swoją szatę. Aby dobrze zrozumieć pouczenie Jezusa o dawaniu szaty temu, kto zabiera mi płaszcz, trzeba pamiętać, że Zbawiciel nie zniósł prawa Bożego. Nie pozbawił więc obowiązującej wszystkich bez wyjątku ludzi mocy przykazania siódmego: „Nie kradnij”, i dziesiątego, które zakazuje nawet zazdrościć tego, co posiada bliźni: „Nie pożądaj żadnej rzeczy twego bliźniego”. Tak więc mnie nie wolno okradać bliźnich i zazdrościć im posiadanego mienia, a im nie wolno mnie krzywdzić przez kradzież i pożądanie tego, co jest moją własnością.

Nikomu też nie wolno ułatwiać popełniania jakiegokolwiek grzechu, a więc i kradzieży. Jeśli więc ktoś mnie okrada, to nie mogą mu ułatwiać popełniania jeszcze większej kradzieży. Chciwemu złodziejowi, który „zabiera mi płaszcz”, nie wolno mi ułatwiać kradzieży jeszcze „szaty”. Gdybym to czynił, miałbym udział w jego grzechu chciwości, zazdrości i kradzieży.

Z grzechem okradania wiąże się obowiązek naprawienia wyrządzonej krzywdy przez oddanie zabranej rzeczy lub wynagrodzenie w jakiś inny sposób, gdy zwrot tego, co zostało ukradzione, nie jest możliwy. To obowiązuje mnie i tych, którzy mnie okradają. Wszyscy są stale wzywani przez Boga i sumienie do nawracania się. Nie ma jednak prawdziwego nawrócenie bez oddania rzeczy skradzionych. Bez starań o naprawienie w jakiś możliwy sposób wyrządzonej krzywdy nawrócenie byłoby udawane.

Ale może się zdarzyć tak, że bez mojej wiedzy „zabiera mi płaszcz” osoba biedna, która nie ma odzienia dla siebie i swoich dzieci. Bierze mój płaszcz, aby swoje dzieci lub siebie uchronić przed zimnem, przed chorobą lub nawet zamarznięciem. W takiej sytuacji każdy z nas powinien się dostosować do słów Jezusa: „Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty”. Nie broń mu tego, okaż mu miłosierdzie. Ponieważ jest w potrzebie, daj mu również ubranie. Podziel się i „nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje”. Nie zatrzymuj chciwie wszystkiego dla samego siebie, bo nie tylko dla ciebie Bóg stworzył świat, nie tylko do ciebie należy to, co z dobroci Bożej posiadasz. Naśladuj Boga, który chętnie obdarowuje wszystkie swoje stworzenia.

 

2. Daj każdemu, kto cię prosi. Daj nawet znajdującemu się w wielkiej potrzebie człowiekowi, który cię skrzywdził, gdyż Bóg obdarowuje także swoich wrogów. Daj każdemu, kto cię prosi, ale nie temu, który prosi cię o wspieranie go w grzesznym życiu. A takim grzesznym życiem może być lenistwo, pijaństwo, narkomania, życie w nadmiernym luksusie, rozrzutności, wydawaniu pieniędzy na same tylko rozrywki i przyjemności. Nie wolno nam wspierać tych grzechów przez dawanie, nawet gdy ktoś natrętnie o to prosi, gdy przychodzi do twojego domu. Daj natomiast każdemu, kto cię prosi, gdy ta prośba wypływa z nędzy, biedy, troski o rodzinę, dzieci. Daj każdemu, kto prosi cię o wsparcie jakiegoś dobrego dzieła. Nie daj natomiast oszustom, którzy pod pozorami udzielania pomocy innym, czerpią korzyści dla siebie i swoich wspólników. Kto wspiera oszustów, kto coś im daje, ten ma udział w ich grzechu nieuczciwości.

Są ludzie, którzy proszą o pomoc, chociaż jej nie potrzebują lub szukają jej dla grzesznego życia. Ale są i tacy, którzy z powodu nieśmiałości o nic nie proszą, chociaż znajdują się w wielkiej potrzebie. Tym drugim nie wolno odmawiać jakiejś realnej pomocy. Przypomina nam o tym obowiązku ucznia Chrystusa św. Jakub, który pisze: „Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy (sama) wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie” (Jk 2,14-17). Ubogich trzeba wspierać i bronić ich, a nie bronić się przed nimi, jak powiedział papież Franciszek. Trzeba wyjść do nich, bo ludzie naprawdę potrzebujący pomocy zwykle nie przychodzą do nas o nią prosić. Trzeba się też modlić o światło Boże, by w sposób właściwy wspierać innych.

 

Nie czekać na dobro, lecz je czynić

Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! (Łk 6,31)

Zasada, do której mogę się dostosować w każdej chwili. Nieraz nie wiemy dokładnie, czy możemy coś zrobić lub powiedzieć – zwłaszcza za plecami bliźniego. Czy będzie to dobre lub złe? Pomocą w rozwiązaniu tych trudności może być podana przez Jezusa „złota zasada”, która brzmi: „Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie!” (Łk 6,31) Nie chcemy, by ktoś nas krzywdził działaniem, mówieniem. Nie chcemy, by ktoś nawet źle o nas myślał, zazdrościł nam, nosił w sercu niechęć do nas, urazę. Powinniśmy więc unikać podobnych złych działań słów, myśli, postaw wobec innych. Chcemy, by ludzie nas kochali. Kochajmy więc i my bliźnich. Chcemy, by byli wobec nas uprzejmi, delikatni, życzliwi, odnośmy się więc do nich z delikatnością, uprzejmie i życzliwie. Chcemy, by inni... Więc to samo im czyńmy. Miłość nie czeka na dobre traktowanie ze strony innych ludzi, lecz z aktywną dobrocią zwraca się w ich stronę. Dobrymi czynami pobudza bliźnich do czynów dobrych; życzliwymi słowami i zachowaniami skłania do uprzejmości i życzliwości, a dobrym myśleniem zaraża otoczenie dobrym nastawieniem serca.

Warto na końcu każdego dnia, stojąc przed wszechwiedzącym Bogiem, odpowiedzieć sobie szczerze na pytania: Czy dzisiaj czyniłem, mówiłem i myślałem tak, jak chciałbym, żeby ludzie mnie czynili, o mnie mówili i o mnie myśleli? Czy nie zaniedbałem czegoś, czego sam oczekiwałem od bliźnich, czego się od nich spodziewałem? Za to, że nie zrobiłem czegoś, co chciałbym, aby inni mnie zrobili, przepraszam Cię, Boże. Jutro, z pomocą Twojej łaski, spróbuję to zrobić, a życzliwie pomyślę o innych już teraz. Zaraz się za nich pomodlę. Na to bowiem nie muszę czekać do jutra.

 

Rozszerzyć serce i krąg miłowanych osób

Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują.32 I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią.33 Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać.34 Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych.35 Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny.36 (Łk 6,32-36)

1. Ważny wybór stoi przed każdym z nas. Jezus przedstawia nam dwa sposoby czynienia dobra. Pierwszy to czynienie go w taki sposób, jak to czynią „grzesznicy”, i drugi – czynienie go w sposób godny „synów Najwyższego”. Postępujący według pierwszego sposobu naśladują rozpowszechnione na świecie zachowanie się ludzi, drudzy natomiast za wzór przyjmują dobrego i miłosiernego Ojca niebieskiego. Według pierwszego ideału dobro jest odpłatą za dobro, według drugiego – odpłatą za zło. Pierwsi miłują tylko tych, którzy ich kochają, a więc osoby najbliższe, swoją rodzinę, przyjaciół. Tylko im czynią dobro. Pożyczają tylko wtedy, gdy mają pewność, że pożyczka zostanie im zwrócona. Nie narażają się więc na żadne straty. Nie chcą ponosić ofiar. Według drugiego ideału, przedstawionego przez Jezusa, dobro jest nie tylko odpłatą na doznane dobro, ale także za zło. Ten, kto chce być synem i córką  Najwyższego, powinien postępować tak, jak postępuje dobry i miłosierny Ojciec niebieski. A „On jest dobry dla niewdzięcznych i złych”. (Łk 6,35) Naszym ideałem powinien się stać Bóg, miłosierny Ojciec. Naśladowanie Jego miłosierdzia jest czymś o wiele większym i wznioślejszym niż czynienie dobra, które jest tylko odpłatą za doznane dobro. Ono też jest dobrem, ale dobrem o wiele mniejszym niż wypływające z miłosierdzia czynienie dobra nieprzyjaciołom.

 

2. Pożyczajcie, niczego się nie spodziewając. Chrystus uczy nas, by to, co innym przekazujemy, traktować nie jako „pożyczkę”, lecz jako dar, który nie musi mi być zwrócony. Dotyczy to przede wszystkim obdarowywania miłością, uśmiechem, życzliwym słowem i każdym innym dobrem duchowym. Jeśli ktoś do tego, co robi dla bliźnich, co im daje, podchodzi jak chciwy lichwiarz, to chce, żeby wszystko, czym innych obdarował, powróciło do niego – i to jeszcze z nadmiarem. A więc za swoją miłość chce miłości lub wielkiej wdzięczności, za uśmiech – jeszcze więcej uśmiechów, za dobre słowo – wiele dobrych słów...

Jezus wzywa nas do czegoś o wiele doskonalszego. Uczy nas, by tego, co dla innych robimy, nie traktować jako „lichwiarskiej pożyczki”, lecz jako bezinteresowny dar. Mam dawać tak, jak to czyni On, dobry Bóg. Mam obdarowywać innych serdecznością, nie spodziewając się za to żadnej odpłaty, czyli jakby zwrócenia mi długu. Moja dobroć ma stać się darem, za który nie oczekuję od ludzi nawet zwykłego „dziękuję”. Jeśli będziemy nasze ubogacanie i uszczęśliwianie innych traktować nie jako „pożyczkę”, lecz dar, za który się niczego nie spodziewamy od ludzi, to nie minie nas nagroda od Boga. A nagroda ta będzie czymś więcej niż zwrócenie mi tego, co innym „pożyczyłem”. Będziemy „synami Najwyższego” – Tego Najwyższego, który jest dobry, bo jest samą Miłością (por. Łk 6,35). Takiej nagrody można pragnąć z całego serca bez ryzyka, że staniemy się wyrachowanymi egoistami.

 

3. Pożyczanie i dawanie nie zawsze jest dobrem. Jezus mówi o płynącym z miłosierdzia obowiązku wspierania bliźnich. Ludziom znajdującym się w potrzebie trzeba pomagać, pożyczać lub dawać pieniądze, żywność i to, czego naprawdę potrzebują. Trzeba to robić nawet wtedy, gdy przewidujemy, że ci ludzie nie będą mogli nam niczego oddać, bo są naprawdę biedni, bo pożyczają nie po to, by żyć w luksusie, lecz po to, by przeżyć do następnego dnia. Jednak pożyczanie, podobnie jak dawanie, powinno być pomocą, a nie wspieraniem cudzego grzechu. A może się tym stać, gdy pożyczki nie są wykorzystywane na coś dobrego, ale na życie w przepychu, luksusie, rozrzutności. Tym, którzy pożyczają od nas coś, co służy zaspokojeniu ich podstawowych potrzeb, powinniśmy zawsze pożyczać – nawet wtedy, gdy przewidujemy, że nie będą potrafili nam zwrócić pożyczki. Nie powinniśmy natomiast pożyczać tym, którzy wykorzystają naszą pomoc na pogrążanie się w coraz to większym egoizmie. Mamy okazywać miłosierdzie przez pożyczanie potrzebującym, ale nie mamy obowiązku wspierać czyjejś chciwości, alkoholizmu, narkomanii, próżności i innych form egoistycznego życia. Gdybyśmy to czynili, mielibyśmy udział w grzechu bliźniego. A to nie byłoby przejawem miłosierdzia, które pochyla się nad nędzą człowieka po to, aby go z niej wydobyć. Jeśli poprosimy Ducha Świętego o pomoc, to da nam światło, abyśmy nigdy nie wspierali grzechu, lecz okazywali prawdziwe miłosierdzie.

 

Mądrość w ocenianiu

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. (Łk 6,37)

1. Nie oceniać tego, czego nie znamy. Nie sędziami dla innych mamy być, lecz tymi, którzy im odpuszczają, przebaczają. Do tego wzywa nas Jezus. Sąd powinniśmy zostawić Bogu, który zna tajniki serca. My ich nie znamy, bo nie mamy wglądu we wnętrze drugiego człowieka. Nie widzimy jego intencji, nie znamy jego myśli, zamiarów, uczuć. Nie wolno więc nam oceniać tego, czego nie znamy. Może to osądzić tylko Ten, który przenika swoim poznaniem nasze serca: Bóg. Nam wolno, a nawet trzeba oceniać drugiego człowieka tylko jakby „od zewnątrz”. Znaczy to, że możemy stwierdzić, czy jego słowa, czyny, postępowanie jest lub nie jest zgodne z Bożymi przykazaniami. Potrafimy i powinniśmy ocenić, czy czyjeś zachowanie jest pożyteczne lub szkodliwe. I tak np. można powiedzieć, że hałaśliwe zachowanie się dziecka na lekcjach w szkole nie jest dobre, bo przeszkadza nauczycielowi, innym uczniom, a ponadto jemu samemu utrudnia zdobycie wiedzy. Po takiej ocenie trzeba dziecko pouczyć, upomnieć, skłonić do innego postępowania. Nigdy jednak nie potrafimy ocenić, ile w tym zachowaniu jest świadomej złośliwości, czyli winy osobistej dziecka. Ponieważ nie znamy stopnia wewnętrznego angażowania się przez dziecko w to, co robi, dlatego nie umiemy ocenić jego serca. To zna tylko Bóg. Nie wolno więc nam oceniać tego, czego nie znamy. Powinniśmy natomiast pomóc temu dziecku zachowywać się tak, żeby nikomu nie przeszkadzało, żeby coraz lepiej rozumiało, że jego postępowanie ułatwia lub utrudnia innym ludziom życie. Powinniśmy też kształtować w nim świadomą i dobrą motywację postępowania, aby to, co mówi i czyni, nie wynikało z przyzwyczajeń, temperamentu, roztargnienia, lecz ze świadomej chęci umilenia innym życia przez wszystkie słowa i czyny. Trzeba pomóc mu uformować motywację działania, która wypływa z miłości.

 

2. Osądzać to, co potrafimy poznać. Czyli siebie, swoje postępowanie, swoje odniesienie do Boga, do ludzi. To trzeba nam oceniać ciągle, aby zmieniać na lepsze swoje życie. Bliźnich znamy tylko od zewnątrz, siebie – od wewnątrz. W swoje wnętrze potrafimy wejść i uświadomić sobie, co się w nim znajduje. W ocenie siebie pomaga nam sumienie, połączone ze światłem Ducha Świętego. To światło umożliwia nam zobaczenie siebie tak, jak nas widzi wszechwiedzący Bóg. W przeciwieństwie do sądzenia bliźnich osądzanie siebie przynosi wielką korzyść, bo – jak mówi św. Paweł – jeżeli „sami siebie osądzimy, nie będziemy sądzeni”. (1 Kor 11,31) Nie spadnie na nas potępiający wyrok Boży, jeżeli po osądzeniu siebie przez samych siebie, zwrócimy się do Bożego miłosierdzia. Bóg nam przebaczy to, co nasz osąd siebie odkrył jako grzech.

 

3. Wspaniała obietnica Boża. „Nie będziecie sądzeni”, „nie będziecie potępieni”, „będzie wam odpuszczone” (Łk 6, 37). Kto by tego nie pragnął dla siebie, dla swoich bliskich! A tak się stanie, jeśli bezlitosne osądzanie i potępianie bliźnich zastąpimy pełnym miłosierdzia przebaczeniem. Nie powinniśmy być dla innych prokuratorami, którzy doszukują się winy i domagają się jak najsurowszej kary. Nie powinniśmy też być bezdusznymi sędziami, lecz adwokatami, którzy zawsze szukają elementów zmniejszających winę i karę. Powinniśmy powstrzymywać się od surowych osądów, bo – jak mówi Jezus – „takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą". (Mt 7,2)

 

Hojność w dawaniu

Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie. (Łk 6,38)

Naśladować hojność Boga. Chrystus zachęca nas do szczodrego ubogacania bliźnich posiadanymi przez nas darami. Wzór do naśladowania znajdujemy przede wszystkim w naszym Stwórcy i Zbawicielu. Przykładem tego, jak hojny w obdarowywaniu nas jest Bóg, może być całe dzieło stworzenia. Stwórca nie ograniczył się do tego, by stworzyć dla nas minimum warunków do życia, np. trochę powietrza, wody, dwa lub trzy rodzaje pokarmów na jakiejś skalistej planecie. Stworzył dla na Ziemię, wyróżniającą się swoim pięknem między pozostałymi planetami. Dał pożywienie w obfitości i nie brakłoby go nikomu, gdyby chciwi nie zagarnęli go przemocą tylko dla siebie. Bóg nie poprzestał na tym darze dla nas, którym są stworzenia. Dał nam jeszcze siebie w Synu Bożym i w Duchu Świętym. Taka jest hojność Bożej miłości, którą mamy naśladować. Jeśli nasze obdarowywanie będzie szczodre, to spłyną na nas w niezwykłej obfitości łaski Boga. Odmierzą nam taką miarą, jaką my mierzymy. Będzie nam dane naczyniem mierniczym napełnionym po brzegi, mocno ubitym, aby mogło jak najwięcej w sobie pomieścić. Takim obrazem została przedstawiona nagroda dla tych, którzy nie wydzielają skąpo swoim braciom i siostrom, lecz obdarowują ich obficie różnymi darami: prawdą Ewangelii, miłością, dobrocią, życzliwością i tym wszystkim, czego im potrzeba. Obficie wlewają w nich również dar nadziei, aby mogli przetrwać trudne chwile swojego życia.

 

Niewidomy i światły przewodnik

Opowiedział im też przypowieść: Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj?39 Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel.40  (Łk 6,39-40)

Niewidomymi duchowo stają się ludzie zaślepieni przez pychę, nienawiść, uprzedzenia, niechęć, chciwość, nieczystość i inne wady. Wady zaślepiają. Z tej duchowej ślepoty może wyrwać jedynie Duch Święty. Na Jego światło trzeba się jednak otworzyć. Kto się na nie zamknie, będzie nadal ślepym przewodnikiem. Jeśli nie pozwoli Duchowi Świętemu, by nim pokierował, będzie przewodnikiem zaślepionym. Chociaż będzie się uważał za bardzo roztropnego, to jednak nie będzie udzielał dobrych pouczeń. Kto zamyka się na Ducha Świętego i odrzuca Jego dzieła, ten traci „mądrość zstępującą z góry” i napełnia się inną mądrością, którą św. Jakub nazywa mądrością ziemską, zmysłową i szatańską (por. Jk 3,14-18) W duchu tej mądrości będzie innych pouczał. Będzie udzielał złych rad, uformowanych przez różne modne kierunki, przez racjonalizm.

Dobrym przewodnikiem dla innych – przewodnikiem mającym dobry wzrok – stanie się ten, kto pokornie i szczerze uważa się za „niedouczonego” jeszcze ucznia Chrystusa. Zdobędzie mądrość pochodzącą od Niego, bo ta pokorna postawa pomoże stale otwierać się na słowo Boże, na pouczenia Boskiego Nauczyciela. Stopniowo będzie coraz bardziej podobny do Jezusa, który jest „drogą, prawdą i życiem” (J 14,6). Będzie myślał jak On, mówił jak On, działał jak On. Przestanie być przewodnikiem zaślepionym przez racjonalizm i inne błędy. Przemieni się w przewodnika o dobrym wzroku, który widzi i ocenia wszystko tak jak Bóg.

 

Błędne ocenianie siebie i innych

Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?41 Jak możesz mówić swemu bratu: Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku, gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka swego brata.42  (Łk 6,41-42)

1. Wielka belka i mała drzazga. Ktoś ironicznie lecz zgodnie z prawdą stwierdził, że nigdy nie czujemy się tacy dobrzy, szlachetni, mądrzy, roztropni jak wtedy, gdy krytykujemy bliźnich, mieszamy ich z błotem. Jakże wtedy rośniemy we własnych oczach! Wtedy bowiem – mówiąc słowami Jezusa – zupełnie znika z naszego pola widzenia ogromna belka tkwiąca w naszym oku, albo nawet dwie: po jednej w każdym oku. Kiedyś dziecko narysowało obrazek do pouczenia Jezusa o tkwiącej w oku belce i drzazdze. Rysunek był zaskakujący. Belka bowiem miała tak wielkie rozmiary, że sięgała chmur, nieba. Drzazga natomiast była prawie niewidoczna. Dziecko dobrze zrozumiało słowa Jezusa. Pokazało wyraźnie niemądre postępowanie tego, który zabierał się do usunięcia drzazgi z oka bliźniego, a nie dotykał wielkiej belki tkwiącej we własnym oku.

Może dziwić, dlaczego w życiu codziennym tak często nie dostrzegamy belki grzechów i wad w swoich oczach. Po prostu dlatego, że oko duchowe, którym jest rozum, zostało zaślepione. Zaślepiła je egoistyczna pobłażliwość wobec siebie, przyzwyczajenie się do życia w grzechu, brak skruchy, unikanie rachunków sumienia i spowiedzi św. Zaślepiają nas nasze wady i nałogi, zwłaszcza rozpowszechniona pycha. Ona to powoduje, że nie widzimy w sobie belki własnych wad i chętnie koncentrujemy się na drzazgach wad i grzechów bliźnich. Chcemy ich zmienić, pobudzić do poprawy zwłaszcza wtedy, gdy ich grzechy – nawet o wiele mniejsze od naszych – jakoś nas dotykają, czynią nasze życie mniej przyjemne. Wtedy chętnie wyciągamy rękę, by usunąć drobne drzazgi upadków bliźnich, albo bez końca mówimy o nich, zwykle za ich plecami. To nasze obłudne postępowanie czyni nas szlachetnymi we własnych oczach, a właśnie takiej oceny oczekuje nasza pycha, zarozumiałość, niewłaściwe dowartościowywanie samego siebie.

Jezus radzi nam rozpoczynać reformowanie bliźnich, Kościoła i świata od samego siebie. Jeśli zaczniemy wyciągać belkę ze swojego oka, zobaczymy, jak trudno to uczynić. Pojmiemy, że podobne kłopoty ma ten, który próbuje wyciągnąć drzazgę ze swojego oka. Zrozumiemy też, że nawet mała drzazga w oku wywołuje ból. Stanie się dla nas jawne, że bliźni często bardzo cierpi z powodu swoich wad, grzechów,  niedostatków moralnych, których nie potrafi się pozbyć pomimo wielkiego pragnienia usunięcia ich. Jeśli to wszystko zrozumiemy, będziemy bardziej współczujący i delikatni wobec upadających braci i sióstr. Zaczniemy się za nich modlić, aby się uświęcali i nie cierpieli z powodu tych drzazg-wad, których – pomimo usilnej pracy nad sobą – nie udaje im się usunąć.

 

2. Lekarzu, ulecz samego siebie... obłudniku, wyrzuć najpierw belkę... Gdy kiedyś Jezus przyszedł do swojej rodzinnej miejscowości Nazaret, odczytał, co jego mieszkańcy chcieli Mu powiedzieć. „Wtedy rzekł do nich: Z pewnością powiecie Mi to przysłowie: Lekarzu, ulecz samego siebie...” (Łk 4,23). Do Jezusa jednak te słowa się nie odnoszą. Są natomiast skierowane do wielu z nas, podobnie jak Jego upomnienie: „Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Jak możesz mówić swemu bratu: Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku, gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka swego brata.” (Łk 6,41-42)

Słyszy się nieraz wiele słów krytycznych pod adresem Kościoła, biskupów, księży. Oskarżyciele mówią: „Kościół powinien to.. czy tamto...”. Wielu wiernych świeckich zarzuca duchowieństwu pychę, szukanie przywilejów, przywiązanie do bogactw. I może ich zarzuty są słuszne. Ale często ci krytykujący ludzie robią to samo. Rozpiera ich pycha, która często objawia się właśnie w ich bezlitosnym krytykowaniu innych. Sami nie obraziliby się, gdyby spotkały ich jakieś przywileje, np. gdyby przed innymi chorymi, bez kolejki, udało im się dostać do lekarza. Pieniędzmi też nie gardzą. Gdy je posiadają, to albo trzymają na kontach, albo trwonią, wydając na zbędne rzeczy i przyjemności. Zaliczają się do ludzi, którzy chętnie biją w pierś, jednak nie własną, lecz cudzą.

 

Różne owoce ludzkich zachowań

Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc, ani złym drzewem to, które wydaje dobry owoc.43 Po owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron.44 (Łk 6,43-44)

1. Nie ludzkie opinie, lecz owoce pokazują, co jest dobre lub złe. Można się spotkać z rozpowszechnionym poglądem, że jeśli jakaś duża część społeczeństwa za czymś się opowiada, to jest to dobre. Nie musi jednak tak być, bo nawet cały narody mogą ulec manipulacji. Taka manipulacja na wielką skalę jest możliwa dzięki środkom społecznego przekazu, które – jak to zauważył papież Franciszek w przemówieniu do pracowników telewizji watykańskiej – albo przesadnie straszą czymś, albo przesadnie uspokajają. Przy pomocy tego oddziaływania na emocje wywołują u bardzo wielu ludzi różne błędne oceny wydarzeń, zachowań. Z powodu tych różnych form manipulacji i braku krytycyzmu u tych, którzy są jej poddani, nawet większość jakiegoś społeczeństwa może zacząć nazywać dobro złem, a zło – dobrem, tak jak po oglądnięciu jednego westernu widzowie uważają za najgorszych ludzi Indian, a po zobaczeniu innego – ludzi białych.

Jezus Chrystus podaje inne kryterium rozpoznawania, czy coś jest dobre, czy złe. Prawidłowej oceny można dokonać tylko wtedy, gdy się patrzy na owoce ludzkich czynów, słów, zachowań. Takim owocującym drzewem jest bowiem każdy czyn, który wykonujemy, i każde słowo, który wypowiadamy my lub inni ludzie. Owoce przynoszone przez nasze słowa i działania są dobre lub złe. To one wskazują jakie naprawdę było drzewo, które je wydało, czyli słowa i działania. Jeśli więc chcemy właściwie oceniać swoje postępowanie i postępowanie innych ludzi, nie możemy ulegać żadnym naciskom, propagandzie, manipulacji, lecz popatrzyć, jakie mogą się pojawić owoce: ludzkie łzy lub radość, pokój serca lub niepokój, życie lub śmierć, wojny lub pojednanie. „Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc, ani złym drzewem to, które wydaje dobry owoc.” (Łk 6,43)

 

2. Myślenie przynosi różne owoce. Nie tylko nasze słowa i czyny przynoszą owoce dobra lub zła. Również nasze myśli. To, jak myślimy o sobie, o innych ludziach, o Bogu, albo nas uświęca, albo zatruwa duchowo i czyni coraz gorszymi. Można bowiem o ludziach i o Bogu myśleć z pełną pychy pogardą lub z pokorną miłością. Można w swoim wnętrzu otaczać czcią i uwielbieniem Boga albo uwielbiać siebie, swoje myślenie, swoją inteligencję, doświadczenie. Można myśleć o bliźnich z zazdrością albo z życzliwością. Można myśleć o tym, jak innych uszczęśliwiać, albo ze złością planować, jak dokuczyć tym, którzy nas skrzywdzili. Można myśleć o Bogu – który stworzył nasze duchowe i nieśmiertelne ja, czyli duszę – z wdzięcznością, zachwytem i miłością albo z lekceważącą i bluźnierczą pogardą. Można codziennie odkrywać wszędzie znaki Boga, Jego opatrzności, miłości, miłosierdzia albo próbować ciągle na nowo wymyślać różne „dowody”, że Go nie ma, aby nie przestać być ateistą, czyli „wierzącym” w to, że Bóg nie istnieje. Różnie można myśleć, działać, mówić, dlatego z każdego naszego słowa, czynu i myśli pojawiają się w nas i w otoczeniu owoce dobra lub zła. Kiedyś każdy stanie przed Bogiem, aby odpowiedzieć za to, jaki sposób myślenia, mówienia i działania wybierał, czyli – jakim drzewem codziennie się stawał: drzewem rodzącym owoce dobre lub owoce złe. „Dobre drzewa” na zawsze upiększą swoją dobrocią raj niebieski, a „drzewa złe” powiększą na wieki zło istniejące w piekle.

 

3. Nie ulegać pozorom, lecz patrzeć na owoce. Czasami wygląd drzew, krzewów, roślin może być mylący – zwłaszcza wtedy, gdy dopiero wyrastają z ziemi. W tym pierwszym okresie pożyteczna pszenica może wyglądać jak bezużyteczny i szkodliwy chwast. Nie ma jednak żadnej wątpliwości, gdy przychodzi czas owocowania. Trzeba więc czekać, aż się pojawią owoce. Na to zwraca uwagę Jezus. W przypowieści o chwaście uczy nas dobrego sposobu odróżniania dobra od zła, które nieraz dla zmylenia, staje się do niego podobne. I tak Jezus powiedział. „Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast? Odpowiedział im: Nieprzyjazny człowiek to sprawił. Rzekli mu słudzy: Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go? A on im odrzekł: Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza.” (Mt 13,24-30)

W tej przypowieści Jezus uczy nas ostrożności w ocenianiu. Zawsze trzeba popatrzeć na owoce, bo szatan robi wszystko, by nas zmylić. Pobudza ludzi do ukrywania złych zamiarów i złych działań. Kiedy jednak pojawią się owoce albo gdy potrafimy je dobrze przewidzieć, to pomyłka nie jest możliwa. Na cierniach nigdy nie wyrosną figi ani na krzaku jeżyny – winogrona (por. Łk 6,44). Podobnie też na chwaście nie pojawią się kłosy z pożyteczną pszenicą, z której można zrobić odżywczą mąkę.

Ucząc nas oceniania zachowań ludzkich po owocach, jakie one przynoszą, Jezusa ostrzega nas, byśmy nie ulegali pozorom, różnym kłamliwym choć pięknie brzmiącym obietnicom, mylącym tłumaczeniom, które używają takich słów, by zło wydawało się dobrem. Trzeba uważać na różne zwodnicze pozory, na sprytne oszustwa, bo one mają na celu ukrycie podstępnie szerzonego zła. Zawsze patrzeć na owoce i prosić Ducha Świętego o światło, aby bez pomyłki szybko je przewidzieć. To przewidywanie owoców potrzebne jest nie tylko w odniesieniu do innych ludzi ale i do nas samych. Zanim coś powiemy lub zrobimy, powinniśmy się zastanowić, jakie dobro lub zło wyniknie z naszych zachowań.

 

Skarby serca

Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło. Bo z obfitości serca mówią jego usta. (Łk 6,45)

1. Wylewająca się przez usta miłość lub nienawiść. Chrystus porównał serce człowieka do skarbca, czyli do skrzyni, sejfu lub jakiegoś pomieszczenia dobrze strzeżonego przez właściciela. Tym strzeżonym jak sejf skarbcem jest moje wnętrze. Tylko ja mogę wydobywać jego zawartość. Inni ludzie nie wiedzą, co w nim jest, bo nie mają wglądu do mojego wnętrza. Ja mam wgląd, widzę, jakie „skarby” ono zawiera, i potrafię je wydobywać. I nie tylko potrafię, lecz rzeczywiście to robię każdego dnia. Tym wydobywaniem na zewnątrz zawartości serca jest mówienie. Ono pokazuje innym, co w sobie przechowuję. Usta błogosławią lub przeklinają, bo albo dobroć, albo nienawiść wydobywam z serca. Moje słowa wnoszą pokój lub niepokój, sprawiają radość lub przykrość, bo są albo dobrą radą, albo wyzywaniem, poniżaniem, lekceważeniem. Słowa goją rany lub je zadają. Usta wielbią Boga lub bluźnią Mu, bo w sercu chroniłem wiarę i miłość do Niego albo hodowałem tak, jak żmiję, bluźnierstwo. Wszystkie słowa, zanim zostały wypowiedziane, były przygotowane w sercu, wypielęgnowane przez powstającą tam miłość lub nienawiść.

 

2. Nie tylko my wkładamy skarby do skarbca naszego serca. Serce jest skarbcem, z którego nie tylko wydobywamy różne rzeczy. Jest ono skarbcem, w który się też ciągle coś wkłada. A nie tylko my sami coś do tego skarbca dokładamy. Wkładają do niego swoje poglądy, oceny również różni ludzie. Odkładają się w tym skarbcu różne oglądane filmy, programy, wyrażane w internecie opinie. Nie tylko ludzie stale coś dokładają do skarbca naszego serca. Najcenniejsze skarby pragnie tam włożyć Bóg. I robi to, gdy z Nim przebywamy, współdziałamy, karmimy się Jego słowem, otwieramy się na Jego łaski, przystępujemy do sakramentów. Bóg chce włożyć w skarbiec naszej duszy wspaniałe skarby, abyśmy po nie sięgali, gdy mamy coś powiedzieć i zrobić. Dzięki tym skarbom usta wypowiadają słowa życzliwe, pełne miłości i szacunku, a czyny stają się dobre. Ale oprócz Boga jest jeszcze ktoś, kto chciałby z naszego serca uczynić swój skarbiec. To szatan. Robi on wszystko, co może, by nasze serce napełniło się jego „skarbami”, które są obrzydliwością w oczach Bożych. Jeśli po te jego „skarby” będziemy sięgać, to nasze usta zaczną wypowiadać złe słowa, przykre, lekceważące, zadające ból. Nasze usta otworzą się, by bluźnić Bogu tak, jak to stale czynią złe duchy. Także nasze czyny staną się złe. Ważne jest więc, by zapełniać swoje serce skarbami pochodzącymi nie od szatana i współpracującymi z nim ludźmi, lecz od Boga i Jego współpracowników, i tylko po nie sięgać. Zapełnia serce skarbami Boga ten, kto z Nim przebywa, rozmawia, karmi się Jego słowem i zamienia je w czyn.

 

3. Skarbiec, który nigdy się nie opróżni. Serce, które Jezus nazwał skarbcem, różni się od sejfów, kas pancernych i innych miejsc, w których ludzie przechowują cenne dla nich rzeczy. Gdy bowiem ktoś ma jakiś swój „skarbiec” i co jakiś czas coś z niego wybiera, to stale zmniejsza się jego zawartość i wreszcie się opróżni. Zupełnie inaczej jest ze skarbcem naszego serca. Gdy bowiem ktoś wydobywa z niego to, co tam przechowuje, to jego zawartość się nie zmniejsza. I tak nie ubywa w sercu dobra, gdy ktoś po nie sięga, aby mówić i czynić dobrze. Nie ubywa też zła, gdy ktoś sięga do „złego skarbca serca” i wydobywa z niego zło, aby źle mówić i źle czynić. Ani jednych, ani drugich „skarbów” nie ubywa. Przeciwnie, jedne i drugie jeszcze bardziej się pomnażają. A więc wszystkie dobre słowa i czyny pomnażają dobroć serca ludzkiego, a złe słowa i złe czyny powiększają jego zło. Serce ludzkie coraz bardziej napełnia się „skarbami” dobroci lub złości. Jest bowiem skarbcem, który nie znosi pustki. W skarbnicy naszego serca ciągle coś wzrasta. Pomnaża w swoim sercu skarb miłości człowiek, który często ten skarb wydobywa, by wypowiadać słowa miłości i tę miłość okazywać czynem. Pomnaża również swoją nienawiść ten, kto po nią sięga do „złego skarbca” swego serca, aby ją ujawnić słowem lub czynem.

Tak więc dobro i zło może się ciągle pomnażać w skarbcu naszego serca. Ale może jeszcze być tak, że „skarby” zła, zakłamania, pychy, nienawiści, zazdrości, chciwości stopniowo zanikają, a powiększają się „skarby” dobroci, prawdy, miłości, życzliwości, hojności, pokory. Taka wspaniała przemiana zawartości serca następuje wtedy, gdy szukamy Bożego wsparcia i świadomie mówimy to, co dobre, i dobro czynimy. Jeśli więc chcemy usunąć złą zawartość swojego serca, to trzeba przyjmować łaski dawane nam przez Boga, dobrze mówić i dobrze czynić. Nigdy bowiem nie jest obojętne dla naszego serca to, co mówimy i czynimy. Każde życzliwe słowo nas przemienia i nawet kubek wody podany spragnionemu czyni lepszym nasze serce i nie utraci ono swojej nagrody (por. Mt 10,42). W chwili śmierci w skarbcu naszej nieśmiertelnej duszy przeniesiemy w wieczność na zawsze to, co w niej zgromadziliśmy: dobro lub zło.

 

Dom na skale i na piasku

Czemu to wzywacie Mnie: Panie, Panie, a nie czynicie tego, co mówię?46 Pokażę wam, do kogo podobny jest każdy, kto przychodzi do Mnie, słucha słów moich i wypełnia je.47 Podobny jest do człowieka, który buduje dom: wkopał się głęboko i fundament założył na skale. Gdy przyszła powódź, potok wezbrany uderzył w ten dom, ale nie zdołał go naruszyć, ponieważ był dobrze zbudowany.48 Lecz ten, kto słucha, a nie wypełnia, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. [Gdy] potok uderzył w niego, od razu runął, a upadek jego był wielki.49 (Łk 6,46-49)

1. Fundament miłości lub nieprawości. Są tacy, którzy słuchają Jezusa i budują dom swojego życia na mocnym fundamencie Jego nauki, którym jest miłość. Inni natomiast słuchają słów Zbawiciela, ale w konkretnym życiu nie kierują się miłością, lecz egoizmem, sprytem stojącym na jego usługach, obojętnością na los biednych i wrogością. Ten wybrany przez nich fundament podobny jest do piasku, na którym nie można zbudować nic trwałego. Pięknym komentarzem do słów Jezusa o dwóch typach budowniczych może być Psalm 37. Znajdują się w nim cenne rady i spostrzeżenia: „Odstąp od złego, czyń dobro, abyś mógł mieszkać na wieki, bo Pan miłuje sprawiedliwość i nie opuszcza swych świętych; nikczemni wyginą, a potomstwo występnych będzie wytępione. Sprawiedliwi posiądą ziemię i będą mieszkać na niej na zawsze. Usta sprawiedliwego głoszą mądrość i język jego mówi to, co słuszne. Prawo jego Boga jest w jego sercu, a jego kroki się nie zachwieją. Występny czatuje na sprawiedliwego i usiłuje go zabić, lecz Pan nie zostawia go w jego ręku i nie pozwala skazać, gdy stanie przed sądem. Miej nadzieję w Panu i strzeż Jego drogi, a On cię wyniesie, abyś posiadł ziemię; zobaczysz zagładę występnych. Widziałem, jak występny się pysznił i rozpierał się jak cedr zielony. Przeszedłem obok, a już go nie było; szukałem go, lecz nie można było go znaleźć. Strzeż uczciwości, przypatruj się prawości, bo w końcu osiągnie [ten] człowiek pomyślność. Wszyscy zaś grzesznicy będą wyniszczeni, potomstwo występnych wyginie. Zbawienie sprawiedliwych pochodzi od Pana; On ich ucieczką w czasie utrapienia. Pan ich wspomaga, wyzwala; wyzwala ich od występnych i zachowuje, do Niego bowiem się uciekają. (Ps 37,27-40)

Może się wydawać, że w życiu nie zawsze jest tak, jak to opisuje psalmista, bo występni nieraz do końca życia gnębią ludzi prawych, wykorzystują ich, niesłusznie oskarżają, a nawet zabijają. Może się tak zdarzyć. Jednak ludzie prawi zamieszkają w na wieki w mieszkaniu Ojca niebieskiego, nieprawi natomiast tam się nie dostaną. Ich mieszkania w niebie pozostaną na wieki puste. Nagrodą dla nikczemnych będzie tylko przemijający ziemski dobrobyt i podobnie krucha jak on chwała. Historia zapełniona jest różnymi „wielkimi” ludźmi, do których odnoszą się wspomniane już słowa psalmu: „Widziałem, jak występny się pysznił i rozpierał się jak cedr zielony. Przeszedłem obok, a już go nie było; szukałem go, lecz nie można było go znaleźć. (Ps 37,35-36) Po tych „wielkich” złoczyńcach pozostaje jedynie wspomnienie, że kiedyś żyli na ziemi. Ich świetność jednak przeminęła na zawsze.

 

2. Pozorne budowanie na skale. Jezus zwrócił uwagę na pewną formę pozornej religijności, która nie zapewnia zbawienia. Powiedział: „Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia? Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!” (Mt 7,21-23)

Samo mówienie „Panie, Panie”, np. w czasie liturgii, w posługiwaniu się charyzmatem prorockim, w czasie wypędzania złych duchów nie zapewni nikomu zbawienia, jeśli nie będzie połączone z wypełnianiem woli Bożej w osobistym życiu. Wypowiadanie słów do Boga nie jest dostatecznym dowodem łączności z Nim. Jezus powiedział, że ten, kto pełni wolę Jego ojca, który jest w niebie, jest dla Niego „bratem, siostrą i matką” (Mt 12,50). Ten, kto pełni wolę Boga, buduje nie na piasku, lecz na skale. Religijność ograniczona do wypowiadania pobożnych słów i różnych praktyk religijnych – bez życia opartego na Bożych przykazaniach – może się okazać bardzo niebezpiecznym i zwodniczym złudzeniem. Wszystkie bowiem „pozory pobożności” (por. 2 Tm 3,1-5), wymawianie imienia Bożego może być jakby przykryciem życia, które nie jest „boże”, gdyż nie jest ułożone według woli Boga, Jego pragnień, przykazań. Pobożne słowa mogą zamykać oczy na to, że buduje się nie na skale, lecz na piasku. O ludziach zachowujących pozory pobożności św. Paweł powiedział: „Twierdzą, że znają Boga, uczynkami zaś temu przeczą, będąc ludźmi obrzydliwymi, zbuntowanymi i niezdolnymi do żadnego dobrego czynu” (Tt 1,16).

 

3. Wody wezbrane uderzyły w dom. W przypowieści o domach zbudowanych na piasku i na skale Jezus mówi o wielkiej próbie, jakiej zostanie poddana jedna i druga budowla. Przyszła „powódź, potok wezbrany uderzył w ten dom” (Łk 6,48-49). Potok uderzył w dom zbudowany na sypkim piaskowym podłożu i w drugi, zbudowany na skale. Jeden runął, drugi się ostał. Tą wezbraną przez powódź wodą, tym potokiem mogą być różne próby i prześladowania, na jakie jest narażony każdy człowiek na ziemi. Tym potokiem są również ataki szatana, pokusy bogactwa, władzy, sławy itp. Jednak ostateczną próbą budowli życia jest śmierć. Ona jest tym wezbranym potokiem i powodzią. Nikt jej nie uniknie. Zniszczy ona budowlę, którą było życie oparte na gromadzeniu bogactw, szukaniu władzy, próżnej sławy, egoistycznych przyjemności i rozrywek. Nic z takiej budowli nie pozostanie po śmierci. Nikt nie przeniesie na drugi świat swojej ziemskiej władzy, sławy ani swoich bogactw. Wyraził to żartobliwie papież Franciszek, zauważając, że nigdy nie widział, aby na pogrzebie za zmarłym jechał autobus z jego majątkiem. Przetrwa natomiast powódź i potok śmierci budowla życia opartego na szczerej i ofiarnej miłości. Miłość Boża, rozlewana w sercach przez Ducha Świętego (Rz 5,5), jest bowiem potężniejsza od śmierci. „Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko” (Pnp 8,7).

 

4. A upadek jego był wielki. Jezus zaznacza, że upadek domu zbudowanego na piasku „był wielki” (Łk 6, 49). Oznacza to wielkość winy nieroztropnego budowniczego. Słuchał on bowiem słów Jezusa, ale ich nie wypełniał. Może w swoim umyśle tworzył sobie ze słów Jezusa jakąś wspaniałą budowlę teologiczną, która go fascynowała, jednak życia nie zmieniał. Nie było ono budowane na skale, którą jest Ewangelia i przykazanie miłowania Boga ponad wszystko, a bliźniego tak, jak Chrystus każdego miłuje (por. J 13,34). Życie miało inny fundament: egoizm. Egoistyczne zaś postępowanie przy pełnej znajomości nauki Jezusa staje się poważną winą, wielkim upadkiem i rujnowaniem siebie. Wielkim – bo całkowicie świadomym i dobrowolnym. I tak na tych, którzy zetknęli się z Ewangelią Jezusa, spełniają się słowa prorockiej zapowiedzi starca Symeona, który do Maryi powiedział: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu” (Łk 2,34). Ci, którzy słyszą słowo Boże, albo stale coraz bardziej się uświęcają, albo coraz bardziej upadają.

 

5. Różne kształty domów budowanych na skale. Fundament życia musi być zawsze taki sam: Chrystus, Jego nauka. Jednak budowle życia wzniesione na tym jedynym fundamencie będą różne, zależnie od powołania. Wszyscy mamy się kierować miłością i pobożnością, jednak życie każdego człowieka, oparte na tych cnotach, będzie nieco inne. Zwraca na to uwagę św. Franciszek Salezy. Oto kilka z jego cennych uwag:

„Bóg stwarzając świat rozkazał roślinom przynosić owoc "każdej według swego rodzaju". Podobnie też nakazuje chrześcijanom, żywym roślinom swego Kościoła, aby przynosili owoce pobożności odpowiednio do stanu i powołania. Inaczej rozwijać ma pobożność człowiek wyżej postawiony, inaczej rzemieślnik lub sługa, inaczej książę, inaczej wdowa, inaczej dziewica lub małżonka. Nawet i to nie wszystko. Trzeba jeszcze, aby każdy rozwijał pobożność odpowiednio do swych sił, zajęć i obowiązków.

Powiedz mi, proszę, Filoteo, czy byłoby rzeczą właściwą, gdyby biskupi zapragnęli żyć w samotności jak kartuzi, gdyby ludzie żonaci nie więcej starali się o powiększenie dóbr materialnych niż kapucyni, gdyby rzemieślnik cały dzień spędzał w kościele jak zakonnik, a znowu zakonnik był wystawiony na wszelkiego rodzaju spotkania i sprawy, jak ci, którzy zobowiązani są śpieszyć bliźnim z pomocą, na przykład biskup? Czyż taka pobożność nie byłaby śmieszna, nieuporządkowana i nieznośna? A tymczasem tego rodzaju pomyłki i nieporozumienia zdarzają się bardzo często.

Otóż nie, moja Filoteo: pobożność, jeżeli jest prawdziwa i szczera, niczego nie rujnuje, ale wszystko udoskonala i dopełnia. Kiedy zaś przeszkadza i sprzeciwia się prawowitemu powołaniu lub stanowi, z pewnością jest fałszywa. Pszczoła tak zbiera miód z kwiatów, iż nie doznają one żadnej szkody. Pozostawia je nienaruszone i świeże, tak jak je zastała. Otóż prawdziwa pobożność czyni więcej: nie tylko nie przeszkadza żadnemu powołaniu, żadnemu zajęciu, ale przeciwnie, wszystko doskonali i ozdabia.

Podobnie jak szlachetne kamienie wrzucone do miodu nabierają większego blasku jaśniejąc zgodnie ze swą barwą, tak też powołanie każdego człowieka doskonali się i staje się pożyteczniejsze, gdy łączy się z nim pobożność. Pobożność sprawia, iż kierowanie rodziną staje się pełne pokoju, że bardziej szczera staje się miłość małżonków, a posłuszeństwo należne władzy pełniejsze, że wszelkie inne zajęcia stają się przyjemniejsze i bardziej powabne.

Błędem jest zatem, nieomal herezją, usuwanie pobożności z wojskowych koszar, z rzemieślniczych warsztatów, z dworu książąt, z mieszkań małżonków. To prawda, droga Filoteo, że powołanie czysto kontemplacyjne, monastyczne i klasztorne nie może być urzeczywistniane przy tego rodzaju obowiązkach i zajęciach. Jednakże oprócz tych trzech rodzajów pobożności istnieje wiele innych, które zdolne są udoskonalić ludzi żyjących w stanie świeckim. Gdziekolwiek zatem jesteśmy, możemy i powinniśmy dążyć do doskonałości." (Wprowadzenie do życia pobożnego, część 1, rozdz. 3)

 

6. Na ziemi można odbudować zwalony dom. Zdarza się, że ktoś w młodości zafascynował się Chrystusem. Zaczął szczerze budować dom swojego życia na fundamencie Jego nauki. Ale potem gorliwość opadła. Różne pokusy uderzyły jak powódź w człowieka. Porzucił więc dawną gorliwość. Zaczął budować inne życie, według wzorców otaczającego świata. Runęły ideały młodości, ktoś lub coś zajęło miejsce Boga i duchowa budowla życia zaczęła się chwiać. Osłabła, a może nawet zupełnie się rozpadła. Zastąpił ją dom budowany na piasku bogactwa, przyjemności, rozrywek, konsumpcji. Czy wszystko zostało stracone? Nie. Póki żyjemy na ziemi, można odbudować zwalony dom i postawić na jego miejsce nowy, rzeczywiście zbudowany na skale, którą jest Chrystus. Po śmierci nie ma już możliwości odbudowy. W wieczność przenosi się w dom zbudowany na fundamencie miłości – może wielokrotnie walony i odbudowywany – albo gruzy tej budowli, ruiny egoizmu, nienawiści i wiecznego grzechu.

Aby odbudowywać rozpadający się dom swojego życia, trzeba odwrócić wzrok od złych planów budowy, które proponują społeczeństwa zarażone konsumpcją, egoizmem, wykorzystywaniem ludzi, deptaniem ich godności. Trzeba wzrok utkwić w Bogu i ciągle zadawać sobie pytanie: Czy mogą robić to, czego On nie czyni? Czy mogę być okrutny, nieczuły na cudze cierpienie, egoistyczny, skoro On nie jest bezlitosny ani złośliwy? W odkrywaniu tego, jaki jest Bóg, pomoże mi Pismo Święte, czytane regularnie i rozważane. Siły do odbudowywania zwalonego domu świętości znajdę w kontakcie z Chrystusem, na modlitwie, w sakramencie spowiedzi i Eucharystii. Jeśli utkwię wzrok w Bogu, to odbuduję zwalony dom życia i nie wniosę w wieczność straszliwych ruin.

 

Autor komentarza: ks. Michał Kaszowski


 



Powrót do strony głównej

Tytuły rozważań