Powrót do strony głównej

Tytuły rozważań


ROZWAŻANIE EWANGELII WEDŁUG ŚW. ŁUKASZA

ROZDZIAŁ 10


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19


Wysłanie siedemdziesięciu dwóch uczniów przez Jezusa

Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał.1 Powiedział też do nich: żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo.2 Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki.3 Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie!4 Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: Pokój temu domowi!5 Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was.6 W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu.7 Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą;8 uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże.9 Lecz jeśli do jakiego miasta wejdziecie, a nie przyjmą was, wyjdźcie na jego ulice i powiedzcie:10 Nawet proch, który z waszego miasta przylgnął nam do nóg, strząsamy wam. Wszakże to wiedzcie, że bliskie jest królestwo Boże.11 Powiadam wam: Sodomie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu.12 (Łk 10,1-12)

 

1. Powszechna misja przygotowywania serc ludzkich na przyjęcie Jezusa. Nie tylko dwunastu apostołów miało przygotowywać ludzi na przyjęcie Jezusa. Do nich dołączyło jeszcze siedemdziesięciu dwóch i innych uczniów. Jezus powiększył liczbę tych, którzy mieli przygotowywać serca ludzie na Jego przyjęcie, ponieważ coraz bardziej bliska stawała się chwila Jego śmierci. Chciał więc, aby było wielu takich, którzy także po Jego zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu nadal będą go głosić braciom i siostrom. Apostołowie i siedemdziesięciu dwóch rozesłanych przez Jezusa Jego uczniów – to przedstawiciele wszystkich Jego posłańców, którzy przez wieki trwania Kościoła będą zachęcać do otwierania drzwi serc Jezusowi. To zadanie jest jednym z najważniejszych, jakie mają spełnić rodzice wobec swoich dzieci. Swoim przykładem, słowem, modlitwą, ponoszonymi ofiarami mają zrobić wszystko co możliwe, aby ich dzieci otwarły się na Jezusa i aby w przyszłości nigdy Go nie wyrzuciły ze swojego życia. Dlatego powinni swoją modlitwą i wyrzeczeniami przez całe życie wspierać swoje dzieci w tym, by trwały przy Chrystusie. Mają im w ten sposób stale towarzyszyć, nawet wtedy gdy wyprowadzą się z domu i zamieszkają gdzieś daleko.

 

2. Modlitwa o gorliwych współpracowników Pana. Prowadzenie do Boga, do zbawienia to wielka praca – jakby ogromne żniwo. Wszyscy uczniowie Jezusa mają jedni drugim pomagać wytrwać przy Nim i równocześnie prowadzić innych do Niego. Tacy uczniowie – robotnicy wielkiego żniwa – będą potrzebni we wszystkich czasach. Będzie ich potrzeba wielu. Dlatego Jezus wzywa do proszenia Boga, Pana żniwa,  by posłał ich wielu. To wezwanie brzmi przez wieki. W każdym czasie potrzeba modlitwy o powołania kapłańskie, zakonne, misyjne. Potrzeba również gorliwej modlitwy o to, by wszyscy powołani przez Boga odpowiedzieli Bogu wspaniałomyślnie i stali się dobrymi pracownikami, którzy nie będą zbierali plonów dla siebie, lecz dla Boga. W naszych czasach potrzeba na wszystkich kontynentach wielu gorliwych uczniów Chrystusa, którzy będą przypominali światu, że bez pomocy Boga, o którym powszechnie zapomniano, nie można rozwiązać tych wszystkich trudności, w jakich znalazły się państwa, społeczności, rodziny, a nawet – środowisko naturalne.

 

3. Ciągle są potrzebni nowi pracownicy na żniwie Pańskim. Wielu robotników na żniwie Pana potrzeba nie tylko dlatego, że stworzenia nie znają już  Boga, swojego Stwórcy, zapomniały o Nim. A nawet duża ilość wierzących nie rozumie do końca, że ich zbawienie pochodzi od Boga, że ich Odkupicielem jest Jezus. Może nie negują tej prawdy, wierzą w nią, jednak nie rozumieją w pełni, jaka jest jej najgłębsza treść. Przyjąć prawdę o Bogu Stwórcy, o Jezusie Odkupicielu i o Duchu Świętym uświęcającym nas, znaczy uznać bez zastrzeżeń to, co powiedział Jezus: „beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,5). Bez Niego, bez Ojca niebieskiego, bez pomocy Ducha Świętego naprawdę nie potrafimy trwać w czynieniu dobra. Ta fundamentalna prawda o nas, stworzeniach, została w wielu wymazana przez pychę, która mówi człowiekowi: wszystko potrafisz, wszystko umiesz sam zrobić. Trzeba więc również dzisiaj wielu takich, którzy niestrudzenie będą przypominać prawdę, że sam, od siebie i bez żadnej pomocy potrafi działać tylko Bóg. My, jako stworzenia, tak działać nie potrafimy. Kto nie chce uznać tej podstawowej prawdy, ten zostanie pozostawiony swojej słabości. Ponieważ ludzkość w dużej części chce działać bez Boga, w oparciu o swoje potężne banki, różne sojusze polityczne, ponieważ pragnie rozwiązywać różne problemy bazując wyłączne na tym, co dumnie nazywa „nauką”, dlatego jest pozostawiona samej sobie i musi ponosić konsekwencje swojej bezsilności i swojego zepsucia, którego nie pozwala uleczyć łasce Bożej. Trzeba wielu robotników, którzy rozpoczną krucjatę nawoływania do autentycznego powrotu do Boga, aby dzięki mocy Ducha Świętego zmieniło się oblicze naszej ziemi: aby pokój zastąpił wojny, miłość – nienawiść; dobroć – egoizm, hojność i dzielenie się – chciwość.

 

4. Owce między wilkami. Posyłanym uczniom Jezus powiedział: „Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki.” (Łk 9,3) Przez to dał im do zrozumienia, że w wielu wypadkach spotkają się ze złym przyjęciem. Ale w słowach Jezusa jest jeszcze zawarty nakaz. Ten mianowicie, że Jego posłańcy mają się zawsze zachowywać nie jak wilki, lecz jak owce. Nawet jeśli spotkają się z agresją, to nie powinni na nią odpowiadać w podobny sposób. Mają być łagodni jak owce i niestrudzeni w przebaczaniu. Nie mogą się upodobnić do wilków. Mają pozostać owcami z owczarni Jezusa, Dobrego Pasterza.

 

5. Ufać i bez zwlekania wypełnić powierzoną przez Boga misję. Rada Jezusa: „Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie! (Łk 10,4) – to wezwanie, by Jego uczniowie we wszystkim całkowicie zaufali Bogu i nie robili niczego, co mogłoby opóźnić wypełnienie zleconej im misji. Nie powinni więc tracić czasu na przygotowywanie zbędnego bagażu na drogę. Zakaz pozdrawiania nie dotyczy tego, by spotykanych po drodze ludzi przywitać krótkim zwyczajowym powitaniem, lecz – wdawania się w dłuższe i banalne rozmowy z nimi. Jezus daje do zrozumienia swoim uczniom, że Jego polecenia są najważniejsze i że nie wolno bez powodu opóźniać ich wykonania. A bezowocne i długie rozmowy z ludźmi mogłyby to opóźnienie spowodować.

 

6. Przychodzić z pokojowym nastawieniem. Jezus i Jego Matka do wszystkich ludzi podchodzili z wielkim szacunkiem, życzliwością i miłością. Dlatego Zbawiciel wymaga czegoś podobnego od wszystkich swoich uczniów, także od tych, których rozesłał do miejscowości, do których miał się udać. Nie powinni oni do nikogo podchodzić z uprzedzeniem, ze złym nastawieniem, z niechęcią. Przeciwnie, wchodząc do domów powinni życzyć ich mieszkańcom wielkiego daru Bożego, którym jest duchowy pokój. „Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: Pokój temu domowi! (Łk 10,5) Jeśli trafią na człowieka godnego pokoju, to ich życzliwość powiększy jego duchowy pokój i radość. Może się jednak zdarzyć, że zetkną się z człowiekiem, w którym nie ma pokoju, bo kieruje się on nienawiścią, zazdrością, jest agresywny, nie przebacza. Taki człowiek nie dopuszcza do swojego wnętrza daru pokoju. Żyje bowiem jakby w stałej walce z bliźnimi, a nawet z samym Bogiem, bo z nienawiścią odnosi się do Jego prawa. Jezus poucza swoich uczniów, że jeśli nawet takiemu człowiekowi będą życzyć pokoju, to nic nie stracą. Pokój bowiem powróci do nich, to znaczy zwiększy się ich radość i spokój duchowy. Wzmocni się on przez to, że byli życzliwi dla innych, a przez to otwarli się na dar Bożego pokoju. W przeciwieństwie do człowieka, który przez swoją złośliwość nie dopuszcza do siebie spokoju, osiągną wielkie uspokojenie wewnętrzne. Złośliwy człowiek będzie musiał trwać w swoim niepokoju i rozdrażnieni tak długo, aż porzuci swoją złość, agresywność, pragnienie mszczenia się i zadawania innym cierpień.

 

7. Jedzcie, co wam podadzą. Jezus zezwolił swoim uczniom przyjąć wynagrodzenie za swoją posługę w formie udzielonej im gościny i wyżywienia. Stwierdził, że „zasługuje robotnik na swoją zapłatę” (Łk 10,7). Jego uczniowie nie powinni jednak być wybredni i wymagający. Mają więc jeść to, co im gospodarze podadzą (Łk 10,7). Nie powinni więc domagać się niczego lepszego, smaczniejszego. Nie powinni też zmieniać miejsca zamieszkania i przechodzić „z domu do domu” nawet wtedy, gdy ktoś im zaproponuje mieszkanie bogatsze i wygodniejsze. Jezus chciał, aby ich bezinteresowność, skromność i łagodność były znakami ich wiarygodności i prawdziwości tego, co głoszą.

 

8. Strząśnięcie prochu z nóg. Jezus przygotował swoich uczniów na odrzucenie, którego mogą doznać. Dał im następującą wskazówkę: „Lecz jeśli do jakiego miasta wejdziecie, a nie przyjmą was, wyjdźcie na jego ulice i powiedzcie: Nawet proch, który z waszego miasta przylgnął nam do nóg, strząsamy wam.” (Łk 10,10-11). O co chodzi w tym pouczeniu? Otóż uczniowie Jezusa mają zrobić wszystko, co w ich mocy, by swoim zachowaniem nikogo nie zniechęcić do przyjęcia Zbawiciela i głoszonego przez Niego królestwa Bożego. A więc mają być łagodni jak baranki, wnosić pokój w ludzkie serca, życzyć go. Nie powinni też szukać własnej korzyści, wygód, dobrego jedzenia itp. Jeśli jednak nikogo nie urażą ani nie zgorszą, a mimo to nie zostaną przyjęci w jakiejś miejscowości, to nie powinni się narzucać ze swoją posługą. Mają uszanować wolny wybór ich mieszkańców. Mogą odejść, a na znak tego, że nie mają nic wspólnego z odrzuceniem Jezusa, powinni strząsnąć nawet kurz, który przykleił się w tej miejscowości do ich stóp. To otrząśnięcie kurzu może mieć jeszcze inne znaczenie symboliczne. Może oznaczać: ponieważ nie chcecie przyjąć Jezusa, który oczyszcza z kurzu i brudu duchowego, to musicie w tym brudzie pozostać. Zostawiamy wam ten brud, z którego mogliście się oczyścić.  Będziecie trwać w swojej duchowej nieczystości tak długo, aż przyjmiecie Tego, który obmywa z każdego grzechu: Jezusa-Zbawiciela.

 

9. Bardzo krótka ewangelizacja. Uczniowie Jezusa mają przekazać Ewangelię Jezusa nie tylko tym, którzy ich przyjmą. Powinni bardzo krótko pouczyć także tych, którzy odrzucą ich i Tego, który ich posłał. Po strząśnięciu prochu mają powiedzieć nieprzychylnym mieszkańcom różnych miejscowości: „Wszakże to wiedzcie, że bliskie jest królestwo Boże.” (Łk 10,11) Mają zatem powtórzyć słowa, które sam Jezus przekazywał ludowi: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże, nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1,15; por. Mt 3,2; por. Mt 4,17). To krótkie pouczenie o bliskim królestwie Bożym ma być bardzo treściwym darem słowa Bożego dla tych, którzy nie przyjęli ani uczniów Jezusa, ani Jego samego.

Nieraz, gdy chcemy innym głosić Jezusa, powtarza się to, co spotykało pierwszych Jego uczniów: odrzucenie, niechęć, kpina, wyśmianie, rozdrażnienie itp. Trudno dużo mówić o Zbawicielu ludziom przyjmującym podobne postawy bez wywołania ich agresji. Jednak nawet im trzeba przekazać coś, co jest ogromnie ważne dla ich zbawienia. Trzeba im podać Ewangelię jakby „w pigułce”, czyli w wielkim streszczeniu albo nawet w jednym zdaniu. Jeśli będziemy chcieli, to Duch Święty nam podpowie, co mamy powiedzieć tym, którzy wyśmiewają się z głoszonej przez nas prawdy Bożej. Trzeba jednak Go naprawdę o to poprosić. Wystarczy w czasie rozmowy z kimś powiedzieć w swoim sercu: „Duchu Święty oświeć mnie i ich, (ją, jego). Nieraz można wypowiedzieć takie zdanie: „Czy ktoś w to wierzy czy nie, to i tak odpowie po śmierci przed Bogiem za całe swoje życie.” Albo: „Czy ktoś w to wierzy czy nie wierzy, to po śmierci będzie szczęśliwy lub nieszczęśliwy, bo gdy kończy się to życie to nie cały człowiek umiera”. Nawet jedno zdanie zawierające prawdę Bożą może kogoś doprowadzić do nawrócenia w przyszłości.

 

10. Również w nas może powstać Boże królestwo. Posłanym uczniom Jezus nakazał mówić o bliskim królestwie Bożym na dwa sposoby – w zależności od tego, czy zostaną przyjęci lub odrzuceni. Tym, którzy przyjmą ich i zapowiedzianego im Mesjasza, mają powiedzieć: „Przybliżyło się do was królestwo Boże”. (Łk 10,9) Natomiast na ulicach miasteczek, które ich odrzuciły, po strząśnięciu prochu z nóg mają powiedzieć: „Wszakże to wiedzcie, że bliskie jest królestwo Boże”. (Łk 10,11) Ten zróżnicowany sposób mówienia wskazuje na to, że królestwo Boże to pewna rzeczywistość, która powinna znaleźć się w nas: w naszym sercu, w naszej duszy, w naszej woli, w naszym umyśle, w naszych uczuciach. Staje się ono obecne w nas, jeśli na to dobrowolnie się zgodzimy. Ta zgoda polega na tym, że Bogu pozwalamy pokierować naszą wolą, naszym myśleniem, naszymi pragnieniami. Pozwalając Mu kierować sobą, czynimy Go Królem tej części Jego królestwa, która pojawiła się w całej naszej osobowości. Jeśli jednak ktoś zupełnie świadomie odrzuca Chrystusa i posłańców, którzy Go głoszą, to taki człowiek nie dopuszcza do zbudowania królestwa Bożego w swoim sercu. To królestwo jest blisko, jednak serce ludzkie pozostaje jeszcze daleko od niego. Nie wystarczy ogłosić Chrystusa Królem jakiegoś narodu, aby królestwo Boże pojawiło się w sercach jego mieszkańców. Aby było ono naprawdę blisko nas, musi pojawić się w naszym osobowym wnętrzu przez powierzenie całego naszego życia pełnemu królowaniu Jezusa. Ten, który jest Panem, Władcą i Królem wszystkiego, ma jeszcze zapanować nad naszym myśleniem, pragnieniami, decyzjami, uczuciami. Jednak w te dziedziny naszej osobowości nie chce On się wdzierać przemocą. Czeka na naszą dobrowolną decyzję – ściślej: na ciągłe codzienne powtarzanie naszej zgody na Jego pełne miłości królowanie w nas.

 

11. Uzdrawianie chorych. Jezus polecił swoim uczniom uzdrawiać chorych. Jako prawdziwy Bóg potrafił udzielić takiej władzy tym, których do tego wybrał. Przez dokonywane uzdrowienia mieli oni uświadamiać ludziom, że Boże królestwo, czyli królowanie wszechmocnego Boga jest naprawdę blisko. Również dzisiaj Bóg udziela charyzmatu uzdrawiania niektórym osobom. Przez cuda uzdrowień mają oni również dzisiejszemu pokoleniu pokazywać, że nie jest porzucone przez Boga. On, Istota wszechmogąca, stale jest z nami i pragnie nam pomagać. Dlatego zawsze najpierw do Niego powinniśmy się zwrócić w naszych codziennych potrzebach i kłopotach. On zawsze nam odpowie, bo jest kochającym Ojcem.

 

12. Miasta przyjmujące lub odrzucające Jezusa. W jednych miejscowościach przyjmowano Jezusa lepiej, w innych – gorzej, a jeszcze w innych zupełnie Go odrzucano. Te miasta i wioski symbolizują pojedynczych ludzi. Każdy bowiem człowiek – podobnie jak wioski i miasta – ma swoich „mieszkańców”. Są nimi różne myśli, poglądy, opinie, odczucia, plany, pragnienia, pożądania, decyzje. Wszystko to „mieszka” w człowieku jak ludzie w miastach i wioskach. Niektórzy pozwalają na to, aby zamieszkał w nich także Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Inni na to nie zezwalają. Czymś niezmiernie ważnym jest dla mnie to, jakim jestem „miastem”: takim, które przyjmuje Jezusa lub takim, które Go ignoruje albo całkowicie odrzuca i znieważa.

 

13. Sodomie będzie lżej... O miastach, które nie przyjęły uczniów Jezusa, powiedział On: „Powiadam wam: Sodomie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu.” (Łk 10,12). Mieszkańcy Sodomy dopuszczali się bardzo złych czynów. Być może nie popełniano ich w tych miejscowościach, które odrzuciły posłańców Jezusa i Jego samego. Jednak to odrzucenie okaże się większym przestępstwem, niż grzechy Sodomy. Surowa kara spotka miasta odrzucające Jezusa, bo otrzymały o wiele więcej łask niż Sodoma. Mieszkańcy tego zepsutego miasta mieli jedynie sumienie, które pouczało ich, jak powinni postępować, natomiast ludzie z czasów Chrystusa mieli o wiele większą pomoc. Słyszeli o Jego cudach i mogli Go nawet przyjąć osobiście. Ponieważ tego nie zrobili, będą musieli się rozliczyć przed Bogiem w tajemniczym „dniu”, który Jezus zapowiedział. Bóg zawsze sprawiedliwie osądza według zasady: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą” (Łk 12,48).

Upomnienie opornych miast

Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno by się nawróciły, siedząc w worze pokutnym i w popiele.13 Toteż Tyrowi i Sydonowi lżej będzie na sądzie niżeli wam.14 A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do otchłani zejdziesz!15 Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał.16 (Łk 10,13-16)

1. Przed Bogiem nie ma odpowiedzialności zbiorowej. Jezus wypowiedział ostre słowa pod adresem miast, które nie nawróciły się, chociaż On sam w nich przebywał i dokonał w nich wiele cudów. Wymienił Korozain, Betsaidę, Kafarnaum. Nie znaczy to, że na sądzie każdy mieszkaniec tych miast zostanie potraktowany tak samo. Bóg jest sprawiedliwy. Okaże więc miłosierdzie tym, którzy Go przyjęli, chociaż mieszkali w tych miastach, które Jezus surowo upomniał z powodu ich niewiary i braku pokuty.

 

2. Sąd Boży bardziej sprawiedliwy od ludzkiego. Bóg ocenia bardziej sprawiedliwie niż my, ludzie. My w ocenach zwykle zwracamy uwagę na zewnętrzny sposób postępowania człowieka, nie biorąc pod uwagę jego wewnętrznego nastawienia ani zdolności i darów łaski, jakie otrzymał. Otrzymana od Boga i ludzi pomoc oraz posiadane zdolności są bowiem zakryte przed naszym poznaniem. Tylko Bóg wie, jakich darów udzielił człowiekowi, i co on z nimi zrobił. Na sądzie Bożym okaże się, że ci, którzy w zachowaniu byli podobni do bardzo zepsutych miast, które wymienia Jezus (Sodoma, Tyr, Sydon), będą osądzeni przez Boga z większym miłosierdziem niż ci, którzy są podobni do miast pozornie mniej zepsutych, takich jak Korozain, Betsaida i Kafarnaum. Na sądzie Bożym okaże się, że wielu chrześcijan, pozornie dobrych, było gorszymi grzesznikami niż wyznawcy innych religii, którzy dopuścili się wielu bardzo złych czynów. Dla nich brak tych darów, które otrzymali chrześcijanie, będzie czynnikiem pobudzającym Boga do okazania im swojego wielkiego miłosierdzia.

 

3. Sprawdzian, jak naprawdę taktujemy Boga. Niektórzy skarżą się, że gdyby nie ludzie, to bardzo kochaliby Boga. Często za takim mówieniem kryje się wielkie złudzenie, gdyż nasze prawdziwe traktowanie Boga podobne jest do naszego traktowania bliźnich. Jezus powiedział do swoich uczniów: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10,16) Jeśli ktoś gardzi kimś, kto głosi słowo Boże, to gardzi samym Bogiem, bo nie ma szacunku do Jego słowa. Św. Jan wyjaśnił też, że jeśli ktoś nie miłuje bliźniego, to nie kocha Boga, nawet gdyby mu się wydawało, że darzy Pana wielką miłością. „Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi.” (1 J 4,20) „Kto twierdzi, że żyje w światłości, a nienawidzi brata swego, dotąd jeszcze jest w ciemności. Kto miłuje swego brata, ten trwa w światłości i nie może się potknąć. Kto zaś swojego brata nienawidzi, żyje w ciemności i działa w ciemności, i nie wie, dokąd dąży, ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy”. (1 J 2,9-11)

 

4. Słuchanie Chrystusa mówiącego przez swoich uczniów. Można spotkać ludzi, którzy mówią: „Bóg, Chrystus – tak; Kościół – nie”. Pouczeniem dla tych, którzy tak mówią i myślą, są słowa samego Jezusa. Do swoich uczniów i do nas wszystkich powiedział On: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał.” (Łk 10,16) W słowach Jezusa znajdujemy bardzo ważne dla nas wszystkich pouczenie. To mianowicie, że nie wolno lekceważyć żadnego człowieka, który wypowiada nam słowo Boże: od papieża aż po małe dziecko. Nikogo. Jeśli bowiem wzgardzimy którymś z tych „wielkich” lub „małych” uczniów Chrystusa, to wzgardzimy Nim samym i Jego Ojcem, który Go posłał.

 

Powrót rozradowanych siedemdziesięciu dwóch uczniów  (Łk 10, 17-20)

Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością mówiąc: Panie, przez wzgląd na Twoje imię, nawet złe duchy nam się poddają.17 Wtedy rzekł do nich: Widziałem szatana, spadającego z nieba jak błyskawica.18 Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze19 przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi. Jednak nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie.20 (Łk 10, 17-20)

1. Radość z powodu potęgi Jezusa. Można przypuszczać, że przed udaniem się do różnych miejscowości przynajmniej niektórych z wysłanych przez Jezusa siedemdziesięciu dwóch uczniów ogarniał pewien niepokój: Jak to będzie? Czy dam sobie radę? Czy wystarczy mi łagodności, jeśli mnie gdzieś nie przyjmą? Trema, pewien niepokój to emocje bardzo rozpowszechnione. Wrócili jednak bardzo rozradowani. Okazało się, że Jezus jest tak potężny, że na Jego imię nawet złe duchy im się poddawały. W czasie swojej misji uczniowie odkryli to, co św. Paweł wyraził słowami: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia.” (Flp 4,13) Każdy z nas może powtórzyć te słowa, jeśli zaufa bez granic Jezusowi, jeśli uwierzy w Jego moc. Wiara bowiem nie tylko przenosi góry (por. Mt 17,20), ale również ogranicza działanie złych duchów na tym świecie.

 

2. Upadek aniołów. W odpowiedzi na radosne stwierdzenie uczniów Jezusa, że przez wzgląd na Jego imię nawet złe duchy im się poddają, usłyszeli słowa: „Widziałem szatana, spadającego z nieba jak błyskawica. (Łk 10,18) Ten upadek zbuntowanego anioła i jego towarzyszy Apokalipsa św. Jana przedstawia następująco: „I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł, i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło. I został strącony wielki Smok, Wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan, zwodzący całą zamieszkałą ziemię, został strącony na ziemię, a z nim strąceni zostali jego aniołowie.” (Ap 12,7-9) Obecnie upadłe duchy walczą z Bogiem na ziemi w ten sposób, że próbują odciągnąć od Niego na zawsze ludzi, których stworzył z miłości i chciałby mieć przez wieczność w swoim domu. Ponieważ Chrystusa zły duch nie potrafi zaatakować bezpośrednio, bo jest zbyt słaby, to jednak usiłuje się za tę porażkę zemścić na Nim w taki sposób, że chce doprowadzić jak najwięcej odkupionych przez Niego ludzi do potępienia. Szatan chce spowodować to, by dla jak największej ilości ludzi odkupienie Jezusa stało się daremne.

 

3. Stała walka duchowa. Od kiedy pojawił się na ziemi człowiek, ujawnił się także upadły anioł: zły duch. Ten, który wraz z innymi zbuntowanymi istotami duchowymi rozpoczął walkę „na niebie” (Ap 12,7), nadal ją prowadzi na ziemi. Ta jego walka z Bogiem i Jego ładem, prawem, przykazaniami trwa bez przerwy – nawet wtedy, gdy nie ma krwawych prześladowań wierzących. Upadłe duchy pozyskują sobie ludzi, którzy wolą bardziej ich słuchać niż Boga. Przez nich niszczą porządek moralny, sprawiedliwość, życie oparte na miłości i miłosierdziu. Przez nich wprowadzają inny ład, oparty na wykorzystywaniu ludzi słabszych, egoizmie, okrucieństwie i mszczeniu się. Każdy człowiek – czy o tym wie czy nie wie – jest wplątany w tę duchową walkę, która „nastąpiła na niebie” (Ap 12,7) i trwa na ziemi.

 

4. Chrystus zapewnia zwycięstwo nad duchami nieczystymi. Upadli aniołowie są potężni. Dlatego walka z nimi jest uciążliwa i trudna. Bez pomocy wszechmogącego Boga zostalibyśmy pokonani przez tych duchowych przeciwników. Są oni niebezpieczni nie tylko ze względu na swoją naturalną moc, ale ponadto przez to, że są dla nas niewidzialni. Bóg jednak ich widzi. Widzą ich także nasi aniołowie stróżowie. Jezus dobrze znał nieczyste duchy i ich taktykę, dlatego posyłając swoich uczniów do różnych miejscowości, dał im władzę nad nimi. Uczniowie Jezusa na własne oczy przekonali się o potędze Jezusa, który nie tylko sam wypędzał złe duchy, ale ponadto swoich posłańców obdarzył podobną mocą. Po powrocie, zdumieni i rozradowani, stwierdzili: „Panie, przez wzgląd na Twoje imię, nawet złe duchy nam się poddają.” (Łk 10,17) Najsłabszy człowiek, umocniony przez Chrystusa, odnosi zwycięstwo nad złymi duchami. Również Maryja – mocą swojego Syna – zmiażdży głowę szatana, jak to zostało zapowiedziane w Księdze Rodzaju: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę.” (Rdz 3,15)

 

5. Źródło trwałej radości. Bóg umacnia tych, którzy Mu na to pozwalają. Jezus udzielił mocy pokonywania złych duchów tym, którzy dobrowolnie zechcieli być Jego uczniami i zgodzili się wypełnić zlecone im posłannictwo udawania się w Jego imię do ludzi. „Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi. (Łk 10,19) Otrzymana moc radowała uczniów Jezusa. Cieszyli się ze zwycięstw nad duchami nieczystymi, jakie odnosili w imię Jezusa. Gdy o tym Mu powiedzieli, usłyszeli pouczenie: „Jednak nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie.” (Łk 10,20) Tymi słowami Jezus pouczył ich, że radość powinni czerpać przede wszystkim z rozważania przyszłego szczęścia w niebie. Nadzieja na to szczęście jest trwałym umocnieniem, źródłem pokoju duchowego i radości. Natomiast zwycięstwa nad złymi duchami, chociaż cieszyły uczniów, nie dają trwałej radości. Są bowiem takie okresy, kiedy wydaje się, że szatan całkowicie panuje nad światem. Tak było w dniu skazania Jezusa na śmierć i ukrzyżowania Go. Uczniom Jezusa mogło się wtedy wydawać, że szatan zwyciężył, że nikt nie ma już nad nim władzy. I dzisiaj szerzące się zło może podsuwać podobne myśli. Dlatego w chwilach przygnębienia, różnych zwątpień trzeba szukać radości w nadziei na takie szczęście, które nigdy nie przeminie i nie zmniejszy się.

 

Boże tajemnice ukryte lub objawione

W tej właśnie chwili Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.21 Ojciec mój przekazał Mi wszystko. Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec; ani kim jest Ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić.22 Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie.23 Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli.24 (Łk 10,21-24)

1. Potrzeba pokory i prostoty serca, by poznać Boga prawdziwego. Bywają teolodzy, którzy znają Boga prawdziwego. Jednak niektórzy z nich znają tylko boga, będącego tworem ich umysłu. Pośród tych, którzy teologii nie studiowali, są tacy, którzy znają Boga prawdziwego, i tacy, którzy Go nie znają. Znajomość Boga zależy od tego, czy ktoś przez swoją pokorę i prostotę pozwala Duchowi Świętemu objawić Boską tajemnicę. Tak się spodobało Ojcu, jak o tym powiedział nam Jezus w swojej modlitwie uwielbienia, rozbudzonej przez Ducha Świętego: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. (Łk 10,21)

 

2. Jezus w pełni objawia Ojca. Istnieje wiele religii, które nie uznają Jezusa Chrystusa za prawdziwego Syna Bożego, współistotnego Ojcu. Jezus poucza, że jeśli ktoś odrzuci Jego objawienie, to nie pozna w pełni Ojca. Powiedział, że nikt „nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec; ani kim jest Ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić. (Łk 10,22) Trzeba się modlić za wyznawców tych religii do Ojca niebieskiego, aby objawił im swojego Syna i aby poznali, kto jest ich Odkupicielem.

 

3. Bardzo wiele otrzymaliśmy bez naszych zasług. Wielu proroków i królów żyjących przed przyjściem Chrystusa na ziemię pragnęło dożyć Jego dni, kiedy będzie On pośród nas. Nie było jednak im to dane. Mieli spotkać swojego Zbawiciela dopiero po śmierci, na zawsze, w niebie. Nam, ludziom współczesnym, też jest dane coś, co nie było dane przeżyć wyznawcom Chrystusa, żyjącym za Jego ziemskich dni. Jego Kościół się rozszerzył na cały świat, mamy sakramenty, Jego Samego w Eucharystii. Nie wszystkim jest to dane. Wielu ludzi urodziło się w rodzinach niechrześcijańskich i nie posiadają tego, co nam zostało podarowane za darmo. Chociaż otrzymaliśmy bez naszych zasług bardzo wiele, to często nie potrafimy za to dziękować. Nawet nie uświadamiamy sobie tego, że posiadamy i widzimy to, co wielu „proroków i królów” pragnęło widzieć, a nie ujrzeli, i usłyszeć, a nie usłyszeli (por. Łk 10,23-24)

 

4. Radość w Duchu Świętym. Kiedy Duch Święty rozbudza w kimś radość, to równocześnie wzbudza modlitwę uwielbienia i wdzięczności. Tak stało się także z Jezusem: „rozradował się w Duchu Świętym” i uwielbiał Ojca: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. (Łk 10,21). Formy radości, których nie rozbudza Duch Święty, nie łączą się z uwielbianiem Boga ani z wdzięcznością. Jezus rozradował się z tego powodu, że Ojciec nie opuścił nas, ludzi. Chociaż bowiem wielu przywódców duchowych nie rozpoznało Go, to jednak pośród prostych ludzi znalazł swoich wyznawców i apostołów. Dzięki temu zrealizuje się plan rozszerzenia chrześcijaństwa na cały świat.

 

Samarytanin wzorem prawdziwej miłości

A oto powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Go na próbę, zapytał: Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?25 Jezus mu odpowiedział: Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?26 On rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego.27 Jezus rzekł do niego: Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył.28 Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: A kto jest moim bliźnim?29

Jezus nawiązując do tego, rzekł: Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli.30 Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął.31 Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.32 Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko:33 podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.34 Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał.35 Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?36 On odpowiedział: Ten, który mu okazał miłosierdzie. Jezus mu rzekł: Idź, i ty czyń podobnie!37 (Łk 10,25-37)

1. Miłość warunkiem osiągnięcia życia wiecznego. Uczony w Prawie dobrze sam sobie odpowiedział na zadane Jezusowi pytanie: „Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” (Łk 10,25) Trzeba po prostu wypełnić przykazanie miłości Boga i bliźniego: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego. (Łk 10,27). Jezus uznał za poprawną odpowiedź uczonego w Piśmie: „To czyń, a będziesz żył. (Łk 10,28) Zbawiciel potwierdzi swoim Boskim autorytetem, że miłość jest konieczne, aby osiągnąć życie wieczne, czyli zbawienie. I nie może być inaczej, Jeśli ktoś chce wejść do nieba, czyli tam, gdzie jeden kocha drugiego, to sam musi kochać. Nie może wejść do domu Ojca niebieskiego, w którym prawem jest miłość, ten, kto  zniszczył ją w sobie przez egoizm, czynienie zła, nienawiść i inne grzechy.

 

2. Kto kocha Boga i bliźniego, ten żyje. Jezus powiedział do uczonego w Prawie, że będzie żył, jeśli spełni przykazanie miłowania Boga ponad wszystko, a bliźniego – jak siebie samego: „To czyń, a będziesz żył.” (Łk 10,28) Nie tylko uczony w Prawie, ale każdy człowiek, który pozwoli w swoim sercu Duchowi Świętemu rozlać Bożą miłość (por. Rz 5,5) będzie żył. Duch Święty da mu moc miłowania Boga ponad wszystko, a bliźniego jak siebie samego. Jeśli będzie się posługiwał tą otrzymaną mocą, to będzie w nim trwało życie Boże, czyli takie, jakim żyje odwiecznie Ten, który jest Miłością. To życie nie pojawi się dopiero po śmierci, w niebie, ale już teraz, na ziemi. Ten, kto pozwoli działać w sobie Duchowi Świętemu, kto będzie z Nim współpracować przez dobrowolne wypełnianie przykazania miłości, stanie się już tu, na ziemi, jak latorośl ożywiana sokami płynącymi z winnego krzewu, którym jest Chrystus (por. J 15,4-13). Będzie jedną z wielu takich latorośli, które oplatają całą ziemię. Stanie się Kościołem, bo to on jest złożony z takich wierzących i miłujących latorośli, które wyrastają w różnych częściach kuli ziemskiej i swoją wiarą i miłością przyciągają innych do Zbawiciela. Ten wszczepia ich w siebie i daje im życie wieczne.

 

3. To ja mam stać się prawdziwym „bliźnim” dla innych. Uczony w Prawie zdawał sobie sprawę z tego, że nie spełnia przykazania miłości Boga i bliźniego całkowicie, tak jak powinien. Uświadamiał sobie zwłaszcza to, że nie zawsze miłował bliźniego tak, jak siebie samego. Dlatego, „chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: A kto jest moim bliźnim?” (Łk 10,29) Jezus pouczył jego i nas, że każdy jest naszym bliźnim, zwłaszcza ten człowiek, który znajduje się w jakieś wielkiej potrzebie. Ponadto uczony w Prawie otrzymał delikatne pouczenie od Jezusa, że nie powinien prowadzić teoretycznych rozważań nad tym, kto jest jego bliźnim, lecz powinien się zachowywać wobec potrzebujących braci i sióstr jak ich prawdziwy bliźni. To dotyczy także nas. Nie powinniśmy się koncentrować na tym, kto ma nam pomagać, lecz powinniśmy pomagać tym, którzy bardzo potrzebują naszego wsparcia duchowego i materialnego.

 

4. Boski Samarytanin. Przypowieść o dobrym i miłosiernym Samarytaninie przedstawia nam Trójcę Świętą – Boga, który przychodzi z pomocą śmiertelnie zranionej ludzkości. Zranił ją szatan. Zraniła samą siebie, okazując posłuszeństwo jemu zamiast Bogu. Obojętny kapłan i lewita to symbol wszystkich ludzi, którzy mogliby udzielić pomocy innym, lecz nie chcą się okazać dobrymi i miłosiernymi bliźnimi dla ludzi. Tylko Ojciec, Syn Boży wcielony i Duch Święty pochylają się nad całą ludzkością, nad każdym pojedynczym zranionym śmiertelnie człowiekiem. Zalewają groźne rany winem i oliwą łaski. Leczą dusze i ciała.

 

5. Rany uzdrawiane Boskim Lekarstwem. Charakterystyczną cechą przypowieści jest to, że pozwalają na różnorodne ich wyjaśnianie. Dlatego przypowieść o miłosiernym Samarytaninie można zinterpretować następująco: Samarytaninem jest dobry i miłosierny Ojciec niebieski; winem, którym zostały zaopatrzone rany napadniętego przez zbójców człowieka – Jezus Chrystus, który przelał krew na krzyżu; oliwa, którą Samarytanin zalał rany nieszczęśliwej ofiary zbójców – Duch Święty. Ojciec niebieski stworzył świat i ludzi, chociaż wiedział, że zostaną oni napadnięci przez „zbójcę”, upadłego anioła, który wraz z innymi swoimi wspólnikami zada im śmiertelne rany. Uległa szatanowi ludzkość ciągle sama siebie rani śmiertelnie. Zadawanymi sobie groźnymi ranami są grzechy – duchowe rany, które mogą doprowadzić do wiecznej śmierci, czyli potępienia. Pomimo przewidywanego upadku ludzkości Bóg stworzył nas, ludzi, bo przewidział dwa „Lekarstwa”: swojego Syna, który przelał swoją krew na krzyżu, aby znikły nasze śmiertelne rany grzechu, egoizmu, obojętności, nienawiści, pychy i innego zła. To właśnie Jezusa ukrzyżowanego dla naszego zbawienia można widzieć pod symbolem wylanego na rany wina. Drugim „Lekarstwem” jest Duch Święty, Trzecia Osoba Boska. Symbolizuje Go oliwa wylana na rany napadniętego człowieka. Duch ten leczy nasze serca zranione przez egoizm, nieżyczliwość, zazdrość, chciwość, niechęć, złośliwość i inne grzechy. Leczy nasze kamienne i zimne serca i wlewa w nie miłość Bożą, aby stały się sercami podobnymi do Najświętszego Serca Jezusa i do Serca Niepokalanej Maryi Dziewicy.

 

6. Nadprzyrodzona oliwa i wino, leczące duchowe rany. W winie i oliwie, które miłosierny Samarytanin wylał na rany ofiary zbójców, można też widzieć symbole sakramentów. One bowiem leczą i uświęcają nasze dusze. Chrzest leczy śmiertelną ranę grzechu pierworodnego. Sakrament spowiedzi przynosi uzdrowienie ze wszystkich grzechów ciężkich i lekkich. W sakramencie namaszczenia chorych Bóg daje umocnienie duchowe i fizyczne.  Wszystkich nadprzyrodzonych lekarstw, którymi są sakramenty, udziela nam Trójosobowy Bóg, najbardziej miłosierny Samarytanin – wzór dla nas wszystkich. Szczególnym spotkaniem z prawdziwym Lekarzem naszych dusz, miłosiernym Jezusem Chrystusem, jest Eucharystia.

 

7. Niebiescy naśladowcy miłosiernego Boga. Bóg jest dla nas, ludzi, najlepszym i najbardziej miłosiernym Samarytaninem. Ale również całe niebo naśladuje Go w udzielaniu nam pomocy w taki sposób, na jaki On na to pozwala. Przede wszystkim Maryja, Matka Boga i nasza, śpieszy z pomocą ludzkości zranionej przez grzech, zło, bunt przeciwko Bogu. Nigdy nie porzuca swoich dzieci, których Matką ustanowił Ją Jezus, gdy umierał na krzyżu (por. J 19,26-27). Pomagają nam także święci, nasi patronowie, aniołowie – wszyscy, którzy nas kochają w niebie prawdziwą i głęboką miłością. Starają się wyleczyć nas i ludzkość z ran grzechu, aby jak najwięcej ludzi osiągnęło wieczne niebo.

 

8. Boża „gospoda”. Miłosierny Samarytanin nie tylko osobiście udzielił na miejscu pomocy zranionemu człowiekowi. Dodatkowo jeszcze zawiózł go do gospody. Tam dalej go pielęgnował, a potem zlecił troskę gospodarzowi. Powiedział do niego: „Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał” (Łk 10,35). Gospodę można rozumieć jako symbol Kościoła. Ma on za zadanie troszczyć się – z polecenia Bożego – o wszystkich zranionych przez grzechy. Nie powinien ich wykluczać ze swojej wspólnoty, lecz leczyć, umacniać i wspierać. Na nas wszystkich, ochrzczonych, spoczywa ten obowiązek. Jesteśmy Kościołem, dlatego powinniśmy zrobić wszystko co możliwe, aby każdy zraniony duchowo człowiek odzyskał siły i zdrowie. Tym zdrowiem jest dobroć, miłość, miłosierdzie. Możemy leczyć modlitwą, dobrym słowem zachęty, przykładem, cierpliwością, ponoszonymi dobrowolnie ofiarami w ich intencji, a przede wszystkim prowadzeniem do Chrystusa.

 

9. Jezus nikogo nie pozostawia bez pomocy. Fakt, że Samarytanin nawet w gospodzie osobiście pielęgnował poranionego człowieka, podkreśla jego dobroć. Następnego dnia dał gospodarzowi pieniądze i zlecił mu troszczenie się o rannego. Powiedział: „Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał.” (Łk 10,35) W tych szczegółach przypowieści Chrystusa zawarte jest głębokie pouczenie, to mianowicie, że Jezus, Dobry Samarytanin, nigdy nie opuszcza słabego i zranionego przez grzechy człowieka. To On pielęgnuje go także w Kościele. On nakazuje ludziom Kościoła troskę o zranionych i chorych duchowo braci i siostry. Nakazuje to nam, bo gospodarz symbolizuje nie tylko duchownych, lecz wszystkich wiernych członków wspólnoty kościelnej.

 

10. Wzruszony i działający Samarytanin. Dając nam za przykład miłosiernego Samarytanina, Jezus podkreśla jego wrażliwość, wielką zdolność do współczucia i konkretnego działania. Gdy zobaczył ograbionego i zranionego przez zbójców człowieka, „wzruszył się głęboko” (Łk 10,33). Wzruszył go smutny los ofiary zbójców. Uczucie wzruszenia pobudziło Samarytanina do działania. Podszedł do nieszczęśliwego człowieka „i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał. (Łk 10,34-35) Jezus pouczył nas, że prawdziwa miłość ujawnia się w uczuciu i w działaniu. Samarytanin nie okazywał pomocy rannemu bezdusznie jak niektórzy ludzie, którzy zawodowo trudnią się pielęgnacją chorych i leczeniem. Nie poprzestał także na samym współczuciu. Wiedział bowiem, że ranny potrzebuje czegoś więcej: czynnej pomocy. Zrobił więc wszystko, co mógł uczynić w tej sytuacji. Również nasza miłość powinna się ujawniać w okazywaniu współczucia i w działaniu.

 

11. Służba Bogu przez człowieka. O kapłanie i lewicie przypowieść Jezusa mówi, że minęli zranionego człowieka, nie udzielając mu pomocy. „Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.” (Łk 10,31-32). Przypowieść nawet tego nie wspomina, że przypadkowych przechodniów wzruszył widok rannego, jak wzbudził współczucie w Samarytaninie. Po prostu poszli dalej. Nie znajdujemy w przypowieści wyjaśnienia, dlaczego tak postąpili. Może śpieszyli się, by wypełnić swoje obowiązki związane z kultem, może nie chcieli się zanieczyścić krwią rannego. Jakieś swoje powody mieli, jednak Jezus nie ich pochwala, lecz Samarytanina, który zachował się jak prawdziwy bliźni. Jezus pouczył wszystkich, że ważna jest nie tylko liturgiczna służba ołtarzowi, lecz także bliźniemu, gdyż okazując mu pomoc w potrzebie, służymy Jemu, prawdziwemu Bogu. „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25,40) „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili.” (Mt 25,45)

 

12. Miłość nie zna granic ani podziałów. Któregoś dnia nie udzielono Jezusowi gościny w jednym z samarytańskich miasteczek, „ponieważ zmierzał do Jerozolimy”. (Łk 9,51-53) Mieszkańcy tej miejscowości postąpili tak z powodu różnych uprzedzeń i niechęci do Żydów. Zupełnie inną sytuację przedstawia Jezus w swojej przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Człowiek, którego zbójcy napadli, „schodził z Jerozolimy do Jerycha” (Łk 10,30). To na tej drodze złoczyńcy napadli na niego, odarli go, zadali mu rany i zostawili na pół umarłego. Tą drogą przechodził przypadkowo również Samarytanin. Nie było w nim niechęci do rannego, chociaż mógł mieć pewność, że jest on Żydem. Udzielił mu pomocy. Miłość Samarytanina była większa niż różne regionalne i narodowościowe uprzedzenia. Kochał on taką miłością, jaką kocha Bóg wszystkich ludzi. On bowiem miłuje nawet swoich nieprzyjaciół i sprawia, „że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych”. (Mt 5,45) Ten, który kocha wszystkich, chce, abyśmy i my miłowali ludzi różnych narodowości i religii. Ta miłość polega na udzielaniu im pomocy. Największa miłość ujawnia się w prowadzeniu kogoś do Chrystusa, naszego Zbawiciela. Kto do Niego prowadzi ludzi, ten okazuje im wielką samarytańską pomoc. A można prowadzić do Niego nawet przez samą tylko modlitwę w tej intencji, aby Jego imię Jezus – znaczące „Bóg zbawia” – zostało rozpoznane i przyjęte z wiarą i miłością przez wszystkich wyznawców różnych religii. Jezus to imię Pana i Zbawiciela. „Każdy, kto wzywać będzie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. (Dz 2,21)

 

13. Miłość nie szuka swego. Przypowieść Jezusa o miłosiernym Samarytaninie poucza nas, że wiele ważnych rzeczy trzeba uczynić mniej ważnymi, gdy stajemy przed wielkim ludzkim cierpieniem. Ten pełen miłości i miłosierdzia człowiek – w przeciwieństwie do kapłana i lewity – przez udzielenie pomocy rannemu gdzieś się spóźnił. Musiał dotrzeć do celu swojej podróży z dużym opóźnieniem, bo nawet w gospodzie pielęgnował nieszczęśliwą ofiarę zbójców przez całą noc. Nie szczędził dla rannego czasu. Nie obawiał się, że zanieczyści krwią swoje ubrania, że zabrudzi zwierzę, na którym podróżował. Sam za wszystko płacił, żadnej pomocy nie domagał się od gospodarza za darmo. Uznał, że nic nie jest tak ważne, jak udzielenie pomocy rannemu. W podobny sposób zachowuje się Bóg wobec naszych śmiertelnych ran, którymi są grzechy. Przyszedł do nas w osobie Syna Bożego i nie opuszcza nas. Porzucił dla nas szczęście nieba, przyjmując wszystkie niedostatki związane z życiem na ziemi. Nawet życie oddał za nas, aby swoją krwią, jak winem, obmyć i uleczyć wszystkie nasze groźne dla życia wiecznego rany. Bóg, który potrafi dla nas wszystko poświęcić, domaga się, byśmy przynajmniej trochę byli do Niego podobni.

 

14. Nagroda za okazywanie pomocy. Samarytanin obiecał zapłacić gospodarzowi za poniesione koszty związane z pielęgnowaniem rannego. „Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał. (Łk 10,35) Podobnie uczyni nam Dobry Samarytanin, Jezus Chrystus, jeśli będziemy pielęgnować ofiary szatana, zranione śmiertelnie. Żaden trud poniesiony dla ich uleczenia nie pozostanie bez nagrody. Jezus za wszystkich oddał życie na krzyżu, aby dać nam zdrowie i życie nadprzyrodzone. Często jednak zdarza się tak, że – uleczeni przez Niego – ponownie ranimy się lub pozwalamy się zranić. Dlatego my sami i inni ludzie ciągle potrzebujemy duchowej pielęgnacji. Każdy, kto się jej podejmuje, otrzyma nagrodę od Boskiego miłosiernego Samarytanina.

 

15. Nie tylko uczynki miłosierdzia są ważne. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie kładzie silny nacisk na miłość do bliźniego. Mamy go miłować jak siebie samego. Jednak zanim to przykazanie zostało nam przypomniane i zilustrowane przez przypowieść Jezusa, natchniony przez Ducha Świętego tekst Ewangelii przypomina nam pierwszą część tego przykazania: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem” (Łk 10,27). Znaczy to, że Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty ma być postawiony bezwzględnie na pierwszym miejscu w naszym życiu: przed naszym ja i przed wolą innych ludzi. „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” – wyjaśnia św. Piotr (Dz 5,29). W tym między innymi przejawia się miłość do Boga ponad wszystko i ze wszystkich sił, że to Jego bardziej słuchamy niż naszych zachcianek, pożądań, swoich ludzkich planów. Jego też słuchamy wtedy, gdy ludzie wymagają od nas czegoś innego niż On.

 

16. Miłość do Boga dążąca do trwania w Jego obecności. Miłuje Boga ponad wszystko i ze wszystkich sił ten, kto stara się trwać w stałym osobowym kontakcie z Nim. W kontakcie osobowym, tzn. świadomym, chcianym, pełnym miłości. Przejawem formującej się w nas coraz pełniejszej miłości do Boga jest trwanie w modlitewnej łączności z Nim, rozmawianie z Nim o wszystkim co dla nas ważne, stałe dziękowanie Mu w swoim sercu i uwielbianie Go. Miłość do Boga ujawnia się także w pełnym skruchy ubolewaniu nad każdą formą naszych grzechów, które nigdy nie są miłe w Jego oczach. Okazuje Bogu dziecięcą miłość ten, kto z wiarą i ufnością prosi Jego, dobrego Ojca, o pomoc we wszystkich trudnych sprawach.

 

17. Przejść przez ziemię dobrze czyniąc. O Jezusie Chrystusie św. Piotr powiedział: „Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła” (Dz 10,38). Istotnie, Jezus przeszedł przez ziemię, okazując dobroć i miłosierdzie jak Samarytanin z Jego przypowieści. Pochylał się nad ofiarami szatana – zabójcy, który zadał im śmiertelne rany. Również o każdym z uczniów Jezusa, a więc o każdym z nas ochrzczonych, inni powinni powiedzieć podobne słowa: Ponieważ Bóg jest z nim, przechodzi dobrze czyniąc jak dobry Samarytanin i  uzdrawia wszystkich, którzy są ofiarami diabła, dręczonymi przez niego i ranionymi. Każdy z nas ma przejść przez ziemię jak dobry i miłosierny Samarytanin, niosąc pomoc innym. W pewnym sensie możemy ją okazać nawet samemu Jezusowi, bo Jego Serce jest stale ranione przez brak miłości, pychę, złość, egoizm, bluźnierstwa, lekceważenie, wyrzucanie ze swojego życia. I Jemu więc – Bogu, który wraz z ludzką naturą przyjął ludzką wrażliwość – możemy okazać współczucie jak Samarytanin okazał je ofierze zbójców. Jak on możemy stale opatrywać rany Boskiego Serca Jezusa oliwą i winem naszej miłości do Niego, naszej wiernej przyjaźni.

 

18. Miłość nieustająca, nawet przed telewizorem. Swoją przypowieścią o miłosiernym Samarytaninie Jezus zachęca nas do okazywania pomocy każdemu człowiekowi, który znajduje się w potrzebie duchowej lub materialnej. To pomaganie powinno być czymś stałym, bo – jak poucza nas św. Paweł – autentyczna „miłość nigdy nie ustaje” (1 Kor 13,8), jest stała, różni się od zmiennych kaprysów i przelotnych uniesień. Wielu osobom, które szczerze chcą kochać taką stałą miłością, wydaje się, że nie mają okazji czynić tego, bo np. w ich najbliższym otoczeniu nie ma ludzi znajdujących się w tak ciężkiej sytuacji, jak człowiek z przypowieści, na którego napadli zbójcy. Może rzeczywiście tak jest. Jednak miłość poranionym – zwłaszcza poranionym duchowo – możemy okazywać bez przerwy, gdyż Bóg dał nam możliwość prawdziwego i nadzwyczaj skutecznego leczenia duchowych ran przez modlitwę. Może jeden przykład. Istnieje wielu telewidzów, którzy przed telewizorem nawet głośno wyrażają swoje oburzenie i odrazę do kogoś, z powodu jego nieuczciwości, krętactw, okrucieństwa, nieszczerości, zakłamania, obłudy itp. To wykrzykiwanie przed telewizorem wzmaga się w niektórych okresach, np. w czasie kampanii wyborczej. Nie trzeba chyba argumentować, że to unoszenie się emocjonalne, wykrzykiwanie, przezywanie nic nikomu nie daje. Można zachowywać się inaczej, bardziej zgodnie z nakazem miłości. Jak? Modląc się za te osoby, które występują w telewizji, o których się mówi dobrze lub źle, rzeczy prawdziwe lub zmyślone. Można np. za każdą osobę „dobrą” odmówić jedno: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Możemy odmówić tę krótką modlitwę, aby dobrzy, szlachetni, uczciwi stali się jeszcze lepsi i nie zeszli z drogi prawości, bo tak się na tym świecie zawsze może zdarzyć. Drugie: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego” powinniśmy odmówić za każdą osobę złą, zakłamaną, nieuczciwą, okrutną, bez serca: za każdego redaktora, który zamiast prawdy rozszerza sprytnie kłamstwa, za polityków z nielubianej partii, za terrorystów, za zbrodniarzy, za wyznawców religii niechrześcijańskich itp. Za tych ludzi mamy się modlić, aby porzucili drogę zła, zakłamania, oszustw, oszczerstw, nieuczciwości i innych nieprawości. Naszą modlitwą pomożemy im w tym nieporównanie więcej, niż wykrzykiwaniem przed telewizorem, wyzwiskami lub innymi „zbędnymi słowami”, z których – jak powiedział Jezus – będziemy musieli się rozliczyć na sądzie (por. Mt 12,36-37) .Ponadto powinniśmy sobie uświadomić, że modląc się do Ducha Świętego np. za osoby dyskutujące „na żywo” przed kamerami telewizyjnymi, możemy wyprosić dla nich światło prawdy i wpłynąć realnie na przebieg ich rozmów.

 

W domu Marty i Marii

W dalszej ich podróży przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu.38 Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie.39 Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła.40 A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele,41 a potrzeba <mało albo> tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona.42 (Łk 10,38-42)

1. Słuchająca Maria. Jeśli nie wszystkie gospodynie, to z pewnością duża ich część – słysząc opowiadanie o dwóch siostrach – przyznaje rację gościnnej Marcie. Przecież przyjęła Jezusa do swojego domu, a więc musiała stanąć na wysokości zadania. Musiała Go nakarmić, a to wymagało pracy, wysiłku, aktywności. Takie są prawa gościnności. Jezus jednak pochwalił Marię, która pozornie mniej Mu dawała niż jej zapracowana siostra, Marta. Pochwalił tę, która siadła u nóg Jego „i przysłuchiwała się Jego mowie” (Łk 10,39). Jezus nie był podobny do wielu gości, którzy idą do kogoś, kto dobrze gotuje, tylko po to, by się najeść. On jest Bogiem-Miłością. Jest tym, który znajduje radość nie w braniu, lecz w dawaniu. Sprawiają Mu radość wszyscy ci, którzy pozwalają się ubogacić na całą wieczność Jego słowem życia. Cieszą Go ci, którzy uważnie słuchają Jego słowa, bo dzięki temu słowu prawdy są oni rodzeni duchowo. Bóg ze „swej woli zrodził nas przez słowo prawdy, byśmy byli jakby pierwocinami Jego stworzeń” – wyjaśnia św. Jakub (Jk 1,18). Przyjmując słowo Boże, pozwalamy Chrystusowi zamieszkać w nas przez wiarę (por. Ef 3,17). Z dwóch sióstr tylko Maria słuchała uważnie Jezusa. Marta może słyszała tylko co któreś Jego słowo albo wcale nie zwracała uwagi na Jego nauczanie. Nie dała więc Jezusowi radości ubogacenia się przez Jego jedyne i Boskie nauczanie. Wsłuchana w Jezusa siostra Maty, Maria, jest bardzo podobna do Maryi, Jego Matki. Ona bowiem była słuchającą Boga Jego służebnicą. Przyjmowała i rozważała w swoim sercu każde Boże pouczenie.

 

2. Przyjęcie Jezusa w domu i w sercu. Jezus przyszedł do domu Marty. Został przez nią przyjęty gościnnie. Marta szczerze chciała zrobić wszystko, co jej podpowiadało serce dobrej gospodyni: przyjąć Go serdecznie, przygotować dla Niego ucztę. Maria, siostra Marty, przygotowała Jezusowi inne przyjęcie. Nie troszczyła się zbytnio o zaspokojenie Jego głodu fizycznego, zaspokoiła natomiast Jego inne pragnienie: głód obdarowywania nas Jego zbawczym i uszczęśliwiającym słowem. Siedząc u stóp odwiecznego Słowa, Maria pozwalała Mu wnikać do swojego serca, bo uważnie i z wiarą słuchała tego, co mówił. Pozwalała Mu zamieszkać przez wiarę w swoim sercu (por. Ef 3,17). Pozwalała Mu przez wiarę oczyszczać swoje serce (por. Dz 15,9). Była więc gościnna wobec Niego. Podobnej gościnności Jezus oczekuje także od nas. Puka do naszych serc, pragnie do nich wejść przez słowa Dobrej Nowiny i oczyścić je w wszystkiego, co nie jest w nas miłością.

 

3. Dyktowanie Bogu swojej woli. Istnieją ludzie, którzy na modlitwie dyktują Bogu, co powinien zrobić. Marta – w swojej wielkiej gorliwości o dobre przyjęcie Jezusa w swoim domu – upodobniła się do tych ludzi. Widząc swoją siostrę siedzącą u stóp Jezusa i słuchającą Go, przystąpiła „do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła.” (Łk 10,40) Marta nie zapytała Jezusa, co woli, co bardziej Mu się podoba. Po prostu przedstawiła Mu swój punkt widzenia jako jedyny słuszny: „Powiedz jej, żeby mi pomogła”. Nie zdawała sobie w pełni sprawy z tego, że chce pozbawić swoją siostrę skarbu słowa Bożego, a Jezusa – radości obdarowywania tym skarbem. Nasze modlitwy nie powinny być nigdy rozkazywaniem Bogu, lecz pokornym proszeniem Go o udzielenie czegoś, o ile uzna to za dobre, pożyteczne. Bóg lepiej niż my wie, co przynosi nam prawdziwą korzyść. Dlatego na Jego osąd powinniśmy się zawsze zdawać – nawet wtedy, gdy coś nam się wydaje tak oczywiste jak dla Marty to, że Jezus powinien przysłać do niej jej siostrę, Marię, żeby jej pomogła.

 

4. Dochodzenie do miłości doskonałej. Marta, podobnie jak jej siostra Maria, doszła do miłości doskonałej. Nie zawsze jednak tak było. Pełne pretensji i gniewu czynienie uwag przez Martę Marii a nawet Jezusowi wskazywało, że jej miłość nie była jeszcze doskonała. Nie kochała jeszcze w sposób doskonały ani Jezusa, ani swojej siostry. Wydawało się jej, że jej aktywność gospodyni jest jedynym i najlepszym sposobem ujawnienia swojej miłości Jezusowi. On jednak delikatnie zwrócił jej uwagę na to, że aktywność nabiera pełnego sensu tylko wtedy, gdy łączy się z miłością doskonałą. Bez tej doskonałej miłości różnorodne działania stają się jedynie troszczeniem się i niepokojeniem o wiele (por. Łk 10,42). Sama aktywność nikogo nie uświęca ani nie udoskonala. Musi się złączyć z doskonałą miłością i z niej wypływać. Dopiero wtedy doskonali i uświęca. Miłość czysta, bezinteresowna, pokorna, nie szukająca siebie była tym „jednym” i najważniejszym, wybranym przez Marię. Tylko doskonała miłość nadaje pełny sens każdej formie życia: życia kontemplacyjnego, podobnego do zachowania Marii siedzącej u stóp Jezusa, i życia aktywnego, przypominającego aktywność Marty. Zamiast troszczyć się i niepokoić o wiele najróżniejszych form działania trzeba wielkiej troski o jedno: o miłość bezinteresowną, której brakuje działaniu na pokaz, dla własnej satysfakcji, dla zdobycia uznania, wdzięczności itp. Maria zbliżała się do doskonałej formy miłości bardziej niż jej siostra, Marta. Dlatego tej troskliwej i aktywnej dobrej gospodynie Jezus powiedział: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba <mało albo> tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona.” (Łk 10,41-42)

 

5. Inne życie w przyszłym świecie. W Credo wyznajemy wiarę „w życie w przyszłym świecie”. To życie będzie się różnić całkowicie od życia na ziemi (por. Mt 22,23-32). To, co tutaj jest przydatne, tam nie będzie już potrzebne. Dotyczy to rzeczy i różnych form aktywności. Nikomu po śmierci nie będą potrzebne konta bankowe, ziemskie bogactwa, złoto, klejnoty, pieniądze. Tam nie będzie banków, nie będzie rozkręcania biznesu, nie będzie potrzebny przemysł, praca na utrzymanie siebie itp. W wieczności nie będzie potrzebne nawet to, o co tak bardzo troszczyła się Marta, siostra Marii: gotowania, prowadzenia domu. W przyszłym świecie nie będzie już potrzebne to, co na ziemi jest konieczne do utrzymania się, do przetrwania, do zabezpieczenia bytu swojej rodzinie i innym. Tak więc ani bogactw, ani ziemskiej działalności nie przeniesiemy w wieczność. Można w nią przenieść tylko to, co uformujemy za życia w swoim sercu: miłość lub jej przeciwieństwo – nienawiść. Wszystko inne trzeba będzie zostawić na progu śmierci. Na tę prawdę zwraca uwagę Jezus, kiedy delikatnie upomina Martę, rozgniewaną na swoją siostrę. Mówi jej, że „Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona” (Łk 10,42). Maria bowiem porzuciła grzech i wybrała miłość, którą zapragnęła w sobie udoskonalić i doprowadzić do pełni. Tej miłości ani ona, ani nikt inny nie zostanie pozbawiony w chwili śmierci, kiedy trzeba będzie porzucić wszystkie swoje zajęcia i wszystko, co posiadamy. Jezus poucza Martę i nas wszystkich, że w każdej formie naszej aktywności mamy się troszczyć o rozwój naszej miłości. Jeśli jej w sobie nie rozwiniemy dzięki wsparciu Ducha Świętego, to niczego pożytecznego nie przeniesiemy w swojej duszy do wieczności. Wszystko, co robiliśmy na ziemi, okaże się bezowocnym dla wieczności troszczeniem się i niepokojeniem o wiele (por. Łk 10,41).

 

6. Nie bezczynność, lecz miłość pochwala Jezus. Pochwalając przed Martą jej siostrę, Marię, Jezus nie wzywa nikogo do bezczynności, lecz do większej miłości. Nie powiedział przecież Marcie, że ma przestać się krzątać i przygotowywać posiłki. Nie powiedział jej, że ma usiąść przy Nim i słuchać Go jak Maria. Pouczył ją tylko, że jej działaniu powinno towarzyszyć więcej miłości nie tylko do Niego, ale i do Marii. To miłość ma się stać motorem każdego działania, towarzyszącym mu klimatem. Miłość jest wewnętrznym nastawieniem, pragnieniem uszczęśliwiania i pomagania drugiemu. Przykład takiej miłości dał nam sam Jezus. Jego życie było przepełnione aktywnością, wypływającą z troski o nas. W taki aktywny sposób kochała Jezusa Maryja, Jego Matka, i św. Józef. Nie klęczeli Oni przed Nim całymi godzinami, lecz dla Niego pracowali, wychowywali Go, darzyli uczuciem. Miłość ogarnia serce, wolę, umysł i przejawia się również w działaniu. Jeśli aktywność wypływa z troski o innych, to jest przejawem miłości. Jeśli natomiast jakiś człowiek działa wyłącznie dla zysku, dla swojej korzyści, dla wybicia się, dla satysfakcji, dla zdobycia podziwu lub wdzięczności, to jego aktywność nie wypływa z miłości lecz z egoizmu. Często działamy kierując się równocześnie miłością i egoizmem, np. pomagamy bliźniemu, aby ułatwić mu życie, oraz po to, by usłyszeć słowa wdzięczności. Taki sposób działania nie jest grzeszny, ale wymaga ciągłego oczyszczania, czyli doskonalenia intencji działania, aby stała się nią wyłącznie miłość.

 

7. Różne przejawy miłości. Siostry, Maria i Marta, kochały Jezusa, jednak w dniu przyjęcia Go do swojego domu przejawy ich miłości do Niego były nieco inne. Maria okazywała Mu miłość przez to, że była z Nim, rozmawiała z Nim, słuchała Go, natomiast miłość Marty wyrażała się w przygotowywaniu posiłku dla Niego i gości. Miłość, która jest czymś wewnętrznym, szuka różnych znaków, gestów, słów, działań, aby się wyrazić. Te znaki są różne w ludziach, bo każdy człowiek dysponuje innymi uzdolnieniami duchowymi, psychicznymi i fizycznymi. Miłość można porównać do ręki, która potrafi się posługiwać różnymi przedmiotami i narzędziami. Może ona trzymać przybory kuchenne, którymi przygotowuje posiłek, może posługiwać się narzędziami stolarskimi, ślusarskimi, może obsługiwać komputer itp. Ta sama ręka potrafi zatem wykonywać różne czynności. Miłość rozbudzona przez Ducha Świętego jest jak potężna ręka, która posługuje się tym narzędziem, którym są wszystkie nasze uzdolnienia psychiczne i fizyczne. Narzędziem dla naszej miłość jest rozum, uczucia, umiejętność podejmowania dobrowolnych decyzji, indywidualne uzdolnienia, np. zdolność wczuwania się w drugiego, umiejętności muzyczne itp. Charakterystyczną cechą miłości jest to, że nadaje ona pewien kierunek naszemu myśleniu, mówieniu, działaniu, odczuwaniu, sposobowi podejmowania różnych wolnych decyzji. Tym kierunkiem jest druga osoba: Bóg i człowiek. Miłość chce służyć, uszczęśliwiać i pomagać tym wszystkim, czym dysponuje. Każdy człowiek ma nieco inne wyposażenie psychiczne i fizyczne, różne uzdolnienia indywidualne, charyzmaty, dlatego przejawy miłości każdego człowieka są trochę inne. Wspólne jest jednak jedno: jeśli ktoś naprawdę kocha, to ma w centrum uwagi, działania, uczuć, myślenia, mówienia nie siebie, lecz kogoś innego. Jezus nie domagał się od Marty zmiany sposobu okazywania Mu miłości, lecz oczyszczenia jej z domieszek egoistycznych niedoskonałości.

 

8. Nasza miłość ma stale wzrastać. Chociaż miłość nie utożsamia się z jej przejawami, to jednak potrzebuje ich do swojego wzrostu. Inaczej mówiąc, jeśli ktoś nie będzie okazywał innym miłości w żaden sposób, to zastąpi ją egoizm, niechęć i nienawiść. Dotyczy to miłości do Boga i do bliźniego. Każdy przejaw miłości wzmacnia ją, bez względu na to, czy przypomina zachowanie słuchającej Marii, czy krzątającej się Marty. Wzrasta w nas miłość, gdy się modlimy i pościmy za bliźnich, gdy pomagamy im słowem, dobrą radą i działaniem. Umacnia się nasza miłość wtedy, gdy – tak jak Maria – trwamy w pełnym uwielbienia, wdzięczności i skruchy skupieniu przed Bogiem, który jest samą Miłością. Powiększa się nasza miłość, gdy spotykamy się z Bogiem-Miłością w sakramentach.

 

9. Pozory miłości. Słabość ludzka przejawia się między innymi w tym, że nieraz czynimy coś, co mogłoby wyrażać miłość, jednak jej nie ujawnia, bo po prostu jej w nas nie ma. Nieraz to, co mogłoby stać się znakiem miłości, wypływa z egoizmu lub egoistycznej pożądliwości. Przykładem może być współżycie seksualne, które nieraz bezpodstawnie nazywa się „kochaniem się”. Może ono być wyrazem miłości do drugiej osoby, do dziecka, owocu tego aktu, i do Boga, który stwarza nieśmiertelne dusze poczętych dzieci. Bardzo często jednak różne działania seksualne nie mają nic wspólnego z miłością do człowieka i do Boga. Są jedynie egoistycznym zaspokajaniem swoich potrzeb w tej dziedzinie i niczym więcej. Podobnie może być z innymi ludzkimi działaniami, takimi jak uczenie się, pracowanie, mówienie. Nieraz to wszystko wypływa z miłości, a nieraz tylko z egoistycznego szukania swojej przyjemności. Często jest też równocześnie wynikiem egoizmu i miłości, dlatego domaga się stałego oczyszczania motywów myślenia, działania i mówienia. Muszę sobie ciągle uświadamiać, po co coś robię, myślę, mówię; dla dobra innych czy tylko dla siebie? Kto z moich myśli czynów i słów ma korzyść? Jakie dobro wypływa z mojej aktywności i wypowiadanych słów?

 

10. Działanie dla Jezusa i z Jezusem. Chociaż Marta robiła coś dobrego dla Jezusa, to jednak była rozdrażniona. Domagała się pomocy od swojej siostry, Marii. Chciała, by wykonywała te same czynności co ona. Jezus pragnął nauczyć Martę działania nie tylko dla Niego, ale także w Jego obecności, w płynącej z wiary i miłości jedności z Nim. Aktywność, której towarzyszy stałe myślenie o Bogu, nie wywołuje rozdrażnienia. I my możemy doskonalić w sobie taki sposób działania. Można rano ofiarować Jezusowi każde zadanie rozpoczętego dnia. Można Go poprosić, by stale nam towarzyszył w pracach domowych, zawodowych, nauce, w wypełnianych obowiązkach, a także w odpoczynku, zabawach i rozmowach. Można rozwijać w sobie świadomość, że dzięki zjednoczeniu przez łaskę chrztu, wiary i miłości, żyje we mnie Chrystus, dlatego niczego nie wykonują samotnie. „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). Wszystko wykonuję ja i On – my.

 

11. Pokornie trwanie u stóp Jezus. Siedząca u stóp Jezusa i słuchająca Jego słów Maria odznaczała się pokorą. Dzięki niej otwarła się na Jego słowo. Pokora otwiera umysł i serce na działanie światła Ducha Świętego, dlatego umożliwia poznanie słowa Bożego. Człowiek pyszny słyszy to słowo tylko uszami, jednak nie rozumie Go w pełni albo nie przyjmuje go. Maria siedząca u nóg Pana i przysłuchująca się Jego mowie (por. Łk 10,39) pokazuje nam, jak się dochodzi do prawdziwej teologii, czyli do prawdziwego poznania Boga: przez pełne miłości i pokory trwanie u stóp Pana. Posiadający wielką wiedzę teologiczną ale zarozumiali teologowie nie znają prawdziwej teologii. Pycha przysłania im prawdę Bożą, prawdę o Bogu. Swoim umysłem, aktywnym jak Marta, jedynie „ocierają się” o Boga, jednak nie wnikają w tajemnice Jego Boskiego Serca. Dochodzenie do prawdziwej teologii pokazuje nam także Matka Jezusa, Maryja, pokorna służebnica słuchająca bez przerwy Boga.

 

12. Słuchający Boga nie są ludźmi bezużytecznymi i leniwymi. Można spotkać ludzi, którzy czynią dobro, jednak nie rozumieją, że inni też je czynią, chociaż postępują inaczej niż oni. Przykładem mogą być aktywne osoby, które uważają życie zakonne za marnowanie swoich uzdolnień, za bezczynność nie przynoszącą nikomu pożytku. Jezus poucza, że słuchanie Go tak jak Maria siedząca u Jego stóp, jest wielką i potężną aktywnością duchową. Aktywność ta przemienia przede wszystkim człowieka, który słucha uważnie słowa Bożego, rozważa je i zamienia je w czyn. Ale ta duchowa aktywność, którą można nazwać modlitewną kontemplacją, przemienia również otoczenie, cały świat. Tak więc pożyteczna jest nie tylko działalność, która przypomina krzątanie się Marty. Wielkimi „działaczami” duchowymi są także ludzie rozmodleni, wsłuchani w Boga, podobni do Marii słuchającej Jezusa i do Maryi, Jego Matki, wsłuchanej w Boga. Takimi duchowymi „aktywistami” są często modlące się osoby zakonne i chorzy, którzy nic więcej nie potrafią zrobić dla świata, niż modlić się i cierpliwie przyjmować codziennie – jak biblijny Hiob – swoje cierpienia.

 

13. Czy inni muszą być tacy sami jak ja? Jedną z pokus, zagrażających zwłaszcza ludziom energicznym, jest wymaganie od innych, by robili to samo co oni, by postępowali według ich planów i pomysłów. Coś takiego widzimy w czasie kampanii wyborczej, podczas której różne stronnictwa starają się przekonać wyborców, że to co robią jest najsłuszniejsze, najlepsze, najrozsądniejsze, dlatego też do nich trzeba się przyłączyć, ich wybrać, postępować według ich planów. Pokusie narzucania innym swojego zdania uległa w pewnym stopniu także Marta. Przygotowując posiłek dla Jezusa, bez wątpienia czyniła coś dobrego. Dlatego w pewnym momencie podeszła do Niego i domagała się, by nakazał Marii robić to samo, czyli zająć się jakimiś sprawami związanymi z przygotowaniem posiłku. Ponadto źle oceniła dobre postępowanie Marii, swojej siostry, która nie czyniła nic złego słuchając Jezusa, przebywając z Nim, okazując Mu serdeczność i życzliwość.

Narzucanie innym swojego zdania wywołuje często wiele niepotrzebnych konfliktów. Powstają one często między synowymi i zięciami a ich teściami, którzy wymagają od małżonków, by robili wszystko według ich „słusznych” rad. Często nie rozumieją tego, że dobro można realizować na różne sposoby, tak jak dobrze postępowała zarówno Maria słuchająca Jezusa jak i jej siostra, Marta, która dla Niego przygotowywała posiłek. Tak jak Marta zachowują się nieraz osoby należące do grup charyzmatycznych, uważające, że wszyscy powinni się modlić w taki sposób, jak oni to czynią w czasie swoich spotkań. Z kolei osoby, które do tych grup nie należą, często uważają modlitwę „charyzmatyków” za dziwactwo, które powinno być przez Kościół zakazane. Pouczając Martę, Jezus podaje nam ważną zasadę postępowania: jeśli ktoś czyni dobro, nawet zupełnie inaczej niż my byśmy je uczynili, to nie należy go zakazywać i uznawać za zło. Jeśli jednak jakiś człowiek czyni coś złego, bo jawnie przekracza Boże przykazania, to należy zrobić wszystko, co potrafimy, by skłonić go do porzucenia drogi zła, np. przez modlitwę za niego, upomnienie go itp. Czynienia dobra nigdy nie wolno zabraniać, krytykować go, uznawać za zło. Złem nie musi być to, co różni się od moich czynów. Złem jest tylko to, co jest jawnie sprzeczne z Bożymi przykazaniami. Muszę się nauczyć właściwego oceniania nie według tego, co ja uważam za dobre lub złe, lecz według tego, co Bóg uznaje za dobro i zło, a o czym nas pouczył w swoich przykazaniach. Muszę się ciągle uczyć oceniania wszystkiego nie „po swojemu” lecz „po Bożemu”.

 

Autor komentarza: ks. Michał Kaszowski


 



Powrót do strony głównej

Tytuły rozważań