Powrót do strony głównej

Tytuły rozważań


ROZWAŻANIE EWANGELII WEDŁUG ŚW. ŁUKASZA

ROZDZIAŁ 5


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18


Nauczanie z łodzi

Pewnego razu – gdy tłum cisnął się do Niego, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret –1 zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci.2 Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy.3 (Łk 5,1-3)

1. Nowe okoliczności nauczania. Nauczanie z łodzi należącej do Szymona Piotra pokazuje, jak Jezus potrafił przystosowywać się do nowych okoliczności w spełnianiu swojego posłannictwa głoszenia Dobrej Nowiny. Nie rozpoczął swojej nauczycielskiej działalności od przemawiania na ulicach, lecz w synagogach. Zapewne ewangelizował także w czasie różnych spotkań z ludźmi, kiedy z nimi rozmawiał. Poza synagogami jednak nie wygłaszał swoich pouczeń. Kiedy jednak wzrosło zainteresowanie Jego osobą i tłum przyszedł, aby Go słuchać, zaczyna ich nauczać poza synagogą, z łodzi Szymona, na jeziorze Genezaret, nazywanym także morzem Tyberiadzkim lub Galilejskim. Pokazuje nam przez to, że w czynieniu tak wielkiego dobra, jakim jest głoszenie Dobrej Nowiny, trzeba wykorzystać wszystkie dostępne środki. Dzisiaj jest ich o wiele więcej niż za czasów Jezusa, który miał do dyspozycji tylko łódź życzliwie nastawionego do Niego Szymona i taflę jeziora Genezaret, od której odbijał się Jego głos i docierał do zgromadzonego na brzegu tłumu. W naszych czasach może niejeden z nas mógłby założyć swoją stronę ewangelizacyjną w internecie, aby w ten sposób przyczynić się do szerzenia nauki Chrystusa.

 

2. Przemówił „pewnego razu, gdy tłum cisnął się do Niego...” Św. Łukasz nie określa czasu nauczania Jezusa z łodzi przy pomocy daty i godziny. Mówi tylko, że miało ono miejsce wtedy, gdy tłum spragniony słowa Bożego tłoczył się wokół Niego. Duch Święty natchnął św. Łukasza, aby w taki sposób to napisał dla wyjaśnienia nam, że Jezus nie zostawi bez swojego pouczenia człowieka, który do Niego przychodzi. Dla ludzi tworzących tłum zbliżający się do Jezusa Jego nauczanie z łodzi odbyło się w konkretnym dniu i godzinie z przeszłości. Dla nas nie ma większego znaczenia, kiedy to było, dlatego św. Łukasz napisał jedynie: „Pewnego razu, gdy...”. Dowiadujemy się jednak z całą pewnością, że Jezus przekazał swoją Dobrą Nowinę ludziom, którzy do Niego przyszli. I o tym właśnie pragnie nas pouczyć Duch Święty, który natchnął Ewangelistę. Chce nas pouczyć, że Jezus zawsze nam przekaże jakąś swoją cenną naukę, gdy przyjdziemy do Niego. Ubogaci nas swoją mądrością, gdy znajdziemy codziennie jakąś chwilę, by pobyć z Nim z pragnieniem okazania Mu swojej miłości i nauczenia się czegoś od Niego.

 

3. Chrystus nie przeszkadza, lecz pomaga. Prośbą o łódź i o odpłynięcie od brzegu Jezus nie przeszkodził rybakom w połowie, bo – nauczeni doświadczeniem - łowili oni ryby w nocy. W dzień przygotowywali się do łowienia i płukali sieci. Jezus nie przerwał więc połowu ryb, lecz przygotowania do niego. Pouczył nas swoim przykładem, że Boże działanie jest uporządkowane, dlatego nie utrudnia spełniania dobrych i pożytecznych prac ludzkich. Jezus nigdy nie przychodzi po to, żeby przeszkadzać, lecz by pomagać. Jeśli jednak nam w czymś przeszkadza to tylko w wykonywaniu czynności bezsensownych, złych, bezwartościowych. A takich, niestety, nie brakuje w naszym życiu. W tym musi nam przeszkodzić dla naszego prawdziwego dobra, którym jest wieczne zbawienie. Musi nam przeszkodzić w trwonieniu czasu, który został nam dany, abyśmy przygotowali siebie do przejścia do wieczności.

Obfity połów

Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!4 A Szymon odpowiedział: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci.5  Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać.6 Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały.7 Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny.8 I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali;9 jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił.10 I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim.11 (Łk 5,4-11)

1. Nagroda dla Piotra. Bóg nigdy nie pozwala prześcignąć się w dobroci, dlatego odpłaca hojnie za najmniejsze dobro, takie jak użyczenie Jezusowi łodzi przez Szymona i posłuszne wypełnienie przez niego nakazu, by wraz z towarzyszami zarzucił sieci. Dostał on dodatkową zapłatę, bo już sam fakt udostępnienia łodzi Jezusowi był dla niego zaszczytem i nagrodą. Otrzymał jeszcze więcej: złowił z towarzyszami wiele ryb i Jezus obiecał mu dokonywanie połowów znacznie cenniejszych. Będzie słowem Bożym, modlitwą, ofiarami i swoją miłością łowił ludzi jak siecią i przyciągał ich do jedynego Zbawiciela, aby otrzymali wieczne zbawienie. I my codziennie możemy dokonywać takiego połowu, nawet bez wychodzenia z domu.

 

2. Zdumienie wywołane nadzwyczajnymi wynikami swojej pracy. Można spotkać zarozumiałych ludzi, którzy mówią: „Ja wszystkiego dokonałem w swoim życiu sam, tylko własnymi rękami”. Przechwalają się i równocześnie kłamią. Nikt bowiem nie dochodzi do czegoś wielkiego sam, bez pomocy innych, bez pokornej i ukrytej pomocy Boga i ludzi. Jakże ci zarozumiali ludzie różnią się od Piotra i jego towarzyszy, Jakuba i Jana, synów Zebedeusza! Ci bowiem po wyciągnięciu sieci, które zarzucili w jezioro, rozpoznali natychmiast, że to co się stało, nie było wyłącznie dziełem ich rąk. Ilość złowionych ryb wprawiła ich w zdumienie. Wiedzieli, że wykonali pewną pracę własnymi rękami, jednak nie działali w osamotnieniu. Pracowali razem i jeszcze dołączył się do nich Jezus. O tym powinni pomyśleć ci zarozumiali ludzie, którzy wyłącznie sobie przypisują to, do czego w życiu doszli. Zawsze był jakiś człowiek, który im pomagał, może bardzo dyskretnie, bez robienia hałasu wokół siebie. A przede wszystkim wspierał ich pokornie i w ukryciu Bóg, o którym zapomnieli i sobie przypisali to, co od Niego otrzymali. Do wielkiego dobra dochodzi się zawsze z pomocą Boga i dobrych ludzi. A nawet do zła dochodzi się także z czyjąś pomocą. Okazują ją ludzie, którzy dali zły przykład, zachęcili do grzechu, wspierali w złych czynach, przekazali fałszywą hierarchię wartości itp., a także upadłe złe duchy, które robią wszystko, co mogą, aby doprowadzić człowieka do potępienia.

 

3. Jestem człowiekiem grzesznym. Piotr prosił Jezusa, żeby odszedł od niego, człowieka grzesznego. Ale Jezus nie odszedł. Nawet uczynił potem Szymona Piotrem-Opoką swojego Kościoła. Nie odszedł od niego, aby pomóc mu dojść do pełnej świętości. Wszyscy są grzesznikami. Jednak jedni ludzie, tak jak Piotr, szczerze przyznają się do tego, uznają ten fakt, inni natomiast za grzeszników uważają wyłącznie innych ludzi. Sami we własnych oczach do tej grupy nie zaliczają się. Jezus nie oddala się od ludzi grzesznych, którzy w swojej pokorze szczerze uznają swoją grzeszność i pragną Bożego miłosierdzia dla siebie. Nie tylko przy nich pozostaje, ale ponadto oczyszcza ich z grzechów i napełnia swoją łaską. Zbawiciel nie opuszcza także tych, którzy uważają się za bezgrzesznych, nie potrzebujących tak jak inni Jego łaski i przebaczenia. I tych ludzi nie opuszcza, jednak nie może ich uwolnić od grzechów i uświęcić, dopóki nie odrzucą swojej pychy i nie uznają potrzeby przebaczenia także dla siebie. Muszą oni porzucić swoje przekonanie, że zasługują nie na piekło, lecz na nagrodę w niebie, że nawet czyśćca  nie będą potrzebowali po śmierci. A ja do której grupy się zaliczam? Do grzeszników lub do tych bezgrzesznych, którzy nie odczuwają potrzeby ani Bożego przebaczenia ani Jego łaski? Albo może mówię, że jestem grzesznikiem, bo tak wypada, jednak nie wierzę zbytnio w to, co mówię?

 

4. Jezus uspokaja serce Szymona. Szymon Piotr wyznaje przed Jezusem, że jest człowiekiem grzesznym. Powtarza więc głośno to, co po cichu mówi mu jego sumienie. Przyznaje się przed Jezusem do swojej grzeszności i znajduje uspokojenie serca, zgodnie z tym co mówi św. Jan: „...uspokoimy przed Nim nasze serce. A jeśli nasze serce oskarża nas, to przecież Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko" (1 J 3, 19-20; por. KKK 208). Tu, w tej scenie, widzimy Boga, Jezusa Chrystusa, większego niż sumienie Szymona Piotra, które oskarża go o grzeszność. Kiedy Piotr powtarza przed Jezusem to oskarżenie, znajduje uspokojenie serca. Jezus okazuje się większy, bardziej wspaniałomyślny od jego sumienia, dlatego nie mówi: „Tak, prawdę mówi ci twoje serce. Jesteś wielkim grzesznikiem”. Jezus nie upokarza Szymona. Przeciwnie, uspokaja go słowami: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił.” Taki jest Bóg. Kiedy mówimy do Niego za głosem naszego sumienia: „Jestem grzesznikiem”, On przebacza nam, napełnia nas łaską uświęcającą, dzięki której możemy przestać być grzesznikami. „Krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu” (1 J 1,7). „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (1 J 1,9). Jeśli jednak „mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy (1 J 1,8). „Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki” (1 J 1,10). Tak więc lepiej jest za Szymonem Piotrem powtarzać szczerze przed Jezusem: „Jestem człowiekiem grzesznym”. Znajdziemy bowiem uspokojenie serca i dojdziemy do pełnej świętości w niebie, gdy na zawsze będziemy z Nim, naszym Panem i Zbawicielem, który przez Wcielenie stał się naszym Bratem, oczyszczającym z grzechów i uspokajającym nasze zaniepokojone serca.

 

5. Połów inny niż łowienie ryb. Ryby łowi się zwykle po to, by je zabić i zjeść. Połów ludzi, który obiecuje Szymonowi Piotrowi Jezus, będzie inny: nie dla uśmiercenia, lecz dla ocalenia, dla życia. Będzie on bowiem polegał na wyciąganiu człowieka z bagna zepsucia i błędów, w którym czekałaby go śmierć – śmierć wieczna, czyli potępienie. Ryby bezmyślnie wpadają w zastawione na nie sieci i czasem – również nieświadomie – wymykają się z nich. Nowy połów będzie inny. Nikt nie zostanie złowiony wbrew swojej woli i również nikt nie wydostanie się z łowiącej sieci bez swojej dobrowolnej decyzji. W przeciwieństwie do ryb łowieni ludzie muszą współpracować z rybakami, którzy ich łowią i przyciągają do Jezusa. Aby ten nowy połów się udał, przede wszystkim nie mogą opuszczać sieci, która ich łowi, to znaczy – Kościoła, jego nauczania, głoszonych przez niego zasad moralnych. Nie mogą się dobrowolnie sprzeciwiać przyciąganiu przez sieć sakramentów do Jezusa, który pragnie ich ożywić swoim nowym życiem łaski i zjednoczyć ze sobą. Muszą dobrowolnie uwierzyć w Niego i nie odchodzić od Niego. Nie mogą porzucać światła Jego nauki. Muszą ciągle dobrowolnie przeciwstawiać się grzechom i błędom, w przeciwnym bowiem razie znowu pogrążą się w nich jak w bagnie, które doprowadzi do śmierci wiecznej. Muszą trwać przy Chrystusie, bo tylko w Nim znajdą życie wieczne.

 

6. Niezwykła sieć słowa Bożego. Siecią łowiącą ludzi ma być słowo Boże. Ono przyciąga do Boga tych, którzy na to pozwolą. Na pewnym obrazie sieć łowiąca ludzi dla Boga została przedstawiona w formie serca. Dobre wyczucie miał twórca tego obrazu. Faktycznie, dane nam przez Boga objawienie jest jednym z przejawów ogromnej Boskiej miłości – darem Boskiego serca. Sieć Dobrej Nowiny, którą zarzucał Jezus, odsłaniała Jego najświętsze i pełne miłości serce. Z sercem pełnym miłości powinni zapuszczać sieć słowa Bożego także wszyscy uczniowie Jezusa. Powinni to czynić bez pychy i wywyższania się, bez popisywania się swoją elokwencją i wiedzą.

Przy każdym połowie ryb ważne jest, by sieć nie była pozrywana, pełna dziur. Gdyby tak było, ryby wydobywałyby się z niej. Nie udałoby się ich złowić. Sieć słowa Bożego nie jest uszkodzona wtedy, gdy się nie usuwa z niej żadnych prawd objawionych. Usuwanie ich, zniekształcanie, fałszowanie, to jakby rozrywanie sieci słowa Bożego. Błędy, herezje nie tworzą właściwej sieci. Tylko prawda Boża ją tworzy. Poszarpana i dziurawa sieć może uniemożliwić połów, do którego wzywa nas Jezus, tak jak wezwał do niego Szymona Piotra. Jeśli sieć prawdy Bożej została uszkodzona przez błędy i herezje, trzeba ją naprawić przez powrót do Ewangelii bez zniekształceń.

Jeśli pragniemy „łowić” ludzi dla Chrystusa, nie powinniśmy zastępować sieci słowa Bożego siecią utworzoną z samych ludzkich słów i myśli. Taką siec można by porównać do sieci utworzonej z delikatnych nitek. To oczywiste, że tak słabą siecią nie udałoby się nikomu złowić nawet najmniejszej rybki, bo zaraz by się zerwała. Jeśli głosiciel słowa Bożego prawdę objawioną zastępuje swoją nauką lub czysto ludzką filozofią jakiegoś człowieka, to nie może się spodziewać wielkich połowów dla Chrystusa. Najwyżej – „błyszcząc mądrością” (por. 1 Kor 2,1) – „złowi” jakiegoś człowieka dla siebie, czyniąc go swoim wielbicielem i swoim uczniem, jednak nie przyciągnie go do Jezusa, nie dokonuje bowiem połowu dla Niego.

 

7. Zostawili wszystko i poszli za Jezusem. Św. Łukasz mówi, że Szymon i jego współpracownicy przyciągnęli łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Jezusem. Nie znaczy to, że już nigdy nie łowili ryb. Gdy to było konieczne, nadal wykonywali tę czynność (por. J 21,1-13). To co zrobili po cudownym połowie oznacza, że podjęli mocną decyzję przebywania z Jezusem i robienia tylko tego, co On im poleci czynić w każdej chwili. Na tym polega też nasze pójście za Chrystusem. Iść za Nim znaczy podjąć mocne postanowienie wykonywania w każdej chwili dnia tylko tego, czego On od nas zażąda. Dla niektórych będzie to oznaczało pójście za Nim drogą kapłaństwa lub życia zakonnego. Dla większości jednak codzienne podążanie za Jezusem będzie polegało na dodaniu więcej miłości do wykonywania swoich obowiązków rodzinnych, zawodowych, na poświęceniu Mu więcej uwagi, na myśleniu o Nim i rozmawianiu z Nim, na zauważaniu Go w cierpiących i potrzebujących ludziach. Jeśli dobrze wsłuchamy się w głos Ducha Świętego, to usłyszymy, jak ma wyglądać nasze codzienne porzucanie wszystkiego, branie na swoje ramiona krzyża i podążanie za Jezusem godzina po godzinie.

 

8. Zmartwychwstały Jezus nadal troszczy się o nasze potrzeby. Św. Łukasz opisał cudowny połów, który dokonał się na początku działalności publicznej Jezusa. Natomiast w Ewangelii według św. Jana znajdujemy opis podobnego wydarzenia, które jednak miało miejsce po zmartwychwstaniu Jezusa. I tak św. Jan pisze: „Potem znowu ukazał się Jezus nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: Idę łowić ryby. Odpowiedzieli mu: Idziemy i my z tobą. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili. A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: Dzieci, czy macie co na posiłek? Odpowiedzieli Mu: Nie. On rzekł do nich: Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: To jest Pan! Szymon Piotr usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi – i rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko – tylko około dwustu łokci. A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości, sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich Jezus: Chodźcie, posilcie się! Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: Kto Ty jesteś? bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im – podobnie i rybę.” (J 21,1-13)

Ten opis cudownego połowu ryb, dokonany za sprawą Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego, poucza nas, że możemy na Jego pomoc liczyć nawet w takich sprawach jak wyżywienie. On zna wszystkie nasze potrzeby i troski i we wszystkim pragnie nam pomóc. Jego śmierć krzyżowa nie spowodowała, że zapomniał o nas, ludziach, którzy posiadają ciało wymagające pokarmu. Zmartwychwstały Jezus zawsze chce wyciągać do nas swoją rękę, tak jak ją wyciągnął w stronę swoich apostołów, aby podać im chleb i rybę. Po zmartwychwstaniu nie zmieniła się miłość Zbawiciela do nas, dlatego zawsze możemy szukać Jego pomocy.

 

Jezus uzdrawia trędowatego

Gdy przebywał w jednym z miast, zjawił się człowiek cały pokryty trądem. Gdy ujrzał Jezusa, upadł na twarz i prosił Go: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić.12 Jezus wyciągnął rękę i dotknął go, mówiąc: Chcę, bądź oczyszczony. I natychmiast trąd z niego ustąpił.13 (Łk 5,12-13)

1. Cały pokryty trądem. Trąd to choroba niszcząca tkanki i ciało, pozbawiająca je sił i piękna. W swoim początkowym stadium widać tylko niewielkie zmiany wywołane przez tę chorobę, potem rozprzestrzenia się ona coraz bardziej po ciele, oszpeca je i niszczy wraz z tkankami. Trędowaty, który przyszedł do Jezusa, cały był pokryty trądem. Nie była to więc choroba w stadium początkowym, lecz zaawansowana. Ta straszna zaraźliwa choroba pokazuje, co może się stać z ludzką duszą, dotkniętą trądem grzechu. Jego zło może mieć najpierw niemal niezauważalne rozmiary, potem jednak zacznie atakować całego ducha ludzkiego, wraz z jego myśleniem, wolną wolą i uczuciami. Brzydota duchowego trądu może ujawnić się w mówieniu i czynach ludzkich. Może następować stopniowy duchowy rozpad, połączony z coraz większą duchową brzydotą. Jezus potrafi usunąć ten duchowy trąd, podobnie jak oczyścił z cielesnego trądu człowieka, który do Niego przyszedł. Aby pozbyć się tak jak on naszego duchowego trądu grzechu, trzeba nam stanąć przed Jezusem. Nie musimy jednak iść daleko, bo Zbawiciel, po swoim zmartwychwstaniu, znajduje się blisko każdego człowieka. Wystarczy z wiarą zawołać do Niego: „Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Jeśli to uczynimy, otrzymamy taką odpowiedź, jaką usłyszał trędowaty: „Chcę, bądź oczyszczony”. I natychmiast każda forma duchowego trądu, zła i brzydoty zacznie ustępować. Tak na pewno uczyni Jezus dla naszej duszy. Może On uleczyć także każdą chorobę ciała. Uczyni to jednak tylko wtedy, gdy uzdrowienie będzie dla nas naprawdę dobre, to znaczy nie pozbawi nas jakiegoś dobra, pomagającego nam osiągnąć zbawienie wieczne.

 

2. Jezus dotknął trędowatego. Zbawiciel nie musiał posługiwać się żadnym gestem, by oczyścić z trądu chorego człowieka. Jednak uczynił coś, czego nie wymagała Jego boska potęga, lecz miłość: dotknął człowieka trędowatego. Tym czynem okazał, że się nim nie brzydzi, że jest mu on tak samo bliski jak ludzie zdrowi. Wyciągając ręka i dotykając trędowatego Jezus udzielił nam cennego pouczenia. Ujawnił nam, że nas kocha nawet wtedy, gdy jak trąd pokrywają nas najgorsze grzechy. Nigdy nie brzydzi się nami, lecz grzechem. Brzydzi się grzechami, bo pozbawiają nas duchowego piękna miłości, dobroci, prostoty, pokory i innych doskonałości, które zastępują nienawiścią, złością, podstępem, pychą, wyniosłością, złym mówieniem, pogardą dla bliźnich i innymi cechami, wywołującymi duchową brzydotę. Ponieważ Jezus widzi, jak groźny i obrzydliwy jest trąd grzechu, dlatego chętnie nakłada na nas swoje ręce i leczy nas. Czyni to wtedy, gdy szczerze żałujemy za uczynione zło i gdy z Jego pomocą pragniemy nie popełniać go więcej. Ustanowił też sakrament spowiedzi, w którym nakłada na nas swoje ręce i uwalnia nas z grzechów jak z trądu, czyniąc nas na nowo duchowo pięknymi przez łaskę, wynagradzanie dobrem za swoje grzechy i odradzające się doskonałości. Swoim przykładem Jezus zachęcił nas także do tego, by nie gardzić ludźmi grzeszącymi, lecz dotykać ich swoją modlitwą, postami, wyrzeczeniami, ponoszonymi ofiarami i pomagać im wypraszaniem dla nich uleczenia z ich groźnego duchowego trądu.

 

3. Jezusowe i nasze: „chcę”. Różne gesty, które wykonywał Jezus nad chorymi w czasie ich uzdrawiania, nie miały w sobie mocy magicznej. Zbawiciel dokonywał cudów potęgą swojej bosko-ludzkiej woli, której pragnienia wyrażało krótkie Jego słowo: „Chcę...”. Kiedy więc chciał uzdrowienia trędowatego i ujawnił słownie to swoje pragnienie: „Chcę, bądź oczyszczony”, trąd natychmiast ustąpił. Ponieważ gesty Jezusa nie miały same w sobie mocy magicznej, dlatego ich mechaniczne naśladowanie przez jakiegoś człowieka nie wywołałoby żadnego nadzwyczajnego skutku, np. przywrócenia komuś zdrowia. Także nasze silne pragnienie ani żadne „pozytywne myślenie”– wbrew temu, co o tym sądzą niektórzy ludzie –  również nie ma w sobie mocy czynienia cudów. Potężny skutek może jednak wywołać nasza modlitwa, w której Jezusowi przedstawiamy pokornie i z poddaniem się Bożej woli nasze: „chcę”, np. zdrowia dziecka, nawrócenia męża, pokoju na świecie, światła dla dobrego wychowania dzieci, przemiany na lepsze swojego postępowania itp. On, Bóg, słyszy wszystkie nasze modlitwy, nawet jeśli wypowiada je przed Nim tylko nasze serce, samo nasze pragnienie czegoś. Jeśli moje „chcę” wyraża pragnienie dobra, to dołączy się do niego potężne „Chcę” Boga i stanie się tak, jak On chce. I wtedy mówimy: „Bóg nas wysłuchał”.

 

4. Natychmiastowe oczyszczenie. Trędowaty nie musiał długo czekać na uzdrowienie. Nieuleczalna w owym czasie choroba ustąpiła natychmiast. Nie tylko przestała się rozwijać, lecz znikły zupełnie wszystkie straszliwe ślady na ciele i tkankach, jakie wywołała. Chory nie tylko został uzdrowiony, ale i oczyszczony. Jezus w jednym momencie uczynił coś, czego żaden lekarz nie potrafił ani nadal nie potrafi uczynić: usunąć w jednej chwili chorobę i jej ślady. Cud podobny do oczyszczenia z trądu dokonuje się, gdy Jezus przebacza nam grzechy. Nie zakrywa On ich tylko, lecz usuwa zupełnie potęgą swojej leczącej i uświęcającej łaski. Trąd grzechu przestaje w nas istnieć. Jednak my zwykle zarażamy się na nowo tą chorobą, bo popełniamy nowe grzechy. I znowu potrzebujemy miłosiernego Lekarza – Jezusa, aby usunął brzydotę naszego duchowego trądu.

 

Rozgłos po uzdrowieniu trędowatego

A On mu przykazał, żeby nikomu nie mówił: Ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż ofiarę za swe oczyszczenie, jak przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich.14 Lecz tym szerzej rozchodziła się Jego sława, a liczne tłumy zbierały się, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych niedomagań.15 On jednak usuwał się na miejsca pustynne i modlił się.16 (Łk 5,14-16)

1. Działanie nie dla zdobycia sławy. Oczyszczony z trądu człowiek miał być świadkiem boskiej potęgi Jezusa przede wszystkim przed kapłanami. Miał dać o Nim świadectwo przez posłuszne wypełnienie nakazu Mojżesza, czyli przez pójście do kapłana i złożenie ofiary za swe oczyszczenie. Jezus dlatego przykazał uzdrowionemu nie mówić ludziom o doznanym uzdrowieniu, by przywódcy duchowni nie od nich, lecz od samego uzdrowionego dowiedzieli się o potężnym cudzie dokonanym przez Niego. Jednak nie dla własnej chwały Zbawiciel tego pragnął. Zależało Mu, aby przywódcy duchowni zrozumieli, że jest On także ich Zbawicielem, którego potrzebują tak samo jak inni ludzie. A więc nie dla swojej sławy, nie dla własnej korzyści chciał ich pozyskać, ale dla ich dobra, dla ich zbawienia. Swoim przykładem Jezus uczy nas pokornego działania, które ma na uwadze nie własne dobro, lecz przede wszystkim dobro innych ludzi.

 

2. Coraz większe tłumy przy Jezusie. Uzdrowiony trędowaty nie zachował milczenia przed ludźmi i po odejściu od Jezusa „zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego” (Mk 1,45). Trudno się dziwić, że uzdrowiony nie milczał, że opowiadał o dobroci i potędze Jezusa. Wiadomość o wielkim cudzie dokonanym przez Niego rozeszła się więc pośród ludzi. Zachęciło to tłumy do szukania pomocy u Jezusa w swoich dolegliwościach. Szli jednak również po to, by Go słuchać. I tak powinniśmy się i my zachowywać. Zawsze możemy szukać pomocy u Jezusa, gdy nękają nas różne troski. On nigdy nas nie odepchnie, zawsze nas zrozumie i pomoże nam. Jednak nigdy nie powinniśmy zapominać o tym, by słuchać Jego słowa, rozważać je, wprowadzać w życie. Jego słowo bowiem leczy, zapewnia nam zdrowie duchowe, rozwiązuje wiele problemów życiowych, a przede wszystkim rodzi i umacnia wiarę potrzebną do życia wiecznego, czyli zbawienia.

 

3. Oddalanie się na modlitwę w samotności. Jezus odchodził na miejsca odosobnione, aby się modlić. Nie czynił tego z powodu lekceważenia tłumów, które przychodziły Go słuchać, lecz dlatego, by skutecznie i długo im służyć. Jako człowiek bowiem Jezus męczył się i potrzebował odpoczynku. Najwięcej sił znajdował na modlitwie w ciszy, daleko od tłumów. Dlatego, aby mieć siły do długiego przebywania z ludźmi, odsuwał się na miejsca pustynne, czyli odosobnione. Szukał ciszy, skupienia, modlitewnego kontaktu z Ojcem. Potem, umocniony, powracał do ludzi.

Zwłaszcza ludzie bardzo aktywni powinni pamiętać o tym, co czynił Jezus, który nie zatracał się w działaniu. Również oni powinni na pewien czas oddalać się od ludzi, na modlitwę, aby być tylko z Ojcem niebieskim i przy Nim znajdować siły do dalszego służenia ludziom. Jeśli tego nie będą robić, kontakt z ludźmi stanie się dla nich czymś trudnym do zniesienia. Wskutek wyczerpania staną się nerwowi, opryskliwi. To zaś będzie ranić ludzi, z którymi się spotykają, i nie będą im służyć skutecznie.

 

4. Spragnieni Jezusa ludzie szukali Go. Ludzie nie mogli spotkać Jezusa w każdej chwili, ponieważ oddalał się od tłumów na miejsca pustynne, aby się modlić. Inaczej jest obecnie. Po zmartwychwstaniu Jezus nigdy nie oddala się od nas. Jest blisko każdego człowieka i wykorzystuje każdą okazję, by go przyciągnąć do siebie. Nigdy też nie opuszcza nikogo, kto – napełniony łaską uświęcającą – jest z Nim zjednoczony. Jednak pomimo tej stałej jedności z Nim nieraz mamy wrażenie, że Go przy nas nie ma, że nas opuścił, że nie zwraca uwagi na nasze cierpienia, troski, modlitwy, że tak odszedł od nas, jak oddalił się od tłumu na miejsce pustynne. To rozpowszechnione przekonanie nie odpowiada jednak prawdzie. Nigdy nie dzieje się tak, by Jezus ze swej woli odszedł od nas. Zawsze nas słyszy, zawsze wysłuchuje, gdy prosimy o coś dobrego. Dopuszcza jednak, by nieraz nam się wydawało, że jest daleko od nas. Wtedy nie odczuwamy Jego bliskości, pocieszającej obecności, dobroci, miłości. Dopuszcza taki stan, abyśmy bardziej za Nim tęsknili, abyśmy bardziej cenili Jego miłość, abyśmy się udoskonalili przez tęsknotę za Nim. W taki sposób doskonaliło się wielu świętych, między innymi bł. Matka Teresa z Kalkuty. W taki sposób oczyszczają się dusze w czyśćcu. Cierpią, dręczone tęsknotą za Bogiem, której nie znały na ziemi, bo zawsze były przy kimś lub czymś, co Bogiem nie jest.

Jeśli wydaje się nam nieraz, że Bóg nas opuścił, to powinniśmy Go cierpliwie szukać, tak jak szukały Jezusa tłumy, które przyszły, by Go słuchać i doznać uzdrowienia z chorób. W tym poszukiwaniu Go powinniśmy jednak pokornie myśleć, że nie zasługujemy na żadne łaski i pociechy z Jego strony. To nie pociech mamy szukać, lecz Jego samego. Kiedy będzie to nam potrzebne, odczujemy, jak blisko nas zawsze był, jest i będzie przez całą wieczność.

 

Uzdrowienie człowieka sparaliżowanego i odpuszczenie mu grzechów

Pewnego dnia, gdy nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać.17 Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim.18 Nie mogąc z powodu tłumu w żaden sposób go przynieść, wyszli na płaski dach i przez powałę spuścili go wraz z łożem w sam środek przed Jezusa.19 On widząc ich wiarę rzekł: Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy.20 Na to uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli się zastanawiać i mówić. Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga?21 Lecz Jezus przejrzał ich myśli i rzekł do nich: Co za myśli nurtują w sercach waszych?22 Cóż jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy powiedzieć: Wstań i chodź?23 Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do sparaliżowanego: Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu!24 I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga.25 Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj.26 (Łk 5,17-26)

1. "Siedzieli przy tym..." Zaskakujące może się wydawać stwierdzenie, że kiedy pewnego dnia Jezus „nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy”. Św. Łukasz nie mówi, że przyszli oni i słuchali Jezusa, lecz że „siedzieli”, kiedy On nauczał. Może faktycznie zajęli jakieś miejsca siedzące ci szukający przywilejów ludzie, aby się wyróżnić w tłumie. Jednak ich „siedzenie” w czasie nauczania Jezusa i uzdrawiania człowieka sparaliżowanego może oznaczać przede wszystkim wewnętrzne nastawienie do Niego i do Jego słowa i czynów. Nie byli szczerymi słuchaczami prawdy Bożej, lecz „siedzącymi” obserwatorami, czekającymi na jakieś potknięcie się Jezusa, aby Go zaatakować. To co napisał św. Łukasz powinno nas skłonić do rachunku sumienia dotyczącego podchodzenia do nauczania Kościoła, kazań i innych przekazów słowa Bożego. Czy jestem szczerym słuchaczem Ewangelii, albo może „siedzącym” obserwatorem lub krytykantem, mającym same złośliwe uwagi pod adresem głosiciela słowa Bożego i głoszonej przez niego nauki? Na te pytania powinni sobie odpowiedzieć także ci, którzy krytycznie lub złośliwie odnoszą się do nauczania papieża Franciszka.

 

2. Mocą Bożą uzdrawiał Jezus. „Była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać”. Św. Łukasz podkreśla, że moc uzdrawiania Jezusa była „mocą Pańską”, czyli Bożą. Nie był więc uzdrowicielem leczącym jakąś pozytywną energią, promieniowaniem, bioprądami, siłą magiczną, lecz Synem Bożym, prawdziwym Panem Bogiem, posiadającym w sobie moc Boską. Tę swoją Boskość i Boską moc objawi wobec wszystkich, gdy nie tylko uzdrowi paralityka, lecz również odpuści mu grzechy. Ujawni przez to, że jest lekarzem nie tylko ciał, ale i dusz ludzkich. Jest tym, u którego zawsze możemy szukać uzdrowienia, gdy nękają nas choroby ciała i ducha.

 

3. Z wiarą przynieśli sparaliżowanego do Jezusa. Życzliwi ludzie przynieśli chorego do Jezusa. Wiara w Jego moc i miłość do sparaliżowanego człowieka pobudziła ich do tego. Chociaż z powodu tłumu trudno było dostać się do Zbawiciela, jednak znaleźli sposób: odsłonili dach i spuścili sparaliżowanego na noszach przed Niego. Przynieśli chorego do Pana, bo sami nie potrafili go uzdrowić. Dzięki temu, co uczynili, sparaliżowany nie tylko został cudownie uzdrowiony, ale ponadto zostały mu odpuszczone grzechy. Coś podobnego dokonuje się obecnie, gdy rodzice przynoszą małe dzieci do chrztu. Muszą być przyniesione, bo jeszcze nie potrafią chodzić. Przynoszą je ludzie wierzący w moc sakramentu chrztu, ustanowionego przez Chrystusa. Do Niego przynoszą nie umiejące jeszcze chodzić dzieci, bo je kochają. Zbawiciel przez ten sakrament dokonuje w nich cudu oczyszczenia z grzechu pierworodnego, wlewa w nie życie Boże, czyni dziećmi Bożymi, świątyniami Ducha Świętego. Dzieci doznają cudownej nadprzyrodzonej przemiany, bo ktoś wierzący przyniósł je do Jezusa, tak jak wierzący w Jego moc przynieśli do Niego cierpiącego na paraliż człowieka.

 

4. „Odpuszczają ci się twoje grzechy”. W tym, co Jezus czynił, ujawniała się Jego wielka mądrość i roztropność. Dostrzegamy ją także w czasie odpuszczenia grzechów paralitykowi i uzdrowienia go. Jezus nie powiedział: „Odpuszczam ci grzechy, bo jestem Bogiem”. Tę prawdę wyraził w sposób mniej szokujący dla otoczenia: „Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy”. Nie powiedział wprost, że jest Bogiem, jednak pokazał to swoim zachowaniem. Dał wszystkim do zrozumienia, że naprawdę jest Bogiem, który swoją potęgą potrafi zarówno uzdrowić momentalnie z nieuleczalnej choroby, jak i odpuścić grzechy.

Do tego miłosiernego Jezusa, który odpuszcza grzechy, mamy przychodzić my sami, aby dostąpić przebaczenia, i przynosić także innych ludzi, którzy – jak my i sparaliżowany człowiek – potrzebują uwolnienia od grzechów. Przychodzimy do Niego, Boga prawdziwego, przez skruchę, przez uznanie się za ludzi grzesznych i przez słowne wyznanie tego przed spowiadającym nas kapłanem. Natomiast innych ludzi „przynosimy” do miłosiernego Jezusa, gdy im mówimy o Bożym miłosierdziu, o przebaczaniu grzechów przez Boga; gdy pomagamy im zrozumieć, że powinni się uznać za ludzi grzesznych i iść do Tego, który grzechy odpuszcza; gdy staramy się usunąć różne ich uprzedzenia, jakie mogą mieć co do sakramentu spowiedzi i wyznawania grzechów przed grzesznym jak oni kapłanem.

 

5. Inteligentne pytanie zadane przez Jezusa. Aby nie zaszokować uczonych w Piśmie i faryzeuszów, Jezus nie mówi do sparaliżowanego: „Jestem Bogiem i odpuszczam ci grzechy”. Mógłby bowiem zostać od razu oskarżony o bluźnierstwo i ukamienowany. Stawia więc pytanie, które ma na celu doprowadzić do samodzielnego uznania Jego Boskości i władzy odpuszczania grzechów. Wiedząc, że żaden człowiek nie potrafi swoimi wypowiadanymi słowami ani uzdrawiać, ani odpuszczać grzechy, pyta: „Cóż jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy powiedzieć: Wstań i chodź?” Jedna z odpowiedzi mogłaby brzmieć: „Jedno i drugie jest trudne dla człowieka. Wprawdzie słowa te każdy człowiek potrafiłby z łatwością powiedzieć, jednak nie wywołałyby one żadnego skutku. Ludzkie słowo bowiem, jeśli nie dołączy się do nich Boska moc, ani nie uwalnia od grzechów, ani nie przywraca zdrowia”. I byłaby to słuszna odpowiedź. Faktycznie, słowo ludzkie nie uzdrawia i nie gładzi grzechów. Inaczej dzieje się, gdy za słowami kryje się Boska potęga i Boska władza. I taką właśnie władzę posiadał Jezus, prawdziwy Syn Boży. Aby to udowodnić, skierował do sparaliżowanego słowa, które wywołały natychmiastowy skutek: „Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu! I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga”. To, co się stało, było dla wszystkich znakiem Boskości Jezusa. Swoim czynem pokazał On, że wszystko potrafi uczynić, a tylko Bóg posiada taką moc. Dał więc do zrozumienia wszystkim, że jest prawdziwym Bogiem.

 

6. Szacunek wobec ludzkiej wolności. Jezus nauczał i pobudzał do myślenia nie tylko wygłaszanymi pouczeniami i zadawanymi pytaniami, ale także czynami, dokonywanymi cudami. Czynił więc wszystko, by przekazać prawdę o tym, że jest prawdziwym Synem Bożym, który z miłości do nas przyszedł na świat. Ponieważ jednak szanuje on naszą wolność, dlatego nie zmuszał ani nie zmusza nikogo do uznania tej prawdy. Pozostawia to nie inteligencji, lecz wewnętrznej uczciwości człowieka. Każdy, kto nie ma uprzedzeń wobec Niego, przyjmie całą Jego naukę. Ten natomiast, kto jest uprzedzony i źle nastawiony, zrobi wszystko, by zaprzeczyć oczywistym faktom i odrzucić to, czego nie chce przyjąć ze względu na swoje zdeprawowanie. Tak zachowywało się wobec Jezusa wielu uczonych w Piśmie i faryzeuszów: odrzucali Go, bo uczynki ich były złe (por. J 3,20).

 

7. Faryzeusze i uczeni w Piśmie. Jedni i drudzy mogli żyć sprawiedliwie i święcie, bo znali Prawo i naukę Bożą zawartą w księgach Pisma Świętego. Jednak to, co miało im pomagać w uświęceniu się, służyło wielu z nich za pokarm dla pychy. Źle wykorzystywali posiadaną wiedzę prawną i biblijną, bo nie było w nich pokory, bo brakowało im miłości. Zamiast wykorzystać posiadaną wiedzę do przemiany swojego życia i do pokornego pouczania ludzi, wbijali się w pychę, stawiali siebie ponad innymi, lekceważyli bliźnich, niesłusznie oskarżali i upokarzali Jezusa. I dzisiaj zdarza się, że ludzie wykształceni wywyższają siebie, a innymi gardzą. Posiadana przez nich wiedza szkodzi ich duchowi, bo nie idzie w parze z miłością i pokorą.

 

8. Jezus poznał, że posądzają Go o bluźnierstwo. Chociaż Chrystus zrobił wszystko, by uniknąć posądzenia Go o bluźnierstwo, to jednak nie uniknął oskarżenia Go o ten grzech. „Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? – myśleli i mówili znawcy Prawa i Pisma Świętego. Wydali przez te słowa na Jezusa wyrok śmierci, zgodny z nakazem Księgi Kapłańskiej: „Ktokolwiek bluźni imieniu Pana, będzie ukarany śmiercią. Cała społeczność ukamienuje go. Zarówno tubylec, jak i przybysz będzie ukarany śmiercią za bluźnierstwo przeciwko Imieniu.” (Kpł 24,16)

Na zarzut bluźnierstwa Jezus odpowiada kolejnym dowodem, wskazującym na Jego Boskość. Swoim posądzającym Go przeciwnikom daje do zrozumienia, że posiada nie tylko Boską władzę odpuszczania grzechów, ale także Boską wiedzę, bo zna wnętrze człowieka. Zna nie tylko grzechy sparaliżowanego, ale także ich posądzanie Go o bluźnierstwo. Znawcom Pisma świętego przypomina zawarte w nim pouczenie, że jedynie Bóg zna serca ludzi i oddaje „każdemu według jego postępowania” (2 Krn 6,30). To On, Jezus, jest tym Panem, który „przenika wszystkie serca i zgłębia wszystkie tajniki myśli”. (1 Krn 28,9) Zgodnie z nakazem Pisma powinni więc Go szukać, a pozwoli im siebie znaleźć. Jeśli jednak Go opuszczą, odrzuci ich na zawsze (por. 1 Krn 28,9).

 

9. Syn Człowieczy. Syn Człowieczy. Tytuł: „Syn Człowieczy”, który Jezus odniósł do siebie, zapewne przypomniał uczonym w Piśmie i obecnym tam faryzeuszom tekst z Księgi Daniela, ukazujący niezwykłość tej postaci: „Patrzałem w nocnych widzeniach: a oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego i wprowadzają Go przed Niego. Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie zagładzie. (Dn 7,13-14). Do Jezusa, Syna Człowieczego, będzie należeć wieczne panowanie, chwała i władza królewska. Do ukazanej niezwykłej władzy Syna Człowieczego Jezus dorzucił jeszcze jedną zdolność, którą posiadał: przysługującą jedynie Bogu władzę odpuszczania grzechów. Powiedział to wyraźnie wszystkim: „Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów...” Również nam to przypomina dzisiaj, abyśmy – obarczeni grzechami – udali się do Niego ze skruchą.

 

10. Zamiast wierzyć, posądzali. Faryzeusze i uczeni w Piśmie tak byli nastawieni, że doszukiwali się zła, grzechu, nieprawości tam, gdzie było dobro, bezgrzeszność i świętość. Dlatego zamiast uznać nadzwyczajne dzieła Jezusa i uwierzyć w Niego, woleli posądzać Go o bluźnierstwo, czyli przypisywać Mu grzech. Woleli w Nim widzieć grzesznika niż wyjątkowego posłańca Bożego, bo – według własnej oceny – w zestawieniu z grzesznym człowiekiem zawsze wychodzili lepiej niż on. I dzisiaj nie brak takich ludzi, którzy dzieła Boże nazywają sprawami szatańskimi, mądrość Bożą – prostactwem i głupotą, nadzwyczajną świętość i gorliwość – brakiem roztropności, realizmu, zaradności życiowej itp. Dzięki tym tendencyjnym ocenom czują się zwolnieni z obowiązku naśladowania zauważanej świętości i podążania za tym, co Bóg im daje dla ich zbawienia. Wystarczy posłuchać, jak niektórzy ludzie oceniają nauczanie papieża Franciszka i jego postępowanie, aby się przekonać, że i dzisiaj można spotkać się z mentalnością faryzeuszy i uczonych w Piśmie. A może i w nas samych jest coś z ich postawy, kiedy zaczynamy mówić o bliźnich, obmawiać ich, krytykować, oceniać.

 

11. Jezus nie bluźnił i nie bluźnią udzielający rozgrzeszenia kapłani. Uczeni w Piśmie i faryzeusze – którzy oskarżyli Jezusa o bluźnierstwo, gdy mówił o odpuszczeniu grzechów sparaliżowanemu – z pewnością wysunęliby dzisiaj podobne oskarżenie pod adresem kapłanów udzielających rozgrzeszenia w sakramencie spowiedzi św. Posługując się formułą rozgrzeszenia Kościoła katolickiego, najpierw mówią do spowiadającego się człowieka o przebaczeniu mu przez Trójcę Świętą, a potem o odpuszczeniu grzechów przez nich, ale w imię trójosobowego Boga. Wypowiadają następujące słowa: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Spowiednicy nie bluźnią jednak, gdy wypowiadają tę sakramentalną formułę. Nie uważają się bowiem za równych Bogu. Stosują się jedynie do obietnicy Jezusa, że ich ludzkim słowom, mówiącym o odpuszczeniu grzechów, będzie towarzyszyło przebaczenie przez Trójcę Świętą. Udzielając rozgrzeszenia w sakramencie pokuty czynią to, do czego uzdolnił ich Jezus Chrystus przez Ducha Świętego, udzielonego im w sakramencie święceń kapłańskich. „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.” (J 20,23) Mocą Ducha Świętego mogą więc w imieniu Kościoła odpuszczać grzechy, a nie udzielać rozgrzeszenia jedynie w tym wypadku, gdy spowiadający się człowiek udaje skruchę i chęć zmienienia swojego życia, a zdecydowanie chce nadal żyć w grzechu.

 

12. Jezus mógł przewidzieć oskarżenie Go o bluźnierstwo. Chrystus ukazał wszystkim zgromadzonym przy sparaliżowanym człowieku swoją moc odpuszczania grzechów, chociaż z pewnością przewidywał oskarżenie Go o bluźnierstwo. Znał przecież wnętrze każdego człowieka, jego myśli, oceny, nastawienie. Wiedział, co kryje się w sercach i umysłach obecnych tam faryzeuszów i uczonych w Piśmie. Aby uniknąć tego oskarżenia, mógł po cichu, do ucha powiedzieć samemu tylko sparaliżowanemu, że odpuszczają mu się grzechy. Uczynił to jednak w taki sposób, aby inni poznali tę szokującą prawdę. Zbawiciel postąpił w taki sposób, bo przyszedł nie po to, by ukrywać prawdę o sobie, lecz by uczynić znaną radosną nowinę o tym, że jest Synem Bożym, który przyszedł na świat dla naszego ocalenia. Przyszedł przynieść naprawdę szokującą prawdę o miłości Boga, o tym, do czego ta miłość Go skłoniła. Jezus nie taił, lecz stopniowo i roztropnie objawiał prawdę o sobie i o swoim zbawczym posłannictwie. Stopniowo czynił znanym to, co św. Paweł wyraził następująco: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej.” (Flp 2,6-8) Jezus stopniowo objawiał, że jest Synem Bożym, mającym prawdziwą Boską naturę – tę samą co Ojciec i Duch Święty. Nie przestając być Drugą Osobą Trójcy Świętej, przyjął On prawdziwą ludzką naturę. Dzięki temu mógł umrzeć dla naszego odkupienia i potem zmartwychwstać, aby na zawsze istnieć jako Bóg i człowiek, nasz Brat, pierworodny „między wielu braćmi” (Rz 8,29).

 

13. Bóg nie wymaga od nas rzeczy niemożliwych. Gdyby jakiś lekarz powiedział do chorego na paraliż: „Niech pan wstanie, weźmie coś ciężkiego do rąk i pochodzi dla wyćwiczenia mięśni”, i gdyby nawet mu pokazał, jak ma to zrobić, to polecenie nie zostałoby spełnione. Z powodu braku sił sparaliżowany nie umiałby wykonać takiego nakazu. Podobnie, gdyby Jezus nie był Bogiem i nie miał w sobie Boskiej mocy uzdrawiania, to Jego polecenie: „Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu!” byłoby bezsensowne. Ponieważ jednak Jezus uwolnił sparaliżowanego od choroby i przywrócił mu siły, potrafił on wykonać Jego polecenie. „I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga”. Wywołało to powszechne zdumienie i połączone z bojaźnią uwielbianie Boga.

Jezus – prawdziwy Syn Boży, który zna nasze naturalne siły i uzdolnienia oraz potęgę udzielonej nam łaski – nigdy nie wymaga od nas rzeczy niemożliwych. Nakazy Boże są zawsze na miarę naszych sił, ale sił wspartych Jego łaską. Jeśli Bóg nas do czegoś powołuje, to równocześnie uzdalnia nas do wypełnienia zleconych nam obowiązków, np. rodzicielskich, kapłańskich. Pod tym względem powinniśmy Go naśladować. Jeśli zatem zlecamy komuś wykonanie jakiegoś zadania, powinniśmy się liczyć z jego możliwościami i uzdolnieniami. W przeciwnym razie zadanie zostanie spełnione źle, połowicznie lub nie zostanie wykonane wcale. Gdy coś komuś zlecamy, np. dzieciom, to powinniśmy też przewidzieć odpowiednią pomoc, np. drugiego człowieka, grupy ludzi itp.

Jeśli my sami chcemy dobrze spełnić swoje powołanie, np. małżeńskie, to powinniśmy szukać u Boga sił i umocnienia, np. przez zawarcie sakramentu małżeństwa. Przez ten sakrament Bóg daje łaskę stanu małżonkom, aby umieli dobrze spełnić swoje obowiązki związane z miłością małżeńską i rodzicielską. Tej łaski Bożej trzeba pragnąć i z niej korzystać. Nie można liczyć tylko na swoje siły naturalne, jak to ma miejsce w tzw. wolnych związkach, w których życie wspólne opiera się wyłącznie na własnych siłach, na popędzie seksualnym, na miłości uczuciowej, jakże zawodnej. Żyjący w takich związkach ludzie nie pragną Bożego błogosławieństwa ani łaski Bożej, bo świadomie rezygnują z zawarcia sakramentu małżeństwa, który mogliby przyjąć, otwierając przez to serca na Bożą pomoc.

 

14. Zdumienie, bojaźń i uwielbianie Boga. Z powodu uzdrowienia sparaliżowanego „zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj”. Zaskoczeni i zdumieni byli zapewne także faryzeusze i uczeni w Piśmie. Czy jednak tak jak inni wielbili Boga i mówili o wielkich dziełach Bożych? Ewangelia nic o tym nie mówi. Trudno jednak wyobrazić sobie, że i oni uwielbiali Boga z bojaźnią i z szacunkiem wobec Jezusa, skoro posądzali Go o grzech bluźnierstwa. Szczere uwielbienie Boga nie wypłynie z serca człowieka, który dostrzega zło i grzech tam, gdzie są wielkie dzieła Boże; z serca, które jest ogarnięte pychą i oburzeniem; z serca przechowującego posądzenia, oskarżenia, podejrzenia.

Jeśli chcemy uwielbiać Boga nie słowami tylko lecz sercem, musimy skoncentrować się nie na istniejącym złu, lecz na wielkich dziełach Bożych. Z tym jednak można mieć trudności. Zło bowiem jest bardzo krzykliwe i przysłania dobre dzieła Boże, dokonujące się w świecie i w ludzkich sercach. Chyba nikogo nie pobudzają do uwielbiania Boga serwisy informacyjne, podawane przez środki społecznego przekazu. Po wysłuchaniu lub obejrzeniu samych złych wiadomości o agresji, napadach, korupcji, wojnach, uprowadzeniach, katastrofach nie uwielbienie Boga narzuca się nam, lecz myśl: świat jest straszny, ludzie są okropni. Faktycznie, gdy się widzi samo zło – czynione przez ludzi za namową demonów – trudno uwielbiać Stwórcę świata. Ale to nie Bóg tworzy zło. My i inni ludzie je czynią, gdy odrzucają Boże przykazania i łaskę, której w obfitości Pan chce nam udzielać.

Ci, którzy przygotowują serwisy informacyjne, powinni zamieszczać w nich także „wielkie dzieła Boże”, bo jest ich w świecie wiele. A my powinniśmy się zauważać je wokół siebie i wielbić za nie Boga. Jeśli ich nie widzimy, trzeba nam poprosić Ducha Świętego, by otworzył nam oczy na niezliczone swoje dobre dzieła i pobudził nasze serca do uwielbiania Boga. I nie dokładajmy czynionego przez nas zła do tego, które już istnieje, bo i ono utrudni innym uwielbiać Boga.

 

15. Duchowy paraliż. Choroba atakująca ciało, nazywana paraliżem, posiada swój odpowiednik duchowy. Jest nim brak gorliwości, duchowa bierność, apatia, wynikająca z lenistwa lub zniechęcenia. Takie rozleniwienie, będące jednym z grzechów głównych, może ujawniać się w niechęci do uczenia się, modlitwy, rozmyślania o sprawach Bożych. Zamiast aktywności pojawia się bierne oddawanie się rozrywkom, stałemu „wypoczynkowi”. Osoby dotknięte tą chorobą powinny zwrócić się do Jezusa, który leczy wszystkie formy paraliżu. W miejsce rozleniwienia duchowego doprowadzi do aktywnej miłości, która „nie szuka swego” (1 Kor 13,5) ani przyjemności w rozleniwieniu, lecz pobudza do pełnego inicjatywa pomagania innym. Pożyteczną aktywnością wypływającą z miłości jest nie tylko działalność zewnętrzna, ale również aktywność duchowa, taka jak modlitwa, posty, umartwienia składane Bogu w ofierze za innych. W miejsce duchowego paraliżu pojawi się ona w tych, którzy zostaną przez Chrystusa uzdrowieni i dobrze wykorzystają otrzymany dar duchowego zdrowia.

 

Powołanie Lewiego

Potem wyszedł i zobaczył celnika, imieniem Lewi, siedzącego w komorze celnej. Rzekł do niego: Pójdź za Mną.27 On zostawił wszystko, wstał i chodził za Nim.28 (Łk 5,27-28)

1. Nie było uprzedzeń ani niechęci w sercu Jezusa. Św. Łukasz wspomniał już wcześniej Szymona Piotra i synów Zebedeusza – rybaków, którzy stali się apostołami Jezusa. Teraz krótko przedstawia kolejnego przyszłego apostoła i świętego: poborcę podatków, celnika Mateusza, którego nazywa Lewim. Łowienie ryb w nikim nie budziło odrazy, czego nie można powiedzieć o zawodzie Lewiego. Poborca podatków, celnik, komornik to zawody, które w żadnych czasach nie wzbudzały powszechnej sympatii. Wykonawcy tego zawodu uchodzili bowiem za ludzi twardych, bezlitosnych, nieczułych, a często także – za szukających dodatkowego, nieuczciwego zysku. Dlatego Jan Chrzciciel wzywał ich do nawrócenia słowami: „Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono” (Łk 3,13). Jezus, bez niechęci w sercu i pogardy, stanął przed człowiekiem, który mógł mieć taką lub nawet jeszcze gorszą opinię. Wezwał go słowami: „Pójdź za mną”. Zbawiciel powołał kogoś, kto swoimi rękami zgarniał i liczył pieniądze, jednak nie uczynił z nich swojego jedynego skarbu.

 

2. Zdecydowana odpowiedź Lewiego. Lewi nie jakimiś słownymi zapewnieniami lecz czynem odpowiedział na wezwanie Jezusa: „zostawił wszystko, wstał i chodził za Nim”. Jak bardzo różni się on od bogatego młodzieńca (Mt 19,16-22), który w oczach ludzi mógł uchodzić za człowieka szlachetnego, bo jak sam stwierdził przestrzegał od młodości przykazań Bożych. Nie był zepsuty, a jednak nie porzucił swojego wielkiego majątku i nie poszedł za Jezusem, kiedy ten z wielką miłością wezwał go do tego. Odszedł do swoich bogactw, smutny. Lewi natomiast zostawił wszystko, wstał i chodził za Jezusem. Serce Lewiego nie było przywiązane do bogactw do tego stopnia, by stawiać je wyżej niż Jezusa i Jego wezwanie. Dlatego uczynił to, czego bogaty młodzieniec uczynić nie chciał: porzucił wszystko i chodził za Jezusem.

 

Na przyjęciu w domu Lewiego

Potem Lewi wyprawił dla Niego wielkie przyjęcie u siebie w domu; a była spora liczba celników oraz innych, którzy zasiadali z nimi do stołu.29 Na to szemrali faryzeusze i uczeni ich w Piśmie i mówili do Jego uczniów: Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?30 Lecz Jezus im odpowiedział: Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają.31 Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników.32 (Łk 5,29-32)

1. Faryzejski sposób widzenia i oceniania: my i grzesznicy. Jezus poszedł do domu Lewiego, w którym zgromadziło się wielu celników i innych ludzi. Faryzeuszów oburzało to, że Jezus wraz ze swoimi uczniami przebywa z „celnikami i grzesznikami”, je i pije z nimi. Ci oburzający się samych siebie nie uważali za grzeszników, lecz za sprawiedliwych. Ich sprawiedliwość nie była jednak rzeczywistością, lecz ich wymysłem. Też byli grzesznikami, jednak tego nie uznawali.

Chociaż dzisiaj nie ma już stronnictwa faryzeuszów, to jednak ich sposób myślenia i oceniania jest nadal bardzo rozpowszechniony. Zwykle bowiem, gdy ktoś mówi o złych i grzesznych ludziach, to siebie wyklucza z tej grupy. Myśli: Ja tego nie robię. Tak, może tego nie robi. Czyni jednak inne zło, które powoduje, że też jest grzesznikiem, potrzebującym Boskiego Lekarza i współpracy z Nim przez ciągłe nawracanie się, stałe polepszanie swojego postępowania. Chory człowiek, który uważa się za zdrowego, nie szuka lekarza, nie leczy się i nie zażywa lekarstw, dlatego choroba w nim się rozwija. Takimi chorymi duchowo bez uznawania tego byli faryzeusze. Również my do tej bardzo zagrożonej grupy ludzi możemy się przyłączyć, jeśli będziemy tak jak oni oceniać stan duchowej choroby w sobie i w bliźnich.

 

2. To chorzy potrzebują leczenia. Gdyby na ziemi żyli tylko dobrzy i sprawiedliwi ludzie, to Syn Boży nie musiałby przychodzić na świat dla odkupienia go. Jednak cała ludzkość zapadła w śmiertelną chorobę, która potrzebuje pomocy wyjątkowo potężnego Lekarza. Upadła ludzkość przyciągnęła serce miłosiernego Boga i Syn Boży przyszedł do tych, „którzy się źle mają”. Zbliża się On indywidualnie do każdego człowieka, by mu pomóc uzyskać duchowe zdrowie. Nie pogardził też celnikami i grzesznikami, zebranymi na przyjęciu w domu Lewiego. Nie gardzi również mną.

Każde leczenie wymaga współpracy z lekarzem, przez stosowanie się do jego rad, zażywanie lekarstw o niemiłym smaku, poddanie się zabiegom i operacjom, nieraz bardzo bolesnym. Współpracą z Boskim Lekarzem, Jezusem, jest nawracanie się. Dlatego Zbawiciel wzywa do niego każdego człowieka, także faryzeuszów wszystkich czasów, którym wydaje się, że nie potrzebują leczenia przez miłosierdzie Boga, przez Jego łaskę.

 

Znaczenie postów

Wówczas oni rzekli do Niego: Uczniowie Jana dużo poszczą i modły odprawiają, tak samo uczniowie faryzeuszów; Twoi zaś jedzą i piją.33 Jezus rzekł do nich: Czy możecie gości weselnych nakłonić do postu, dopóki pan młody jest z nimi?34 Lecz przyjdzie czas kiedy zabiorą im pana młodego, i wtedy, w owe dni, będą pościli.35 (Łk 5,33-35)

Uczniowie Jana Chrzciciela proszą o wyjaśnienie. Nie tylko źle nastawionych do Jezusa faryzeuszów i uczonych w Piśmie zaskoczyło Jego postępowanie i nauka. Również uczniów Jana Chrzciciela (por. Mt 9,14). Pierwsi jednak atakowali Go, a jeśli zadawali Mu pytania to nie po to, by siebie zmienić, lecz żeby Go oskarżyć. Uczniowie Jana natomiast z innych powodów zapytali o znaczenie odprawianych przez nich i przez faryzeuszów modłów i postów. Chcieli się dowiedzieć, czy są one nadal konieczne do osiągnięcia doskonałości albo może straciły swoje znaczenie. Swoją odpowiedzią Jezus dał im do zrozumienia, że czymś najważniejszym jest przebywanie z Nim, Boskim Oblubieńcem duszy każdego człowieka. Bezduszne posty i długie modły nie prowadzą do doskonałości, tak jak nie przynoszą korzyści duchowej żadne surowe diety, stosowane dla zachowanie pięknej sylwetki. Pomaga natomiast w dochodzeniu do świętości zaprzyjaźnienie się z Nim, stałe życie w jedności z Nim i w Jego obecności.

Jezus nie neguje wartości postów. Sam pościł i to przez czterdzieści dni (por. Mt 4,2). Powiedział też, że modlitwą i postem wypędza się najbardziej oporne złe duchy (por. Mk 9,29). Zwraca jednak uwagę na to, by ponad różnymi praktykami na pierwsze miejsce postawić Jego samego i wszystko czynić ze względu na Niego i tak, jak On tego chce. Także posty powinny być zgodne z Jego wolą i praktykowane w sposób, w jaki On sobie tego życzy. Dopiero wtedy, gdy będą połączone z przyjaźnią z Nim, nabiorą nowej mocy, staną się czymś pożytecznym. Nie one jednak są czymś najważniejszym. Sercem chrześcijańskiego życia jest trwanie przy Jezusie, Boskim Panu młodym, Oblubieńcu naszej duszy, wsłuchiwanie się w Niego, zastanawianie się nad Jego słowami i postępowaniem i naśladowanie Go. Bez jedności z Jezusem i bez miłości najsurowsze nawet posty i umartwienia ciała staną się bezużytecznymi praktykami (por. 1 Kor 13,3).

 

 Odpowiednie bukłaki i odpowiednia łata

Opowiedział im też przypowieść: Nikt nie przyszywa do starego ubrania jako łaty tego, co oderwie od nowego; w przeciwnym razie i nowe podrze, i łata z nowego nie nada się do starego.36 Nikt też młodego wina nie wlewa do starych bukłaków; w przeciwnym razie młode wino rozerwie bukłaki i samo wycieknie, i bukłaki się zepsują.37 Lecz młode wino należy wlewać do nowych bukłaków.38 (Łk 5,36-38)

Odpowiednia łata i właściwe bukłaki. Niedorzeczne byłoby postępowanie człowieka, który kupiłby w sklepie nowe ubranie, sukienkę, garnitur i wyciąłby z niego jeden lub kilka kawałków materiału po to, by załatać nimi dziury w starym ubraniu. Ani stare, ani nowe ubranie nie nadawałoby się już do noszenia. Brakiem rozsądku byłoby także wlewanie nowego wina do starych zużytych i słabych pojemników, bukłaków. Fermentujący napój rozerwałby je i zniszczył. Nie byłoby więc ani wina ani pojemników. Mówiąc o odpowiednich łatach i bukłakach Jezus poucza, że nowa religia, którą głosi, wymaga nowych sposobów wyrażania się. Istotą tej nowej religii jest stałe zjednoczenie z Nim, Zbawicielem i Oblubieńcem każdej duszy, głęboka przyjaźń z Nim. Ta przyjaźń musi się w jakiś sposób wyrażać. Jednym z jej przejawów mogą być posty, ale nie jedynym. Potrzeba czegoś więcej. Jezus wzywa nas do stałego i osobowego kontaktu z Nim, do przyjaźni z Nim, do życia w stałej jedności z Nim, do wykonywania wszystkich naszych czynności i prac z myślą o Nim, do ciągłego rozmawiania z Nim. Powołuje nas do ujawniania naszej niezwykłej przyjaźni z Bogiem w przyciąganiu ludzi, którzy nie znają jeszcze swojego Zbawiciela, Jezusa Chrystusa, do Niego, aby i oni zostali zbawieni. Jeżeli ktoś pości z takim zamiarem, by pomóc komuś dojść do Chrystusa i przez Niego do nieba, to swoją religijność wyraża już w nowy sposób. Ponieważ w centrum postu stawia Jezusa i zbawienie bliźnich, to nie przyszywa już starej łaty do nowego ubrania ani nie wlewa nowego wina do starych bukłaków. Dzięki myśleniu o Jezusie i trosce o zbawienie wszystkich ludzi, także z innych religii, używa nowej łaty i nowych bukłaków.

 Stare i nowe wino

 Kto się napił starego wina, nie chce potem młodego – mówi bowiem: Stare jest lepsze.39 (Łk 5,39)

1. „Stare wino" zwyczajów i schematów. Wielu rodaków Jezusa nie poszło za Nim z powodu przywiązania do swojej dawnej religii, praktyk, tradycji. Ich Zbawiciel porównał do ludzi pijących stare wino i odrzucających wino nowe, które wydaje się mniej smaczne. I tak jest również dzisiaj. Chyba każdy człowiek na ziemi słyszał coś o Jezusie, o Jego Kościele, a jednak tylko niektórzy stają się chrześcijanami. W przyjęciu chrztu i Ewangelii Chrystusa przeszkadza im przywiązanie do religii, w której się urodzili. Jest ona dla nich jak stare dobre wino. Nowego nie chcą pić.

Jednak pouczenie Jezusa o starym i nowym winie odnosi się nie tylko do tych, którzy nie stali się chrześcijanami, lecz także do ochrzczonych. Niektórzy bowiem należący do Kościoła ludzie tak są przywiązani do różnych zwyczajów, praktyk, utartych schematów, że zamykają się na łaskę Bożą, na działanie Ducha Świętego. Dla niektórych chrześcijan „starym winem”, którym się rozkoszują, są jedynie zwyczaje związane ze świętami. „Nowe wino” natomiast, którym byłoby przeżywanie świąt w jedności z Chrystusem, nie interesuje ich. „Stare wino”, które ich cieszy, to jedynie choinka na Boże Narodzenie, opłatek, karp, jedzenie, dwanaście potraw na wigilijnym stole, zakupy, podarunki, kolędy, nastrój... i nic więcej. „Nowe wino” – wino duchowej odnowy przez łaskę spowiedzi św., Komunii św., rozważanie słowa Bożego, czyny miłosiernej miłości wobec bliźnich, zastanowienie się nad sensem świąt – nie pociąga ich. A przecież święta chrześcijańskie to coś więcej niż zwyczaje, tradycje, podarunki. Święta roku liturgicznego przypominają nam o Bogu, o Jego dobroci, o przyjściu do nas Jezusa Chrystusa, o dokonanych przez Niego dla nas wielkich dziełach, takich jak śmierć, zmartwychwstanie, wstąpienie do nieba, zesłanie Ducha Świętego. Jednak to „nowe wino” nie interesuje miłośników „starego wina” zwyczajów. Nie pociąga ich.

 

2. „Stare wino” przeszłości. Przywiązanie do różnych praktyk, tradycji, zwyczajów – a nawet liturgii – może spowodować zamknięcie się na stale obecnego wśród nas Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego i na ciągłe działanie Ducha Świętego. Takiemu błędnemu przekonaniu mogą ulegać miłośnicy liturgii potrydenckiej, łaciny, śpiewów gregoriańskich, dawnych strojów używanych przez papieży itp. Tylko to co dawne traktują jako jedyne dobre „stare wino”, natomiast z niechęcią lub wrogością odnoszą się do tego, co w Kościele zostało zmienione, uważając to za „wino nowe”, niesmaczne. Nieraz, w swojej zaciętości, pragną wszystkich ludzi uformować według swoich upodobań i schematu myślenia, któremu sami się poddali: „stare jest lepsze”. Bywa jednak odwrotnie. Są ludzie, którzy odcinają się od przeszłości. Uważają, że tylko „nowe wino” jest dobre. Starego nie chcą skosztować.

Te dwie skrajności są niebezpieczne, bo – z powodu skoncentrowania się na rzeczach drugorzędnych – zamykają oczy na to, co w Kościele jest najbardziej istotne: na żywego zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa, wczoraj, dziś i na wieki tego samego (por. Hbr 13,8). Popadając w jedną z tych skrajności można zamknąć się na działanie Ducha Świętego, który tak samo był aktywny w przeszłości jak i teraz. On się nie zmienił. Tak więc niebezpieczne jest przywiązanie się do czegoś, co nie jest Bogiem, w taki sposób, jakiego On nie pragnie. Najlepiej więc skoncentrować się na Nim samym, przylgnąć do Niego przez wiarę, miłość i pełną tęsknoty za Nim nadzieję.

 

3. Rzeczy stare i nowe. Jezus nie uczy odrzucania tego, co było dobre w przeszłości, np. przykazań Dekalogu. Ostrzega jedynie przed tym, by z powodu zbytniego przywiązania się do tego, co było kiedyś, nie zapominać o Nim i o Duchu Świętym, posłanym od Ojca. Ich obecność bowiem i działanie nie uległo dzisiaj osłabieniu. Uczeń Jezusa powinien przyjmować to, co Bóg uczynił dla nas dawno, i to, co czyni teraz, tak jak przyjmuje nie tylko Nowy Testament, ale i Stary. Jezus powiedział: „Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare”. (Mt 13,52) Nie może poprzestać tylko na Starym Testamencie, jak to często czynią członkowie różnych sekt, dla których tylko on jest „starym dobrym winem”. Sekty, nawet jeśli przyjmują Nowy Testament, to nie uznają zawartych w nim treści, których nie było jeszcze w Księgach Starego Testamentu, np. nauki o Jezusie, prawdziwym Synu Bożym, i o Duchu Świętym, prawdziwym Bogu. Rezultatem takiego podejścia są ich błędne nauki – głównie o Najświętszej Trójcy, o Boskiej naturze Jezusa i Ducha Świętego, o Kościele, bo w tym „starym winie” nie znajdują pełnego objawienia Bożego.

 

4. Także Kościół jest „nowym winem”. „Nowym winem”, którego niektórzy nie chcą nawet skosztować, jest także Kościół, zbudowany przez Jezusa na skale Piotrowej. A „wino” to jest bardzo pożyteczne. Kto je odrzuca, ten zwykle nie potrafi już dobrze zrozumieć nawet tego „starego wina”, którym jest Stary Testament. Kościół bowiem – w celu lepszego wyjaśnienia zawartej w Piśmie Świętej nauki – w ciągu wieków wypracował precyzyjne słownictwo teologiczne, dzięki któremu można właściwie rozumieć i jednoznacznie tłumaczyć treści zawarte w Starym i Nowym Testamencie. Ale nie to słownictwo, lecz przede wszystkim Duch Święty pomaga nauczającemu Kościołowi wyjaśniać w sposób prawdziwy naukę zawartą w całej Biblii. Zawarte w niej natchnione przez Ducha Świętego prorockie pouczenia nie są dla „prywatnego wyjaśniania”, jak czytamy w Drugim liście św. Piotra: „To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia”. (2 P 1,20) Kto odrzuca „nowe wino”, Kościół, ten rezygnuje z jego pomocy, dawanej dla zrozumienia prawdy Bożej. Odrzuca też łaski, które Bóg chce nam dać przez sakramenty, odrzuca Jezusa obecnego realnie w Eucharystii.  Nie można więc bez szkody duchowej mówić: „Chrystus – tak; Kościół – nie”.

 

5. „Nowe wino” Eucharystii. Dla ustanowienia Eucharystii, sakramentu swojej realnej obecności pośród nas, Jezus użył chleba i wina. Apostołom i ich następcom, ubogaconym darem kapłaństwa, dał moc dokonywania cudu przeistoczenia. Dzięki temu cudowi, nazywanemu też konsekracją albo transsubstancjacją, nasz Zbawiciel, Jezus „zawsze ten sam”, staje się obecny pod postaciami chleba i wina. Można więc powiedzieć, że zwykłe wino staje się „winem nowym”, Jezusem obecnym prawdziwie ze swoim ciałem, krwią, duszą i Bóstwem pośród nas. Ten Jezus, dzięki przystępowaniu do Komunii św., jednoczy nas ściśle ze sobą, umacnia, uświęca. Pozbawiają się tego „nowego wina”, Ciała i Krwi Pańskiej, ci, którzy nawet w niedziele i święta nie uczestniczą w Mszy św. – z lenistwa albo dlatego że, jak mówią dla swojego usprawiedliwienia się, lepiej im się modli na łonie przyrody niż w zatłoczonym kościele.

Istnieją całe odłamy chrześcijaństwa, które pozbawiły swoich wyznawców „nowego wina” Eucharystii, bo odrzuciły sakrament kapłaństwa. Uczą, że dobrym „starym winem” jest tylko słowo Boże. To prawda. Jest ono nieodzownym pokarmem na naszej drodze do wieczności. Dzięki przyjęciu słowa Bożego otwieramy się na Jezusa i powstaje w nas wiara, która nas z Nim jednoczy. Jednak Jezus – oprócz pokarmu słowa Bożego – dał nam siebie także w sakramencie Eucharystii. Krzywdzi się więc siebie, swoich braci i siostry, gdy się ich pozbawia tego niezwykle cennego „nowego wina” i kosztuje się tylko „wina starego”, nieodzownego wprawdzie i cennego, ale nie jedynego, jakie dał nam Bóg.

 

6. Najgorszy gatunek „starego wina. Chyba najgorszym „starym winem”, którym wielu się niemal upija, jest własne myślenie, opinie, oceny, poglądy, własna mentalność. Bezkrytyczne przywiązanie tylko do tego, co jest „moim” wymysłem, „moim” zdaniem, co „ja” sądzę, co „ja” uważam, do czego „ja” sam doszedłem, zamyka na prawdę Ewangelii. Człowiek rozkoszujący się bez przerwy tylko „starym winem” swoich poglądów, wiedzy, wybranego stylu życia nie pozwala na to, by wlało się w niego „nowe wino” Bożej mądrości, zstępującej z góry, o której św. Jakub mówi, że „jest przede wszystkim czysta, dalej, skłonna do zgody, ustępliwa, posłuszna, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, wolna od względów ludzkich i obłudy. (Jk 3,17) Takiej mądrości nie przyjmuje człowiek upojony „starym winem” swojej wiedzy i sposobu życia i nawet na myśl nie przychodzi mu, żeby zastosować się do rady św. Jakuba: „Jeśli zaś komuś z was brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i nie wymawiając; a na pewno ją otrzyma”. (Jk 1,5) Coś z upojenia się „starym winem” tego, co już posiadamy, objawia się w każdym człowieku, który nie odczuwa potrzeby codziennego nakarmienia się słowem Bożym, przez choćby bardzo krótkie zastanowienie się nad nim. W takim człowieku nie ma głębokiego pragnienia „nowego wina” Bożej prawdy, tak chętnie dawanego nam przez Boga.

 

Autor komentarza: ks. Michał Kaszowski


 



Powrót do strony głównej

Tytuły rozważań